heavyrock.pl

rock w sercu, metal we krwi

XXI BRUTAL… i po Brutalu.

25 Sierpień, 2016

Piąta doroczna pielgrzymka na Brutala przebiegła bez przeszkód. Bus się nie zepsuł, drogi okazały się przejezdne, w kantorze nie zabrakło koron, a warzywa były zielone. Gdy już zaparkowaliśmy, przyszedł czas na rozstawianie namiotów. Niesporo nam to szło, bowiem poziom intoksykacji i warunki terenowe stały na przeszkodzie. Gdy już się udało, sen nadszedł błyskawicznie.

Dzień pierwszy.

Pobudka była niespodziewanie prędka. W samo południe niebiosa zapłakały nad Jaromerem. W ciągu pół godziny spadło z nich więcej wody niż przez cztery poprzednie edycje. Dobrym namiotom to nie zaszkodziło, złe zaś zalało. Nauczka na przyszłość dla wszystkich, którzy chcieli zaoszczędzić. Nie warto.

Warto za to było udać się po akredytację, choć czasu do pierwszego interesującego mnie koncertu (Dust Bolt) wydawało się sporo. Kolejka dłuższa niż zwykle, w dodatku nieruchliwa przez dobrą godzinę. Awaria nowego systemu czipowego skutecznie powstrzymała mnie przed obejrzeniem występu Niemców. Gdy wreszcie otrzymałem upragnione glejty, następna kolejka: po doładowania. Stałbym w niej długo, gdyby nie miła dziewczyna z obsługi. Zwróciła mą uwagę, że właśnie zaczyna się koncert Vektor. Nie wiem, skąd wiedziała (żarcik), ale potruchtałem pod scenę o suchym pysku.

Choć piwa nie piłem jeszcze przez długi czas (kolejna awaria systemu), oglądanie Amerykanów zrekompensowało mi ten brak. Ależ oni fantastycznie zagrali! Szczególnie zaskoczył perkusista, który osiągnął nareszcie poziom znany z płyt. Również wokale wykonane zostały bez potknięć. Z każdym numerem trema mijała i kontakt z żywiołowo reagującą publiką stawał się lepszy. Vektor stanowczo powinien więcej koncertować, a znakomity odbiór w Josefovie przekonać ich do tego.

Następny przystanek: Tribulation. Szwedzi nie zdążyli się jeszcze rozbujać, gdy lunęło ponownie. Nie pomogła pałatka. Gęsta ściana deszczu wygnała do Octagonu, na piwo. Gdy wreszcie się przejaśniło, na dużej scenie rządziło już Gruesome. Że „Leprosy” było jedno? Nieprawda. Gruesome gra „Leprosy” po swojemu i czyni to doskonale. Fenomenalny, żywiołowy występ.

Z pozostałych koncertów dnia pierwszego, z przyczyn dziennikarsko-meteorologiczno-towarzyskich, zaliczyłem tylko część występu Mastodona. Instrumentalnie miazga, wokalnie Mandaryna. W Josefovie nie sposób się jednak nudzić, to i się nie nudziłem.

Dzień drugi.

Przedpołudnie spędzone na basenie, śniadanie w dobrze znanej restauracji, w dodatku pojawiło się słońce. Żyć nie umierać. Udało się wysuszyć przemoczone w środę ciuchy (a komu namiot przeciekał, wszystkie rzeczy).  Na teren festiwalu zawitałem ok. 18, gdy zaczynał grać Ihsahn z ansamblem. Były lider Emperora skutecznie zatarł złe wrażenie z poprzedniego, smętnie nudnego występu w Josefovie. Koncert zróżnicowany stylistycznie z naciskiem na czad. Brakło oczywiście „Curse You All Men”, ale to za rok…

Immolation. Wyszli, ale dlaczego w trójkę? Billa Taylora zawróciły do USA ważne sprawy rodzinne. Tym samym nowojorczycy stracili nieco na mocy brzmienia, ale zagrali z tradycyjnie ogromnym zaangażowaniem. Ross zamiatał scenę swymi niewiarygodnie długimi włosami, a Robert machał gitarą niczym tenisista rakietą. Części fanów się nie podobało, bo brak gity rytmicznej zmuszał do słuchania basu. Bywa.

14047314_1060139820729165_1093626864670985394_o

14054429_1060139874062493_2382367645979727800_o

14067870_1060140067395807_830032092992590055_o

14102989_1060139937395820_8336386022224067246_o

14123986_1060139717395842_1470204114_o

Następny w kolejce: Exodus. Instrumentalnie totalna miazga, choć bez Holta. Jego stały zastępca, Kragen Lum, ani trochę nie odstaje poziomem od lidera. Prawie cała ekipa dała świetny, energetyczny koncert. Tom Hunting to posiadacz najlepiej zsynchronizowanych łap w thrash metalu. Publika oszalała, pierwszy taki moshpit w tym roku. Jedno „ale”. Zetro skrzeczał jednowymiarowo, w połowie występu złapał zadyszkę i już nie ruszał się zbyt wiele. W porównaniu do Roba Dukesa, nabitego dziada o wielkiej charyzmie, Steve to… dziadek. Szkoda.

14054361_1060140860729061_2283976663517252756_o

14067891_1060140667395747_3847052514468208360_o

14102778_1060140610729086_8650175886644035191_o

Ministry. Reaktywowane ponownie. Choć z klasycznego składu pozostał już tylko lider, koncert był wyśmienity. Pełen hiciorów z najlepszych płyt zespołu. Przednia zabawa. „Just One Fix”, do kroćset! Nowi grajkowie bardzo entuzjastycznie nastawieni, czemu nie sposób się dziwić.

Szybka ewakuacja z tarasu nie jest możliwa, więc załapałem się na pierwszy numer Parkway Drive. Nie było fajnie. Nie polecam, 2/10. Potem było jeszcze gorzej, bowiem opuszczając teren festiwalu musiałem się przeciskać przez tłum radośnie podrygujący w rytm umc-umc-umc. Niejaki Perturbator ze swoim laptopem wprawił tzw. metalowców w ekstazę. Odskocznia od metalu? Dziękuję, niech za odskocznię nadal służą mi kompozytorzy muzyki klasycznej.

Dzień trzeci.

Miała być wczesna pobudka, ale dwa poprzednie dni odbiły się na nas wszystkich i na Catastrofy nie zdążyłem. Żałuję, ponoć wymietli. Pozostało czekać na Iron Reagan. Choć repertuarowo słabsi od Municipal Waste (z którego wywodzą się wokalista i gitarzysta), wygrali scenicznym zaangażowaniem i poziomem wykonawczym. Zmiażdżyli, podsumowując.

VoiVod też zmiażdżył, jak zwykle zresztą. Chewy gra, niełatwe przecież, patenty gitarowe autorstwa nieodżałowanego Piggiego, radośnie i z lekkością. Kwartet z Quebecu zarażał entuzjazmem pomimo średniej wokalnej dyspozycji Snake’a. Choć był to bardzo udany występ, uczeń  (Vektor) zaczyna mistrzów doganiać…

14107734_1060141334062347_7827133098165727698_o

14115514_1060141077395706_1513369972075944766_o

14115558_1060141520728995_6263962686211306681_o

14124291_1060141307395683_9021635672375546613_o

14124912_1060141227395691_9059943272770848519_o

Coroner… najlepszy koncert, jaki widziałem na tegorocznym Brutalu. Idealna precyzja, radocha, kontakt z publiką, zespołowość. To atuty Szwajcarów, których pozycja była wyjątkowo komfortowa. Nie nagrali nigdy słabszego numeru, więc przejechali się po całej dotychczasowej dyskografii. Thrashmetalowa magia.

13958022_1060142677395546_3520102243327268602_o

14047198_1060142857395528_3316036954663646166_o

14053752_1060143047395509_2053442617280459411_o

Sigh słuchałem zza ściany. Pozbawiłem się strony wizualnej na własne życzenie, oczekując na wywiad z Coronerem. Ależ te Japońce łoiły!!! Taki black metal – to rozumiem. Zdążyłem na ostatnie dwa numery, już bez palenia Biblii.

Arch Enemy bez Angeli Gossow widziałem po raz pierwszy. Nie pomogła obecność maestro Loomisa. Pani Papuga na wokalu to porażka na całej linii. Owszem, show na scenie robi. Skacze, fika, eksponuje swój mniej niż wątły tors, ale drzeć ryja nie umie. Komin na mikrofonie? Dobre to na przegląd talentów w Koziej Wólce. Lipa.

Zniesmaczony występem szwedzkich gwiazd wybrałem się na małą scenę na Die Krupps. Nie zdążyli jeszcze zacząć, gdy uciekłem. Tojtoje tuż przy scenie? Zły to pomysł, złe powietrze, a bełta puścić nie chciałem, nie w tym celu spożywałem przepyszne langosze.

Dzień czwarty, ostatni.

Lost Society i parę innych ekip grało za wcześnie. Rytualne ablucje plus posiłek i już pora obiadowa nadeszła. A wraz z nią, w cieple i promieniach słońca, Holy Moses. Świetnie dysponowana Sabina plus trzy manekiny. Gitarzysta gapiący się przez 40 minut na gryf, ostrzyżony na emo. Basista stojący jak kołek. Perkusista, omijający 75% przejść. Wokalistka uratowała ten koszmarny występ, zapraszając na scenę sporą grupę publiczności. Właśnie to będzie pamiętane, a personel do wymiany.

14124442_1060136374062843_9217205785802880002_o

14125612_1060136650729482_5320953369094069457_o

Opuszczając taras (dokąd wygnało mnie koszmarne wykonanie pierwszych numerów HM), musiałem przez ok. 5 minut rozkoszować się dźwiękami, generowanymi przez Eskimo Callboy. Nazwać ich „hovno” to nic nie napisać.

Agnostic Front nagrywał tego wieczoru DVD, ale oni się zawsze świetnie prezentują na scenie. Szkoda, że dźwięk z mikrofonów pływał, Roger nie wydawał się być w szczytowej formie, ale zabawa była i tak znakomita.

Destruction. Nie miał to być mój ostatni koncert na tegorocznym Brutalu, ale takowym się okazał. Schmier, Mike i Vaaver zaprezentowali pełne festiwalowe show, z biegającym po scenie Szalonym Rzeźnikiem, rzucaniem mięsem i molestowaniem skąpo ubranej niewiasty. Niestety, w pewnej chwili padł wzmacniacz Mike’a. Szybka wymiana i… padł wzmak rezerwowy. Oczekiwanie na sprzęt umiliła solówka perkusyjna. Wprawdzie Wawrzyniec krygował się, że improwizacja itp., ale wstydu nie było. Pomimo problemów technicznych, Destruction nie brało jeńców. Schmier w doskonałej formie wokalnej, ciekawym jak długo będzie w stanie tak się drzeć.

14138186_1060137707396043_8689450069111458125_o

14115026_1060137754062705_4705289428314221811_o

14107856_1060137810729366_6291399062741241887_o

14086261_1060137640729383_2272707278347807918_o

14053914_1060137860729361_6045946211731715004_o

Miałem jeszcze zamiar obejrzeć Debustrol i Venom Inc., lecz wywiad z Destruction przeciągnął się do rozmiarów afterparty i Twierdzę Josefov opuszczałem przez jedyne otwarte przejście, podczas gdy na scenie produkowały się jakieś pandy.

DSCN9595

 

Podsumowując: było godnie. Śmiem twierdzić, że najlepszy to Brutal od 2012, czyli odkąd pielgrzymuję do Josefova. Twierdza pięknieje (świątynia Lemmiego!), organizacyjnie niemal wszystko dopięte zostało na ostatni guzik. Opaski czipowe okazały się nieoczekiwanie dobrym pomysłem, ale pierwszego dnia przydałaby się sprawniejsza obsługa. Gdy już Czesi weszli na właściwe obroty, nic nie zgrzytało.  Obsługa prasy świetna, nie ma się do czego przyczepić. No dobra, po namyśle jest coś, co koniecznie powinno zostać zmienione. Kible przy małej scenie. Wystarczyłoby je odsunąć o 50m i komfort oglądania zespołów w namiocie wzrósłby znacząco.

Głowę wciąż mam w Czechach, także za sprawą ubiegłotygodniowego MuszlaFestu, ale powoli przebija się świadomość, że do kolejnego, dwudziestego drugiego Brutala pozostał już niecały rok. Blisko, coraz bliżej!

 

Vlad Nowajczyk

Foty: Leszek Wojnicz-Sianożęcki (Oldschool Metal Maniac)

 

 


Meshuggah: premiera utworu „Born In Dissonance” Asphyx: posłuchaj tytułowego utworu z nadchodzącej płyty „Incoming Death”
Meshuggah: premiera utworu „Born In Dissonance”
Asphyx: posłuchaj tytułowego utworu z nadchodzącej płyty „Incoming Death”






heavyrock.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone.
©2008-2017
Google