ROSK wypłynął na wody polskiej sceny muzycznej w roku 2017 z płytą „Miasma”. Od tamtego czasu zdążyli zaliczyć trasę wraz z Blindead, koncerty na takich festiwalach, jak m.in. Castle Party Festival, Czy Soundrive Festival, a obecnie podróżują po Polsce wraz z Tides From Nebula. Niecały tydzień temu do sprzedaży trafił nowy krążek „remnants”. O powstaniu zespołu, inspiracjach, staniu obok i przyjaźniach opowiada Krzysztof Traczyk w rozmowie z Krzysztofem Walter-Croneck.

Włączcie sobie ich debiut do lektury:

Jest coś, co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o wasz zespół, ani na bandcampie, ani na spotify, ani na facebooku nie jesteście oznaczeni imionami, a samymi pierwszymi literami imion, z czego to wynika? Czy chcecie zostać w pewien sposób anonimowi w muzyce, tak żeby to ona za was mówiła? Jaki był w tym cel?

Wiesz co, to się pokrywa z tym, dlaczego nazywamy się ROSK, bo ROSK jest słowem, które nic nie znaczy. Po prostu w którymś momencie ono padło i zostało, stwierdziliśmy, że brzmi ok i dopiero my zaczniemy je definiować jako sztuka, którą będziemy robić. Temat anonimowości był w sumie od początku, przez ten sam pryzmat, że nie zależało nam na tym, by były jakieś konkretne twarze za tym. Totalnie się nie kryjemy, nie gramy w maskach, chociaż był przez chwilę taki pomysł, na początku grania z Miasmą, ale to nie było do zrobienia. Chodzi o to, żeby to w jakimś stopniu zdehumanizować, by była to sztuka jako taka, bez zastanawiania się „o ten robi tamto, a tamten robi to”, bo też my się tymi rolami dzielimy, i mówienie, że „to jest gitarzysta, to jest ktoś tam” już w tej chwili jest to dosyć płynne, a będzie prawdopodobnie coraz bardziej. Tworzymy jakąś spójną całość i jest taki target, żeby nie było tak, że każdy ma do powiedzenia swoje a na resztę się nie ogląda, tylko to po prostu jest wspólna wiadomość. Najpierw siadamy i wszyscy kombinujemy, dogadujemy, tworzymy wspólny temat i to potem wychodzi z tej wspólnoty, pojedyncze osoby nie mają znaczenia w kontekście całej sztuki, całego zespołu ROSK.

No właśnie, jeśli chodzi o tę „płynność”, bardzo zmieniliście brzmienie od Miasmy. Miasma była, bardzo mocna, surowa, natomiast remnants jest albumem totalnie innym, akustycznym. Z czego wynika tak drastyczna zmiana? Nie baliście się tego eksperymentu, jako że samo środowisko metalu, fanów, jest bardzo hermetyczne i zamknięte na poważniejsze zmiany?

Jeśli chodzi o środowisko, to wydaje mi się, że już z Miasmą nie siedliśmy do końca w tym środowisku hardcorowych „tru” metalowców, tylko raczej kręciliśmy się w okolicach tak zwanego hipsterskiego metalu. Na festiwalach czysto metalowych, gdzie było dużo blacku, thrash metalu i tak dalej, byliśmy gdzieś obok jako taki dziwny zespół, na którym można się trochę zdrzemnąć, a trochę pomachać głową i mają czasem jakieś tam fajne melodyjki. Poza tym nie mieliśmy tego kryterium, gdzie byśmy się zastanawiali, czy to jest dobry krok pod względem marketingowym, czy wizerunkowym, bo tak jak można było uznać nas za zespół metalowy po pierwszej płycie, tak po drugiej już nie. Jesteśmy po prostu bandą gości, którzy robią swoje i właściwie nie wiadomo co dalej wymyślą i zrobią. Taki był temat, stwierdziliśmy, że kurczę, trochę nas już ten metal zmęczył, poza tym zaczęliśmy tworzyć tę historię, którą chcieliśmy opowiedzieć i to siadło właśnie z taką estetyką. Myślę, że wszyscy gdzieś tam od początku mieliśmy ciągoty w tym kierunku, zresztą już na Miasmie były momenty dużo spokojniejsze, rytualne wchodzące w folkowe tematy, których de facto nie pociągnęliśmy na tym albumie, ale początkowo gdzieś taki pomysł się przewijał, żeby to poszło w nordycko-folkową stronę. Z nami jest tak: jest nas sześciu i z jakiego punktu byśmy nie wyszli, który może być potwornie banalny i głupi, to jak to wszystko się zleje i wszyscy dołożymy swoje, to wychodzi tak, że nam się po prostu podoba.

Jeśli chodzi o emocje, które słychać na Miasmie, to było to cierpienie, frustracja, niewątpliwie związane z samą historią wędrówki przez ziemie przetrzebione przez Czarną Śmierć. Natomiast na remnants widzimy zupełnie inne emocje, nie frustrację a melancholię, pogodzenie się z losem, niewymierny smutek. W jaki sposób nie tylko emocjonalnie, ale i w tekście różni się remnants od Miasmy?

Miasma na pewno jest bardziej globalna tematycznie i dlatego brzmieniowo się tak różnią te płyty. Bo Miasma jest, nazwijmy to monumentalna, są tam ściany dźwięku, są bardzo potężne rzeczy, na scenie też jak to gramy to dużo się dzieje, biegamy, wyżywamy się. Lubię takie porównanie, że Miasma była dla nas terapią krzykową, terapią gdzie można się wyżyć, właśnie wyładować tak jak mówiłeś agresję, frustrację. Natomiast na remnants nie ma już tych stricte negatywnych emocji, sama historia, sam temat jest dużo bardziej intymny i osobisty. Teksty opowiadają o rzeczach bardzo kameralnych, już nie o śmierciach tysięcy ludzi i wędrówce przez wielkie przestrzenie wyniszczone przez czarną śmierć, tylko o starym, samotnym człowieku, który siedzi gdzieś w kącie swojego domu i zastanawia się, czy po stracie najważniejszej osoby ma co dalej ze sobą zrobić. Nie wyobrażam sobie robienia metalu o czymś takim, darcia mordy i łojenia w gitary, po prostu się nie da.

Przy poprzedniej płycie, a propos koncertów wspominaliście o rytuale. Często pojawiało się to słowo, szczególnie przy relacjach z koncertów. Tym razem mam wrażenie, że nie jest to rytuał, a modlitwa. Jak ważna jest dla was duchowość i jaką rolę ona gra?

Ja osobiście bardzo duchowo podchodzę do muzyki, dla mnie sztuka jest jednym z najwyższych sposobów, na jakiś kontakt z duchowością. Więc ona w tej muzyce jest. Była na Miasmie jest na remnants. Natomiast nazywaliśmy, faktycznie te koncerty rytuałami, teraz one są nadal niewątpliwie duchowe, jednak już bez tej, że tak powiem, folkowej otoczki rytualności, są one raczej teraz w estetyce zadumy. Coś fajnego powiedziałeś, że te koncerty remnantsowe, bardziej przypominają co?

Modlitwę.

Modlitwę i taką cichą kontemplację. Nie dokończyłem w sumie tej myśli z poprzedniego pytania, że jak Miasma była terapią krzyku, to tu jest ten etap terapii, gdzie w spokoju trzeba zajrzeć w głąb siebie i zastanowić się nad niektórymi rzeczami, obnażyć się, pozwolić z siebie wyjść pewnym mało wygodnym rzeczom. Nie takim, o których się krzyczy, tylko takim, których znalezienie w sobie może być przerażające. Duchowość jest i prawdopodobnie będzie na zawsze.

Zauważyłem, że ta duchowość nie przejawia się tylko w was, ale ona bardzo mocno oddziałuje na samą publiczność. Dzisiaj mogłeś pewnie zauważyć, choć wiadomo, że pewnie byłeś w jakiś sposób w swoim świecie…

Nie wiem, czy chociaż raz otworzyłem oczy [śmiech]

Ludzie podczas koncertu medytowali na podłodze, niektórzy tańczyli, bardzo melancholijny i smutny taniec, ale widać było, jak dużo czerpią z waszej muzyki. W jaki sposób nie tylko odbiera was publiczność, ale jak wy tę publiczność odbieracie, jak ona na was działa?

Dwie najlepsze rzeczy się wydarzyły, w takim razie, podczas dzisiejszego koncertu. Ludzie powinni albo siedzieć na ziemi, albo tańczyć.

Ja osobiście płakałem.

Płacz można dołożyć do jednej i drugiej moim zdaniem. Dla mnie szczytem artystycznym będzie, jak ludzie na koncertach będą tańczyć i płakać, to jest dokładnie to, do czego dążymy. Czy nasza muzyka w przyszłości będzie bardziej taneczna? Nie wykluczam, zobaczymy, co się wydarzy. My zupełnie nie narzucamy ludziom, jak mają te koncerty odbierać. To wszystko jest formą eksperymentu, bo my robimy swoje, robimy tę swoją muzykę, potem rzucamy ją ludziom w twarz i właściwie każda reakcja jest dla nas czymś pozytywnym, czy ktoś będzie do niej tańczył, czy płakał, czy powie, że jest nudna i pójdzie spać. Jeśli dla kogoś jest w tym coś spoko, to niech robi sobie, co chce z tą muzyką, to świadczy o tym, że ta cząstka nas, którą wrzuciliśmy w muzykę, w ten dany album, w ten dany projekt, rezonuje z kimś innym i to mogą być przeróżne formy, my tego nigdy nie przewidzimy i nigdy nie będziemy tego w żaden sposób narzucać. Natomiast jeśli ktoś jest się w stanie wczuć, jeśli ktoś coś poczuje w trakcie, to jest zajebiście.

Odbiegając już od samego tematu albumów, aczkolwiek nie od tematu muzyki. Wybrałem Cię do tego wywiadu nie bez powodu. Pojawiłeś się na płycie Autism, w utworze No Word. Jestem ciekawy, nie tylko skąd się wzięła współpraca z litewskim Autism, ale jak się w ogóle zaczęła wasza przyjaźń?

To są nasi litewscy bracia. Zdecydowanie to tak nazywamy. Wiesz, to jest tak naprawdę ciężko wyjaśnić, zagraliśmy z nimi dwa koncerty chyba dwa lata temu, to był koncert w Warszawie i koncert we Wrocławiu bodajże. Mieliśmy z nimi robić dłuższą trasę, ale jakoś nie uciągnęliśmy tego logistycznie i zagraliśmy tylko te dwa. Natomiast rzeczywiście, poczuliśmy zajebistą więź z nimi, pomijając to, że muzycznie jest jednak dużo punktów wspólnych, to oni się okazali tak super ludźmi, tak potwornie sympatycznymi i tyle ciepła wynikło, że rzucili wtedy hasło, że nas na pewno ściągną do siebie i dokładnie to zrobili rok temu. Dostajemy info na początku kolejnego roku, że chcą zrobić małą traskę i to będzie Litwa, Łotwa i coś w Polsce no i polecieliśmy z tym. I właściwie na tydzień, zanim ta trasa wystartowała, Thomas z Autismu napisał do mnie, że „ej Krzychu słuchaj”, co prawda nie po polsku, ale mniej więcej taka była treść, „mamy taki numer na nową płytę i chcemy właśnie tam zrobić wokal, pomyśleliśmy, że byś fajnie tam położył jakieś rzeczy. Przesłuchaj tego i powiedz, co myślisz, czy Ci się podoba”. W trakcie tej trasy, trasa… Trzy koncerty zagraliśmy. „Zrobimy sobie próbę, poimprowizujemy, nie musisz mieć tekstu, po prostu coś zaimprowizujemy i zobaczymy czy to siądzie”. Ja posłuchałem tego numeru raz i napisałem Thomasowi „nie mów nic więcej, wiem dokładnie co mam robić” i rzeczywiście spotkaliśmy się w pierwszym mieście, to była chyba Ryga, i tam zagraliśmy tylko na próbie dźwięku raz ten numer i potem rzuciliśmy się sobie w objęcia, powiedzieliśmy, że jest spoko i rzeczywiście było spoko. Na kolejnych koncertach to coraz bardziej się rozkręcało, potem Thomas napisał mi, że raz, chce mieć to na płycie i wysłał mi, o czym ona jest, dwa, żebym jeszcze zrobił narrację na całej płycie, bo tam są mówione partie w pozostałych numerach. Właściwie ani chwili się nie zastanawiałem, robiliśmy to zdalnie, nagrywałem u siebie, ale potem zaprosili mnie na koncert premierowy w Wilnie i też był mega czad.

Więc podejrzewam, że jeszcze nie raz będziemy coś z nimi działać, bo są to właśnie nasi litewscy bracia, rodzina.

A porpos samej piosenki No Word. Ona jest zupełnie inna od pozostałych piosenek na tym albumie. Jestem ciekawy jak dużo ty albo w ogóle cały ROSK, wnieśliście do tej piosenki, bo tam ewidentnie słychać Autism z ROSK.

Jeśli chodzi o aranż samego numeru, to nie miałem na niego żadnego wpływu właściwie, on tak jak mówię, jak go pierwszy raz usłyszałem, to było takie: „Dobra stary, ja dokładnie wiem, co tu się dzieje.” To był pierwszy z ich nowych numerów, który usłyszałem i tak stwierdzam: „Jezu chłopaki, ale co się z wami stało, to jest dużo bardziej ponure, niż to, co graliście wcześniej, dużo bardziej mroczne.” Gdzieś tam przebija się Amenra i takie rzeczy bardzo mocno. Totalnie nic tam nie musiałem modyfikować, zweryfikowaliśmy, ile ma być kółek czego, żeby to pasowało do tekstu, który zacząłem pisać. Jak to się zrodziło, to już miało ten pierwiastek, nie wiem, na ile oni planowali, że tam zaśpiewam, a na ile się przecięliśmy ze sobą, że mieliśmy na siebie nawzajem taki wpływ. Moim zdaniem to jest totalnie Autism i nie próbowałem tam wtłaczać ROSK, po prostu nagrałem wokale, które dla mnie tam siedziały, które wyraziły to, co chciałem powiedzieć. Ale to jest sto procent Autismu.

Wracając do sceny polskiej. Czy współpracujecie, przyjaźnicie się z innymi zespołami, czy tutaj jest ten Autism w centrum, czyli wasi najlepsi kumple, bracia muzyczni, duchowi?

Moim zdaniem środowisko takiej muzyki, czyli nazwijmy to okolicami podziemnego metalu, jest zajebiste. My od samego początku mieliśmy mnóstwo wsparcia od różnych ludzi, różnych zespołów. Przyjaźnimy się ze sporą ilością kapel. Mamy plan stworzenia pewnej formy kolektywu, nie wiemy, jak to się rozrośnie, mamy sporo osób, z którymi to siedzi i które są tym zainteresowane. Jest zespół 4dots, czyli kropki. To są goście, z którymi w podobnym momencie zaczynaliśmy. Oni grają taki techniczny, progresywny post metal, strasznie dziwne rzeczy, ale zajebiste. Z nimi byliśmy od początku. Z Obscurami, z Blindeadami,, z nimi też jesteśmy praktycznie jak rodzina. Jest tego sporo.

Pytałem o was na koncercie Traces to Nowhere i mówili, że was kojarzą bardzo dobrze. Więc widzę nie tylko, że przez samą publiczność, ale też przez środowisko muzyków jesteście świetnie odbierani. Wydaje mi się, że przez te dwa lata zrobiliście duży progres, jeśli chodzi o ludzi na koncertach. Po social mediach i po koncertach widać, że ludzie chcą słuchać tego, co im dajecie.

Na pewno jakaś grupa ludzi chce i rzeczywiście, nie wiem, na ile to jest przypadek, ale ta muzyka, przez to, że pograliśmy trochę festiwali w wakacje… To znaczy, to nie jest muzyka dla każdego, to nie jest wręcz muzyka dla wielu ludzi i wydaje mi się, że nigdy nie będzie. Natomiast fajne jest to, że dotarła do ludzi, do których powinna. I to nigdy nie będą tłumy, ale Ci ludzie są i faktycznie mamy coraz więcej informacji zwrotnych, żebyśmy zagrali tu, zagrali tam, że fajna płyta. To mieliśmy już po Miasmie, w ogóle był szok, jak dostaliśmy jakąś pierwszą wiadomość z Kanady czy skądś tam, że gość przesłuchał tej Miasmy i w ogóle duchowe doświadczenie dla niego i wtedy zrozumieliśmy, że to, co robimy, jest ok, że gdzieś znajdą się ludzie, którzy będą tego słuchać i coś w tym odnajdą i to jest spoko. Ta nowa płyta otwiera nam nowe możliwości. Przestaniemy być kojarzeni ze sceną metalową, otworzy się mnóstwo nowych eventów, festiwali, jakichś imprez, na których będziemy mogli to grać, co jest dla nas super, bo granie tylko na festiwalach metalowych jest na dłuższą metę męczące. Graliśmy w sierpniu na Soundrive w trójmieście, byliśmy jedyną kapelą metalową, oprócz tego masa elektroniki, podziemia, odrobina popu, rapsów i to było super. To, że z tą płytą jest szansa, żeby wymieszać te środowiska. Te środowiska tak jak mówiłem, podziemny metal, Ci ludzie są niesamowici i właśnie wśród nich liczy się sztuka i to jest jedna z najfajniejszych rzeczy w tym, że nie ma niesnasek i boczenia się na siebie, bo chodzi o sztukę. Jeśli parę zespołów stworzy razem, na jednym koncercie coś, co stwierdzimy, że jest fajne i trzyma się kupy, to zagramy z tymi zespołami.

Właściwie już kończąc, zapytam, czy już w tym momencie, po nagraniu remnants, które wyszło w wersji fizycznej kilka dni temu, macie głowy pełne pomysłów na kolejne projekty, nowe dźwięki? Czy na razie skupiacie się na trasie z płytą remnants i zespołem Tides From Nebula?

Na pewno nie mieliśmy przestrzeni psychicznej, by zacząć myśleć nad konkretnymi dźwiękami. Całe wakacje to były festiwale, których nie było dużo, ale były co jakiś okres czasu, więc musieliśmy do nich ćwiczyć Miasmę. Potem wracamy z tych festiwali, więc szybko trzeba zacząć łoić remnants przed trasą, żeby nauczyć się to grać znowu. Jakieś rzeczy już w nas buzują, chodzą powoli jakieś myśli, których nie będę tutaj do końca zdradzał, ale raczej odłożymy gitary akustyczne, a w każdym razie nie będą głównym tematem, raczej przyłoimy znowu, ale czy to będzie metal…

Może funk następnym razem?

Może funk, może nie wiem co, właściwie może być mnóstwo rzeczy, zobaczymy. Chcemy zacząć coś niedługo, bez zobowiązań rzeźbić.

 

Wywiad przeprowadził i podesłał nam:

Krzysztof Walter-Croneck

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *