Wacken 2016: Relacja z wyprawy do Ziemi Świętej

Każdy fan metalu słyszał w swoim życiu o Wacken. Ten festiwal to żywa legenda, gościli największych, a ilość koncertowych wydawnictw nagranych na niemieckiej ziemi liczona jest pewnie w dziesiątkach, jeśli nie setkach. Każdy fan metalu powinien w swoim życiu spłodzić dom, zasadzić syna, zbudować drzewo, wyśmiać Scream Makera i udać się na Wacken. Kolejność dowolna. Na syna, drzewo i dom w moim wykonaniu trzeba trochę będzie poczekać, ale Wacken już za mną. Jak było? Zapraszam do lektury.

Wacken położone jest cholernie daleko. Konkretnie to w północnych Niemczech, ale sformułowanie cholernie daleko lepiej oddaje położenie tego miasteczka. Na szczęście przespałem większą część podróży i obudziłem się już u celu. Co prawda straciliśmy prawie godzinę na okrążenie miasta i terenu festiwalu, ponieważ służby informacyjne były raczej sługami Chaosu, niemniej udało się dotrzeć, rozbić namioty, rozstawić wiatę i udać na spoczynek.

Dzień pierwszy zaczął się od zniszczenia wiaty. Przez pole namiotowe przetoczył się Wind of Change, ale zamiast obalić komunizm, połamał wiaty uczestników Wacken, bo nie tylko nasza padła ofiarą. Nie wiadomo skąd pojawili się natomiast jacyś Niemcy z zapasem drewna (!), którzy zaoferowali pomoc (!!) w naprawie wiaty(!!!). Zapas tyrytytków i szarej taśmy klejącej, czyli dwóch fundamentów naszego świata w połączeniu z drewnianymi elementami pozwolił na ponowne wzniesienie konstrukcji. Rise and Fall jak to śpiewał Michael Kiske (Niemiec zresztą).

No dobra, czas sprawdzić jak wygląda miejsce, do którego wstęp kosztuje 200 niemie… europejskiej waluty. Pierwsze wrażenie:

Byłem wcześniej na kilku festiwalach, ale teren Wacken po prostu powala. W przeciwieństwie do dosyć zbitego Graspop, Wacken zajmuje dużo większy teren, wypełniony wieloma aktywnościami. Zwiedziliśmy wiele sklepów z merchem (nie tylko oficjalne stoiska zespołów), gotyckimi i rockowymi ciuchami, a nawet rękodziełem i asortymentem rekonstrukcyjnym (nie wiem czy to odpowiednie sformułowanie do określenia futer, rogów i tego typu rzeczy, ale z braku laku niech będzie).

woa1

Między sklepikami i punktami gastronomicznymi znajdziemy Wasteland Stage, na której grają różne małe zespoły. W okolicy znajdziemy też Wasteland Warriors, cosplayerów w klimacie Mad Maxa. Nie mam pojęcia kto jest na scenie. Niemniej do Wasteland jeszcze wrócimy w późniejszych dniach bo działo się. Następnie ruszyliśmy do Wackinger Village, gdzie na scenie występowały różne folkowe składy. Nam trafił się Vogelfrey, całkiem przyjemne przaśne granie z p o t ę ż n ą wiolonczelistką. Po powrocie do namiotu nastawiałem się już raczej na chillout, ale okazało się, że poza anonimowymi niemieckimi zespołami jest też Phil Campbell z zespołem Bastard Sons. Postanowiliśmy sprawdzić, jak zaprezentuje się były wioślarz Motorhead w towarzystwie synów. Na setlistę złożyły się głównie kawałki Motorhead, ale nie zabrakło coverów Black Sabbath (Sweet Leaf), ZZ Top (Sharp Dressed Man) czy Davida Bowiego (Heroes). Cały namiot w ruch wprawiło oczywiście Ace of Spades. Nie było źle, ale bez pojary. Poprawny występ, do zapomnienia.

Dzień drugi zaczął się od stałego headlinera Wacken – Deszczum. Ulewa zapewniła nierozłączne z festem błoto i decyzja o zabraniu kaloszy okazała się złotym strzałem. Czwartkowa rozpiska jednak nie powalała, a z zespołów „musiszwidzieć” tylko Iron Maiden. Niestety Maideni jako jedyny zespół tego dnia grali na True Metal Stage, więc barierka od rana zasypana była fanami Maiden. Na trasie Book of Souls zaliczyłem już 4 barierki (a licząc 2017 to 8), więc ta na Wacken nie była tak istotna i poszedłem na Saxon. Biff z ekipą jak zwykle nie zawiedli i w ciągu nieco ponad godziny zagrali konkretny koncert. W secie bez wielkich odkryć, ale dla mnie dużym plusem był Motorcycle Man, którego zabrakło na belgijskim Graspop.

woa2

Po Saxon zostaliśmy zobaczyć Foreigner. Dziadki dały przyzwoity koncert i chociaż nie będę raczej sięgał po ich płyty w domu, to na żywo bawiłem się całkiem nieźle, a I want to know what love is nawet rozpoznałem. Potem bieg do namiotu, żeby zobaczyć Vadera. Peter z załogą dali standardowo dla siebie porządny koncert. Plany oglądania Whitesnake pokrzyżował mocno ulewny deszcz, a szkoda, bo był to jeden z zespołów na których bardzo mi zależało. Pozostało obserwować go spod dachu jakiegoś gastropunktu (znaleźliśmy taki piętrowy, więc profit).

W końcu nadszedł wieczór, publika zgęstniała i wszyscy czekali na headlinera. Iron Maiden grało tylko jeden koncert w Belgii, właśnie na Graspop. Pod sceną niemal sami fani Maiden, trudno było znaleźć w tłumie koszulkę bez wizerunku Eddiego. W końcu z głośników rozlegają się pierwsze takty intra. „Doctor Doctor Please….” niesie się po całym Dessel. Nieśmiertelny klasyk UFO dobiega końca, scenę spowija gęsty dym, płoną pochodnie, a z dymu wyłania się Bruce Dickinson zawodząc „Here is the Soul of a Man”. Kurtyna opada, na scenę wbiegają Dave, Steve, Janick i Adrian… „If Eternity Should Fail” to wybitnie koncertowy numer. Świetne tempo, masa gitarowych smaczków i niezwykle chwytliwy refren. Uwielbiam go i nie wyobrażam sobie koncertów Maiden bez niego, a przecież nagrany został tak niedawno! Janick szalał wymachując gitarą, Steve podkręcał fanów do jeszcze bardziej entuzjastycznych reakcji – chociaż i bez tego tłum szalał – Dave jak zwykle łapał kontakt wzrokowy i świetnie się bawił. Scena jednak należała do Bruce’a, przemierzał ją, wzdłuż i wszerz, biegał, a w rzadkich chwilach bez ruchu zajmował miejsce na środku. „Speed of Light” nie jest może największym dziełem Dziewicy, ale to ciągle znakomity, pełen energii rocker, nawet Adrian ruszył się z miejsca. Numery trzy, Children of the Damned, grany przez Adriana na gitarze akustycznej. Nie sądzę, by znalazła się chociaż jedna osoba, która nie słyszała płyty „Number of the Beast”, więc sami wiecie jak doskonały jest to wałek. Czwarty kawałek poświęcony komikowi Robinowi Williamsowi – Tears of the Clown. Dużo mniej przebojowa, znacznie bardziej przejmująca kompozycja. Mam wątpliwości, czy to numer o potencjale koncertowym i czy lepiej nie sprawdziłby się „The Great Unknown”. Po nim napisany w całości przez Steve’a „The Red and the Black”, ponad trzynastominutowy kolos. Bardzo dobry, ale mam wrażenie, że nieco rozwleczony i spokojnie mógłby zamknąć się w ośmiu-dziewięciu minutach. Basowe outro grane przez Harrisa daje czas Bruce’owi na przebranie się i gdy rozbrzmiewa riff „The Trooper” Bruce jest już na szycie scenografii z brytyjską flagą w dłoni i chyba każde z 80 tysięcy obecnych gardeł zakrzyknęło „You take my life, but I take yours too”! Zresztą co tu pisać… Maiden to koncertowe bestie, wszystko mają dopracowane w najmniejszych detalach. Po kultowym Trooperze Maideni odkurzyli klasyka „Powerslave”. Dla mnie to powrót do przeszłości, mój pierwszy koncert w życiu to właśnie Iron Maiden podczas genialnej trasy „Somwhere Back in Time”. Numer ósmy w setliście to „Death or Glory”. Bruce wpada na scenę z małpką przewieszoną na szyi i chociaż numer opisuje „Czerwonego Barona”, to numer kojarzy się wszystkim dzięki „małpim tańcom” przed refrenem. Chwytliwy, porywający numer pełen energii. Po nim Dickinson opowiada o antycznych artefaktach, pochodzących z czasów świetności dawnej cywilizacji Majów. Ten niezwykle stary, skradziony przez British Museum relikt to… Nicko McBrain! Następujący po nim „Boof of Souls”, tytułowy numer z ostatniej płyty to według mnie najsłabszy fragment setlisty. Kawałek jest długi, ale dlatego, że jest po prostu rozwleczony. Zwłaszcza pierwsza część mi się nie podoba. Druga połowa kawałka jest znacznie lepsza, zwłaszcza cześć nstrumentalna, gdy na scenie pojawia się Eddie walczący z Janickiem i Dickinsonem. Bruce wyrywa maskotce zespołu serce, biegnie przez całą scenę i rzuca je w tłum.

Dziesiątka w secie to ścisły top Maiden, epicki „Hallowed By The Name”. Szacunek, że zdecydowali się go włączyć, to nie jest łatwy numer dla Bruce’a, ale mimo upływających lat poradził sobie całkiem nieźle. Mam wrażenie, że grany na 3 gitary brzmi jeszcze lepiej niż w oryginale. Jedenaście najmocniej poruszył publiką, to w końcu nieśmiertelny „Fear of the Dark”. Pierwszą część koncertu zamknął klasyczny „Iron Maiden” z debiutu. Bez bisów się nie obejdzie. Muzyków ciągle nie ma na scenie, a z głośników rozlega się „Woe to you, oh earth and sea…” . Koncert zakończyły „Blood Brothers” i „Wasted Years”. Po koncercie Maideni byli wyjątkowo rozmowni, mikrofon przejął Nicko McBrain i powstrzymać od gadania musiał go… wybiegający zza kulis Bruce Dickinson w samych slipkach. Komiczny widok.


Dzień trzeci. Deszczum ponownie od rana grało swój show. Na szczęście koło południa ustąpił i można było ruszyć na fest. Co w menu? Dzień zaczęliśmy od japończyków z Loudness. Wysokiej klasy heavy metal, mimo wczesnej pory dali dobrą, godzinną sztukę. Chciałbym ich kiedyś zobaczyć w klubowych warunkach z pełnym setem, polscy promotorzy – do roboty!

Na scenie obok po Loudness zainstalowali się Entombed A.D. Metallum bardzo precyzyjnie określa ich jako „Death ‚n’ Roll”, bo rzeczywiście ich muzyka wymyka się deathmetalowej szufladce – i bardzo dobrze! Koncert był fantastyczy, panowie chłostali w świetnym stylu, a L-G Petrov udowodnił, że jest pierwszym menelem sceny metalowej. Smarkał, pluł, śmierdział, czyli wszystko zgodnie z planem. Następnie zerkaliśmy na Axel Rudi Pell. Zwykły rockowy band jakich wiele, chwytliwe numery, kolorowe ciuchy. Przyjemny występ, podobnie jak w przypadku Foreigner, ale przynajmniej według mnie – do zapomnienia.

woa3

Eluveitie w 2016 roku przechodziło szereg zmian, a w składzie zespołu było wielu muzyków koncertowych. W line-upie szwajcarskiego składu znalazła się nawet Polka, Michalina Malisz, która bardzo entuzjastycznie zareagowała na naszą polską flagę. Sam koncert niezły, ale to co będę pamiętał to nie utwory, a szaleni crowd surferzy. Były ich dziesiątki, w zasadzie cały koncert spędziliśmy na chronieniu głowy rękami przed oszalałymi ludźmi nad nami. Ich ilość była wręcz absurdalna i z czymś takim nigdy się nie spotkałem.

Na małych scenach nie było nic ciekawego, na głównej miał grać Bullet for my Valentine, więc poszliśmy coś zjeść i zająć barierkę na specjalny koncert Kaia Hansena. Na tejże barierce spotkałem znajomych z fińskiego fanclubu Iron Maiden, więc oczekiwanie umililiśmy pogawędkami. Kai Hansen to jeden z moich wielkich bohaterów. Jako gimnazjalista słuchałem bardzo wiele power metalu, a pierwsze 3 płyty Helloween i dyskografia Gamma Ray były dla mnie perłami w koronie tego gatunku. Dziś jest to miłość nieco zardzewiała, ale perspektywa usłyszenia Kai’a na żywo była główną motywacją wyjazdu na Wacken. Otwierający „Born Free” z nowej płyty okazał się świetnym numerem, Kai mimo 3 dekad na scenie nie zapomniał jak składa się szybkie, galopujące numery. Drugi numer to już polecenie z grubej rury, rozległo się intro Walls of Jericho i Kai zbombardował publikę grając kultowy „Ride the Sky”. Dla tego jednego wałka warto było tłuc się te 1000 kilometrów! Kai zapewnił przekrojową setlistę, nowe kawałki przeplatały się z numerami Helloween, a pod koniec setu na scenie pojawił się sam Michael Kiske! I Want Out i Future World zabrzmiały fenomenalnie, a Michi dalej ma wybitny głos. Wspomnienia z dzieciństwa odżyły i naprawdę byłem wzruszony.

woa4

Headlinerem tego dnia był Blind Guardian. Koncert brzmiał wspaniale, Hansi śpiewał z mocą, jak tylko on potrafi. Mimo to, mając świeże wspomnienia z wybitnego, magicznego koncertu w Warszawie ledwie półtora miesiąca wcześniej nie zostałem porwany. Chociaż nie ma wątpliwości, że koncert był świetny, a „Last Candle” mógłbym słuchać na żywo codziennie.

Unisonic to taki zespół, który kontynuuje dziedzictwo Helloween, podczas gdy Helloween właściwy zajmuje się jego profanacją. Tak to w życiu bywa, Dynie to Hansen i słychać to w każdej nucie Unisonic. Tym razem w secie znalazły się tylko 2 numery z repertuaru Dyń, z jednej strony szkoda, że panowie nie pokusili się o „I’m alive”, z drugiej strony sporo keeperowych numerów w secie miał Kai. Było bardzo, bardzo dobrze, Kiske wciąż ma moc i siłę w głosie. Na zegarku dochodzi 2 w nocy, a my jeszcze nie myślimy o odpoczynku, nie kiedy na dużej scenie instaluje się Testament. W zasadzie na tym mógłbym zakończyć, każdy kto widział ich na żywo wie jaka to koncertowa bestia. Prawdopodobnie najlepsza sekcja rytmiczna (Hoglan, Di Giorgio), solowy wymiatacz (Skolnick), bestia na wokalu (Chuck) i spinający wszystko Eric. Ależ to są zwierzaki, zmęczenie z całego dnia natychmiast odeszło. „Rise Up”! Krzyknął Chuck, a my rzeczywiście powstaliśmy. Dużo było w setliście „Dark Roots of the Eart”, co mnie cieszy, bo to świetna płyta, ale nie zabrakło klasyków. Testament zszedł ze sceny o trzeciej, a my ledwo doczłapaliśmy przez morze błota do namiotów.
woa5

woa6

Dzień czwarty. Powitał nas… deszczem. Zaskoczenie. Zaczynamy od małych scen, Year of the Goat zrzynaja trochę z Ghosta, ale nie na tyle by być podróbą. Klawiszowiec, lider szwedzkiego zespołu na widok naszej polskiej flagi wziął mikrofon i pozdrowił nas swojskim „napierdalać kurwa”. Po tym występie szybko pod główne sceny, załapałem się na kawałek świetnego Borknagar, ale celem było zajęcie barierki przed Metal Church. W latach szczenięcych uwielbiałem Mike’a Howe, płyty z nim to moje ulubione dokonania Church (z całym szacunkiem dla Wayne’a, którego również bardzo lubię). Reaktywacja zespołu z Mikiem w składzie była dla mnie pięknym newsem, wydanie świetnej „XI” jeszcze lepszym, a ich występ na Wacken był jedną z głównych motywacji przyjazdu na ten fest. W krótkiej setliście trudno zmieścić wszystkie klasyki i zagrać sporo nowego materiału, ale ekipa Kurdta Vanderhoofa poradziła sobie z tym zadaniem. Był „Fake Healer”, „Human Factor”, „Badlans”, nie zabrakło numerów z ery Wayne’a „Watch the Children Pray” i „Beyond the Black” a całość podlana świetnymi numerami z XI. Było genialnie i czekam na koncert w Polsce.

 

woa7

Po Churchach biegniemy szybko na Therion, którego koncert był wyjątkowy ze względu na gościnny udział Snowy Shaw. Świetnie się złożyło, że Snowy był na Wacken tego samego dnia co Therion (niestety na jego koncert nie miałem okazji pójść, bo nakładał się z Metal Church). Sam koncert bardzo dobry, nie słucham na co dzień, ale zaprezentowali się naprawdę fajnie. Udało się nawet złapać 2 kostki. Szybki bieg pod drugą scenę na Steel Panther. Nie jestem wielkim fanem, ale publikę porwali. Ciekawostka: zazwyczaj do „13 girls in a row” biorą dziewczyny z publiki, tym razem tancerki czekały od początku za kulisami. Czyżby zespół nie wierzył, że znajdzie się 13 ładnych Niemek? 

woa8

UGH, zakrzyknęliśmy obaj po koncercie ze zmęczenia i ruszyliśmy na UGHptikon, to znaczy na Triptykon, zobaczyć na żywo Toma Warriora to obowiązek każdego szanującego się fana ciężkiego grania. Z 10 numerów aż 7 pochodziło z repertuaru Celtic Frost, w tym „Morbid Tales” czy „Dehtroned Emperor”. Koncert był fenomenalny, mistyczny, rytualny. Zdążyło już zrobić się całkiem ciemno, na scenie zapłonął ogień, klimat 10/10. Z powrotem biegniemy na drugą scenę na Twisted Sister. Nigdy nie traktowałem tego zespołu poważnie, ale dali radę! Mimo obciachowych kolorów, farbowanych włosów i odpustowych gitar pozamiatali. Dee Snider to rockowa bestia, urodzony gwiazdor w najlepszym tego słowa znaczeniu. To także charakterny frontman, zapowiedział że trwająca trasa jest ostatnią i, że w ich przypadku to naprawdę ostatnia trasa. „Nie jesteśmy Scorpions, nie jesteśmy Judas Priest” – mówił Dee, który w kontakcie z publiką zaprezentował mistrzostwo.

woa10

W informatorze znaleźliśmy zespół Serious Black, w którym to mieli grać Tomen Stauch (ex Blind Guardian) i Roland Grapow (Masterplan, ex Helloween). Niestety okazało się, że żadnego z nich nie ma już w zespole, był za to Alex Holzwarth z Rhapsody, ale sam koncert wypadł średnio. Kiepsko nagłośniony, kawałki też nie powalały. Ominęliśmy przez to Arch Enemy, ale niespecjalnie żałujemy. Festiwal zwieńczyć mieli Dio Disciples z „very special guest”. Idąc pod sceny zastanawialiśmy się kim może być ten gość, analizowaliśmy trasy, uczestników Wacken… na scenie zastał nas solidny tribute-band, chociaż czapki napoju energetycznego trochę mnie kłuły w oczy. Wiecie, nie mam nic przeciwko sponsoringowi, ale w tribute-band… słabo. Na koniec setu na scenie pojawiła się dziwna konstrukcja i ostatni numer zaśpiewał sam Ronnie James Dio w formie hologramu. Bylem bardzo zaskoczony i szczerze mówiąc wciąż nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony to… dziwne. Z drugiej, to jedyna szansa dla tych, którzy jeszcze Dio nie widzieli.

I to by było na tyle. WOA 2016 to jeden z najlepszych wyjazdów, na których byłem. 4 dni ciężkiego grania, bez myślenia o kłopotach zostawionych w Warszawie. Czego chcieć więcej?

 

 

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *