To jedna z naprawdę niewielu kapel na współczesnej polskiej scenie metalowej, która w taki sposób sięga do klasycznego heavy metalu, że nawet nie tyle warto, co należy poświęcić jej twórczości uwagę. Dormant Dissident wciąż promują wydany przed niespełna rokiem i bardzo dobrze recenzowany album „Knightmares”. W rozmowie z basistą Rafałem Romańskim sprawdzamy, co u zielonogórzan słuchać aktualnie i co będzie słychać wkrótce.

 

Dormant Dissident istnieją od 2011 roku. Opiszcie, jak wyglądał Wasz rozwój i towarzyszące mu najważniejsze wydarzenia do dnia dzisiejszego?

To długa historia, ale można wyodrębnić kilka momentów, dzięki którym istniejemy i robimy to, co chcemy… Oczywiście w muzyce. Wszystko zaczęło się tak naprawdę formować podczas studiów. Wtedy, pod koniec 2011 roku powstał skład pod nazwą Dormant Dissident. Od tego czasu do dnia dzisiejszego mieliśmy tylko jedną zmianę w zespole, ale po kolei. W 2012 roku zaczynaliśmy tworzyć swój własny materiał, występowaliśmy na różnych przeglądach i zagraliśmy kilka sporadycznych koncertów. Nic specjalnego, początki. W roku 2013 nastąpił, można rzec pierwszy „przełom”, gdyż wypuściliśmy na światło dzienne 3-utworowe demo, które nazwaliśmy po prostu…  „DDemo”. Płytka rozeszła się dość szybko. Kolejny rok poświęciliśmy pracy nad nowym materiałem i graniu koncertów – było ich około 20. Rok 2015 przyniósł nam ponad roczny rozłam. Początkowo skład opuścił Artur Kuliński – wokalista, po niedługim czasie odległość pokonała naszego gitarzystę Michała Bednera. Jednak nie ma tego złego… Artur powrócił niczym Terminator, a wkrótce po nim do zespołu dołączył Kamil Pleśnierowicz i tak wróciliśmy na deski w roku 2016. Mieliśmy dopracowany materiał na płytę, wybraliśmy utwory i poświęciliśmy wiele czasu na wydanie płyty własnym nakładem finansowym. Debiutancki album „Knightmares” ukazał się w grudniu 2016. Natomiast bieżący rok poświęciliśmy promowaniu go podczas naszej pierwszej „dużej” trasy koncertowej, która trwa do 9 grudnia 2017.

Za chwilę minie rok do wydania debiutanckiego LP Dormant Dissident zatytułowanego „Knighmares”. Jak wspominacie rok promocyjny tego albumu? Jaki był odbiór? Bo recenzje mieliście bardzo dobre.

To prawda, czas leci nieubłaganie. Jak wspomniałem wyżej, mieliśmy nie lada wyzwanie – wydać samemu płytę, zorganizować trasę i promocję… Ile wymaga to pracy  wie każdy, kto się za to kiedykolwiek zabrał… A w dzisiejszych czasach działa tak wiele zespołów. Generalnie w tym roku mało mieliśmy czasu na tworzenie nowych utworów z racji tego, że promowanie i organizowanie koncertów zajmuje dużo czasu. Nie mamy menadżera ani wytwórni, która robiłaby to za nas. Mimo organizacji koncertów w miejscach, gdzie nigdy nie byliśmy, spotykamy się z ciepłym przywitaniem i sami widzimy, że na koncerty przychodzi coraz więcej osób, co nas bardzo cieszy. Widać, że ludzie nie przechodzą obojętnie obok naszej muzyki.

 

Okazuje się, że klasyczny heavy się wciąż nie nudzi, prawda? Jakie macie jeszcze inspiracje, które staracie się przemycąc do swojej muzyki?

Powiem tak – inspiracji jest mnóstwo, bo każdy z nas słucha czegoś innego, ale wszyscy lubimy heavy. A to całe „przemycanie” zależy od kogo wychodzi riff i zależy też czego w danym czasie się słucha. Jak widać wszystko jest dość przypadkowe, ale dzięki temu nie można powiedzieć, że tworzymy na jedno kopyto.

 

Dużym atutem „Knightmares” jest bardzo dobra produkcja tego albumu. Gdzie był rejestrowany i kto odpowiada za tak dobre brzmienie?

„Knightmares” nagrywany był w studiu DECYBELIA pod Poznaniem. Szukaliśmy odpowiedniego miejsca. W końcu to nasze pierwsze „dziecko”. Wiedzieliśmy, że musi to być odpowiedni realizator z pomysłem na album. Tak też dotarliśmy do Łukasza Frankowskiego, który dopilnował by nasze LP brzmiało tak, jak brzmi.

 

Można gdzieś jeszcze kupić ten krążek?

Oczywiście. Krążek można zamówić u nas na Facebooku, albo pisząc do nas maila lub też po prostu przyjść na koncert, gdzie sprzedajemy płytki po specjalnej niższej cenie. Niedługo planujemy także wprowadzić sprzedaż koszulek z grafiką z płyty, więc warto zaglądać na naszą stronę, ale przede wszystkim na koncerty.

 

Skoro od wydania tej płyty mija rok, planujecie już coś nowego?

Na nowy album przyjdzie czas, ale to prawdopodobnie w roku 2019, gdyż wiemy ile czasu trzeba na to poświęcić. Mamy na warsztacie kilka utworów, ale weźmiemy się za nie tak na poważnie po skończeniu trasy.

 

Czy nowe rzeczy, nad którymi pracujecie mogą zaskoczyć dotychczasowych fanów?

Zaskoczyć? Hmm… muzycznie? Może. Nie jestem w stanie przewidzieć reakcji publiki, która znała naszą dotychczasową muzykę. Ale mogę pokusić się o stwierdzenie, że jeden, a może dwa utwory na „Knightmares” ukazały pewien kierunek, w którym pójdziemy z drugim albumem. Mnie osobiście on satysfakcjonuje, ale to tylko moja opinia.

 

Ostatnio mieliście dość nieprzyjemną sytuację z koncertem w Bydgoszczy, który się nie odbył – możecie przybliżyć tę historię?

Fakt, była to dość… Bardzo niecodzienna sytuacja. Zagraliśmy około 100 koncertów w Polsce i szczerze powiem, że spotkaliśmy się z czymś takim pierwszy raz. Przejechaliśmy ponad 500 km (drugi zaprzyjaźniony zespół przejechał tyle samo), by dowiedzieć się, że klub organizacyjnie jest kompletnie nieprzygotowany. Będąc na miejscu szkoda nam było zmarnowanego czasu na podróż i chcieliśmy zagrać, ale z głów wybił nam ten pomysł menadżer klubu. Ignorancja i arogancja biły od niego na kilometr – nie szanował nas, reszty zespołów, ani koncertu, który miał się odbyć. W klubie napotkaliśmy na wiele problemów, które stworzyły bardzo niekorzystny obraz całej sytuacji. Nigdzie (nawet w klubie) nie wisiała żadna informacja o nadchodzącym koncercie. Miejsce, gdzie miał stać sprzęt, było zawalone gratami. Klub zapewniał nas, że znajduje się tam odpowiednie nagłośnienie wokalu, co okazało się stwierdzeniem bardzo na wyrost – dźwięk ze starych głośników, które się tam znajdowały, nie przebiłyby się nawet przez kaszel dogorywającego gruźlika. Bramka miała być postawiona praktycznie POD SCENĄ!  Mimo tego wszystkiego dalej staraliśmy się być fair i wciąż chcieliśmy zagrać… Ale po „rozmowie” z menadżerem uznaliśmy, że jak mamy wystąpić u kogoś takiego, to wolimy tego wieczoru nie grać wcale. Gość na początku nawet na nas nie spojrzał. Grając cały czas w rzutki, pomrukiwał coś o tym, że ludzi i tak nie będzie i w sumie to nie ma sensu… Jego postawa odebrała nam jakiekolwiek chęci do uprzątnięcia sali, wniesienia całego sprzętu i patrzenia się na menadżera jak bardzo ma gdzieś nas, inne zespoły i całe to wydarzenie. Po prostu zostaliśmy zmuszeni w ten sposób do odwołania koncertu.

 

Czy przed podobnymi niewypałami da się zabezpieczyć?

Myślałem o tym po „koncercie”. Tak naprawdę jadąc gdzieś pierwszy raz, nie mamy większego pojęcia co zastaniemy i jak będzie. Zawsze jedzie się w jakimś stopniu w ciemno. Oczywiście można sprawdzić opinie klubów, zdjęcia, ale i to nie daje jasnego obrazu. Nie można też z góry zawierzać wszystkim opiniom w internecie, bo każdy ma wrogów. Są kluby małe i też niektórym nie pasują, ale byłem tam, grałem i nie mam zastrzeżeń. Takie coś jak w Bydgoszczy, zdarzyło nam się po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni.

 

Jak wygląda sytuacja z innymi koncertami? Gdzie jeszcze można Was posłuchać?

Druga część trasy jest już prawie w połowie. Można będzie nas jeszcze usłyszeć w Krakowie, Poznaniu, Sosnowcu, Łodzi, Częstochowie, Szczecinie i Dąbrowie Górniczej. Wszystkie koncerty mają swoje wydarzenia na Facebooku – zapraszamy!

 

Jak wyglądają plany Dormant Dissident na rok 2018?

Rok 2018 poświęcimy na granie na festiwalach, supportowanie gwiazd i zagranie paru zlotów motocyklowych. To część planów koncertowych. Natomiast, jak już wcześniej powiedziałem, postanowiliśmy przede wszytkim skupić się na tworzeniu nowego materiału, gdyż gdzieś tam w naszych głowach pojawiają się już pomysły na kolejny krążek. Wiemy co chcemy osiągnąć i będziemy do tego dążyć.

 

Dziękujęmy za rozmowę.

Ja również dziękuję.

dormant dissident

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *