Przed Wami wywiad, z którego dowiecie się wszystkiego, co wiedzieć musicie o wrocławskim Prądzie. Zapewne jeszcze o nim nie słyszeliście, ale – wierzymy w to – będzie o nich głośno.

W czym Prąd podobny jest do Pantery? Czy potrzebował stu tysięcy na nagranie EP-ki? W jaki sposób Voivod wpłynął na twórczość Prądu? Czy wszystko w muzyce zostało już wymyślone? Na te i wiele innych pytań odpowiada gitarzysta, Rafał Bielski.

Prąd

Istniejecie już od pięciu lat, dobrze mówię?

Trochę dłużej, tak naprawdę powstaliśmy w roku 2009. Ale te początki… Lepiej spuścić na nie zasłonę milczenia. Taki prawdziwy Prąd zaczął się w okolicach 2013r. Tę wcześniejszą twórczość już dawno zarzuciliśmy i nawet trochę się jej wstydzimy.

Wstydzicie?

No tak. Staraliśmy się pousuwać wszystko z Internetu. Nie dość, że to było naprawdę źle nagrane, to utwory były po prostu słabe, nie byliśmy wtedy zbyt ogarnięci muzycznie, nie wiedzieliśmy co chcemy grać i robiliśmy proste, mocno osadzone w rockowej klasyce rzeczy. Potem mieliśmy okres pretensjonalnych, smutnych utworów – próbowaliśmy grać muzykę wyrafinowaną, a graliśmy muzykę po prostu beznadziejnie kiepską. Dobrze, że nie nagraliśmy wtedy żadnej płyty, chociaż graliśmy naprawdę sporo koncertów. Mam nadzieję, że nikt tego nie pamięta. Był nawet plan, kiedy weszliśmy już na dobre tory, żeby zmienić nazwę, ale stwierdziliśmy, że mamy to w dupie.

Prawie jak Pantera.

Lateksowych spodni nie nosiliśmy, ale gdybym puścił ci któreś z tych starszych nagrań to pewnie złapałbyś się za głowę, bo przeskok jest naprawdę spory.

Dlaczego nadal nie wydaliście płyty?

My jesteśmy dosyć leniwym zespołem i ta nasza egzystencja toczy się bardzo powolnym trybem. Nie jesteśmy jakimiś tam tytanami komponowania i robiliśmy te utwory w dużych odstępach czasu. Po jakimś czasie kawałki, które pisaliśmy, przestały nam się podobać. Ciągle szukaliśmy, próbowaliśmy nowych rzeczy. Na płycie musi się zmieścić te 8 utworów – a my co zrobiliśmy coś nowego, to nam te stare rzeczy przestawały pasować. Dopiero 3 lata temu złapaliśmy dobry tor. Zdecydowana większość utworów, które od tego czasu zrobiliśmy, nadal nam się podoba.

Płyta to też spore przedsięwzięcie. Sporo z tym roboty, a my nie mamy doświadczenia studyjnego. EP-ka to szybka sprawa. Nagraliśmy ją na setkę w dwa dni.

Pomyślałem, że może was po prostu nie stać. Scream Maker ostatnio wyliczył, że na nagranie i wydanie krążka potrzebuje 100 tysięcy. (EDIT – małe sprostowanie. Okazuje się, że rzeczywista kwota wynosiła ok. 60 tysięcy)

Nie no, to jest jakiś absurd. Zresztą nie oni jedyni proszą o kosmiczne pieniądze na portalach crowdfundingowych. My stwierdziliśmy, że to nie dla nas. Nie chcę tego nazwać żebraniem o kasę, ale wychodzimy z założenia, że to nasze hobby – jak ktoś sobie skręca modele samolotów albo jeździ na snowboardzie to nikogo nie prosi, żeby mu te atrakcje sponsorował. Prawda jest taka, że gdybyśmy zrobili akcję crowdfundingową, to byśmy ściągali hajs od najbliższych znajomych, bo to właśnie oni są naszymi najgorętszymi zwolennikami póki co, a raczej kiepsko byśmy się z tym czuli.

A z kosztami to jest różnie. Podoba ci się brzmienie naszych nagrań?

Tak, jest w porządku.

No widzisz, a to jest wszystko zrobione metodą Do It Yourself. Nagrywaliśmy to w naszej salce prób, chociaż sprzęt mieliśmy profesjonalny, a i nagrywał to Radek Sławuta – gość, który pracował też z wrocławskim zespołem O.D.R.A, ma jakieś doświadczenie i spore umiejętności. Nie włożyliśmy w to nie wiadomo jakich pieniędzy, ale udało się uzyskać naprawdę dobry efekt. Cholera, jest nas pięciu dorosłych chłopa – każdy może wysupłać te kilka stówek. Nie trzeba od razu zakładać budżetu na 100 tysięcy.

A może oni wychodzą z założenia, że muszą się z tego interesu utrzymywać, a nie jeszcze do niego dokładać.

Albo chcą zatrudnić Ricka Rubina. Naprawdę nie wiem na co innego można wydać taką kasę. No ale co kto lubi. Akurat my nie bardzo dbamy o sterylność dźwięku, lubimy przybrudzenia, noisy czy sprzężenia bo wydaje nam się to bardzo naturalne.

www.youtube.com/watch?v=PdzUlMqCvrE

Wiem, że wyjeżdżaliście swego czasu na jam session do opuszczonego domku w górach.

To jest w ogóle bardzo fajna historia. Był rok 2013, bardzo dla nas przełomowy. Pewnego weekendu graliśmy koncert z Magificent Muttley, którzy zrobili na nas naprawdę duże wrażenie. Nie jestem jakimś wielkim fanem ich muzyki, ale na żywo dają radę. Ten ich koncert miał taki posmak jam session, byli mocno rozimprowizowani, a to nam się spodobało.

Uznaliśmy, że zorganizujemy sobie taki wyjazd. Ojciec naszego ówczesnego wokalisty miał dom na podwzgórzu w okolicach Głuchołaz. Był w tej wiosce dom, który ktoś zaczął budować ze 30 lat temu, ale nie skończył i zostawił go w stanie półsurowym. Wjechaliśmy tam ze sprzętem i przez 5 dni, w totalnym odizolowaniu od świata, ładowaliśmy jamy.

Takie trochę Desert Session.

Coś w tym jest. Czas mijał nam na piciu piwa, graniu i wychodzeniu do lasu. Nie było tam Internetu, żadnego kontaktu ze światem.

To doświadczenie trochę ukształtowało nasz obecny styl. Właśnie tam powstały zalążki utworów, które do tej pory gramy na koncertach. Popchnęło nas to w nieco inną stronę. Kiedyś tworzenie utworów polegało na tym, że ktoś przynosił na próbę jakiś motyw, a my wokół tego budowaliśmy resztę. Teraz to się zmieniło – po prostu improwizujemy, wszystko nagrywamy i wyłapujemy co ciekawsze patenty.
Coraz trudniej wygospodarować czas na taki wyjazd. Ludzie się pożenili, pojawiły się dzieci… Chociaż tak sobie ostatnio rozmawialiśmy, że fajnie byłoby to powtórzyć.

Czujecie się częścią jakiejś sceny?

Zawsze mieliśmy z tym problem, bo dla prawie każdego z nas jest to pierwszy zespół – jedynie nasz wokalista śpiewał, i śpiewa nadal, w kapeli John Revolta. Nie obracaliśmy się w środowisku muzyków, funkcjonowaliśmy gdzieś na uboczu – i chyba do dzisiaj tak jest. Byłoby nam łatwiej czuć się częścią jakiejś sceny, gdybyśmy się szufladkowali, a my jednak gramy muzykę trudną do sklasyfikowania.

Nawet jeżeli przypisać wam łatkę „stoner i okolice”, to jednak słychać, że wy te stonerowe inspiracje przekuwacie na coś zupełnie innego.

Kiedy zakładaliśmy zespół, każdy z nas miał inną wizję co do tego, w jaką stronę to wszystko pójdzie, bo my naprawdę różnej muzyki słuchamy. Ja w pewnym stopniu czuję się odpowiedzialny za kierunek, w którym podążamy i podrzucam chłopakom różne muzyczne historie do posłuchania. Kiepsko bym się czuł grając oczywistą zrzynkę z Kyuss – uwielbiam i Kyuss, i Queens Of The Stone Age, ale lubię też, na przykład, Voivod, a sposób, w jaki tworzył dźwięki Piggy’ego robi na mnie niesamowite wrażenie. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tytułowy numer z płyty „Phobos”, otworzyły mi się oczy na to, jak można za pomocą efektów gitarowych robić przestrzeń – w takim kosmicznym wymiarze – od tamtej pory staram się uzyskiwać podobne brzmienia.

Jestem też wielkim fanem Killing Joke i ich gitarzysta, Geordie Walker, wpłynął w jakimś stopniu na to, jak podchodzę do tworzenia riffów.

My po prostu niczego nie planujemy, nie zakładamy sobie, że teraz zagramy coś stonerowego czy space rockowego, to samo tak wychodzi. Gdybyśmy się zaszufladkowali i założyli, że będziemy rżnęli pod Kyuss, to byłoby to w opór nudne.

Czytałem niedawno wywiad z perkusistą Voivod, Awayem, który opowiadał o tym, że dla nich słuchanie zarówno King Crimson jak i Sex Pistols było czymś zupełnie normalnym. Dopiero kiedy ruszyli w świat i ludzie się temu strasznie dziwili, wpadli na to, że jednak nie wszyscy mają tak eklektyczny gust.

Muzyka to żywy organizm, w którym mieszają się naprawdę różne wpływy. Voivod jest świetnym tego przykładem. Oni zawsze stali sobie gdzieś na boku i żyli we własnym świecie, przez co wielu ludzi nie kumało ich muzyki. Zaczynali grając obskurny thrash metal, a kilka lat później robili takie płyty jak „Nothingface”, na której mocno rozwinęli swoje progresywne inspiracje.

Muzyka dzieli się na dobrą i złą, a to, czy szufladkuje się ją jako szwedzki death metal, czy jako – dajmy na to – krautrock, nie ma żadnego znaczenia. Życie jest zbyt krótkie, żeby tkwić w jednym gatunku.

Czym się zatem inspirujesz?

Na pewno Monster Magnet, a z metalowych klimatów – bo ja właśnie na metalu się wychowałem – Entombed, wspomniany Voivod i Celtic Frost. Mam też taki mały muzyczny fetysz, jakim jest Paradise Lost. Gdy miałem 12 albo 13 lat poruszyli we mnie jakaś strunę, która sprawiła, że zacząłem zbierać ich płyty i single – mam na półce 30 wydawnictw, a za jeden z singli zapłaciłem kiedyś na Allegro stówę. Ale oni akurat żadnego przełożenia na to, co gram nie mają.

Jednak moją największą inspiracją pozostaje Queens Of The Stone Age. Kiedy zakładaliśmy Prąd, ten zespół siedział mi gdzieś z tyłu głowy. To fajny przykład ogromnego rozstrzału stylistycznego w ramach jednej kapeli. Kapeli, w której możesz sobie zagrać absolutnie wszystko. Możesz zagrać radiowy hit jak ‘Little Sister’, kwasowy odjazd jak ‘Someone’s In The Wolf’ a tam ciągle słychać twoją rękę.

Ja w ogóle uważam, że Josh Homme to ostatnia prawdziwa gwiazda rocka.

Oni z Kyuss nie bardzo mieli szansę przebić się do mainstreamu. Grali co prawda trasę z Metalliką, ale mimo wszystko nadal siedzieli w niszy. Josh jednak konsekwentnie robił swoje, a zakładając Queens Of The Stone Age postawił wszystko na jedną kartę. Bo przecież mógłby sobie do tej pory grać na festiwalach z Kyuss. Zrobił co innego, a teraz Iggy Pop zgłasza się do niego z propozycją nagrania wspólnej płyty. Gość, który grał na początku na pustyni dla paru podpitych kolegów odniósł naprawdę olbrzymi sukces.

Ale, cholera, dla mnie gwiazda rocka to znacznie węższe pojęcie. Ostatnią gwiazdą rocka był Kurt Cobain, czyli koleś, który oddziaływał znacznie szerzej, był głosem swojego pokolenia. Josh takim fenomenem nie jest.

Uważasz, że wszystko w muzyce już zostało wymyślone?

Wydaje mi się, że my, jako muzycy, żyjemy teraz w o tyle komfortowych czasach, że ilość gatunków, stylów i inspiracji jest tak wielka, że możesz sobie wyciągać po troszkę od każdego i tworzyć z tego nową jakość.
Jak mnie o to zapytałeś to przyszła mi do głowy ostatnia płyta Celtic Frost, „Monotheist”, która nie była niczym nowym, ale, wiesz, oni rozpadli się na 15 lat i powrócili z krążkiem, który podsumował wszystko to, co działo się, kiedy ich nie było. Bo masz tam i industrial, i black metal, i death metal i noise, a jednocześnie brzmi to świeżo. Powstało już tyle muzyki, że masz niemal nieograniczone możliwości łączenia różnych wpływów.

A czy jest możliwa jeszcze taka rewolucja jak ta w latach 60.? Wydaje mi się, że nie. To wszystko jest za bardzo rozbite, brakuje gatunku, który wiódłby prym. Były jakieś tam historie – zespoły typu The Strokes czy Franz Ferdinand, o których się mówiło, że to nowa rewolucja, ale dziś już o nich nikt nie pamięta.

Jarek Szubrycht zwrócił niedawno uwagę na ciekawą rzecz. 30 lat temu ukazał się album „Master Of Puppets” Metalliki, a w momencie, kiedy ta płyta się ukazała, mijało dokładnie tyle samo czasu od premiery „Heartbreak Hotel” Elvisa.

Każdy rodzaj muzyki rockowej wpływa na podobne spektrum emocji. Muzyka jest też ograniczona – masz tyle i nie więcej dźwięków. Nie da się w nieskończoność wymyślać czegoś nowego. Teraz, kiedy słuchasz „Master Of Puppets” Metalliki, wiesz, że to jest klasyk i chociaż trochę się ta płyta brzmieniowo zestarzała, to jednak bliżej co do tego, niż do Elvisa. Dla chłopaków z Metalliki Elvis to też była prehistoria.

W ogóle to muszę powiedzieć, że ja lubię sobie czasem odtwórczej muzyki posłuchać. Np. wczoraj brat podrzucił mi taki typowy stonerowy zespół, który nazywa się Druid. W zeszłym roku wydali debiutancką płytę. No i tak sobie jej słucham, leci drugi utwór i zastanawiam się gdzie ja słyszałem tę solówkę. Szukam tego w głowie, próbuję odkopać i okazało się, że to solo jest totalnie zerżnięte z ‘War Pigs’ Black Sabbath. No i fajnie. Jak już rżnąć, to tak, żeby wiedzieć od kogo. Np. w naszym kawałku ‘Felek’ refren jest inspirowany – w luźny sposób – jednym z utworów Igora Boxxa z płyty „Breslau”.

Odtwórczość też może być fajna.

David Bowie również podbierał różne fragmenty i łączył to w całość.

A najwięksi złodzieje w historii muzyki to Led Zeppelin. Wiadomo, że wszyscy jesteśmy jakoś przesiąknięci tym, czego słuchamy.

A nie masz wrażenia, że muzyka rockowa przestała już być formą buntu?

Nie ma już Jima Morrisona, który był zgarniany ze sceny przez policję. Tylko wiesz co – bunt można rozumieć na wiele sposobów. Buntem może być to, że siedzisz sobie z zespołem w piwnicy i nie przejmujesz się tym, że prawie nikt o tobie nie słyszał, bo jesteś pewny tego co grasz i wiesz, że to jest dobre. Nie robisz tego, co wiesz, że ludziom się spodoba, tylko masz jakiś tam własny lot.

A jeśli chodzi o taki szerszy wymiar buntu, to ja nie wiem, czy jest się przeciwko czemu buntować. Możesz buntować się przeciwko systemowi, ale prawda jest taka, że tkwisz w tym systemie po uszy. Muzyka rockowa to jest jakiś tam sprzeciw. Długie włosy, te sprawy. Sam kiedyś zapuszczałem i wiem, że nie jest łatwo. Wtedy mi się wydawało, że jestem wielkim buntownikiem, a teraz… Nie wiem. My, jako Prąd, w pewnym sensie też się buntujemy, bo gramy raczej nieprzystępną muzykę – zbyt lekką dla słuchacza zanurzonego w ciężkich dźwiękach, a zbyt ciężką, żeby puścić to w radio.

Nergal to buntownik czy raczej wyrachowany marketingowiec?

On chyba przekroczył pewną granicę. Można sobie wbijać szpilę w opinię publiczną, podburzać katolików, ale ta akcja z rozdawaniem hostii na koncertach to jest tak tani zabieg… Zresztą on zawsze stał gdzieś tak na uboczu tej sceny, przecież już w latach 90. śmiano się z niego, że gwiazdorzy.

A bliżej ci do Nergala rozdającego na scenie opłatki, albo Iron Maiden z tym ich całym przedstawieniem czy do gościa, który wychodzi na koncert pod wpływem i robi na co ma ochotę? Czuję, że raczej ta druga opcja.

Zdecydowanie. Iron Maiden to jest w ogóle zespół, od którego zaczynałem przygodę z ciężkim rockiem i mam do nich strasznie sentymentalne podejście. Pamiętam, że za dzieciaka strasznie jarałem się Eddiem, ale generalnie nie lubię takich rzeczy – lukrowanego heavy metalu czy black metalowych stylizacji. Lubię prostotę, bo wyczuwam w niej szczerość. Możesz robić show w podartych jeansach i trampkach, bez ogni i kukiełek – zostawmy je dzieciom.

www.youtube.com/watch?v=_aSGiTv2DUk

Śledzisz polską muzykę?

Nieprzesadnie. Chociaż dzieje się teraz sporo. Z nowości, słyszałem drugą płytę Ampacity, która jednak podobała mi się znacznie mniej niż pierwsza – aczkolwiek szanuję. Czuję, że to muzyka z pomysłem. Słuchałem też Wacława Zimpela, free jazzowego klarnecisty. Oprócz tego lubię Starą Rzekę czy wrocławski Spaceslug, który gra klasyczny doom/space.

Niektórzy uważają, że polska muzyka ma się teraz lepiej niż kiedykolwiek.

Polska muzyka to było kiedyś przeszczepianie zachodnich trendów. Rzeczy typu Acid Drinkers czy Illusion – można to lubić, ta muzyka może się nawet broni po latach, ale jednak trzeba przyznać, że to było mocno zrzynane. To, co się teraz dzieje robi szał, bo wreszcie zaczyna przyjmować własny charakter.
A może to po prostu wynika z faktu, ze muzyka jest dziś łatwiej dostępna? Kilka lat temu też miałeś totalnie zajebiste zespoły jak np. Ewa Braun, ale nie zaistniały w szerszej świadomości.

Dużo osób przychodzi na wasze koncerty? Jak to w ogóle jest z tym wspieraniem undergroundu przez Polaków?

Generalnie nie jest źle – myślę, że np. trasa Ampacity, Entropii i Merkabah będzie miała całkiem spoko frekwencję, a to przecież niszowe, undergroundowe zespoły.

Jeśli chodzi o nas, to naszą publikę stanowią głównie znajomi i we Wrocławiu zazwyczaj przychodziło ich sporo, a na ostatnim koncercie był pełny klub. Gorzej było, kiedy jechaliśmy w Polskę – graliśmy w Poznaniu czy Krakowie i nie wyglądało to zbyt kolorowo. To w ogóle temat na osobną rozmowę, bo rynek klubów i miejsc, w których można grać jest trochę nienormalny.

My ostatnio w ogóle mało koncertujemy, ale chcemy do tego wrócić. Nawet jeżeli na koncert przyjdzie 5 osób, to te 5 osób powie znajomym, że było fajnie i kolejny gig będzie miał już lepszą frekwencję.
Tu pojawia się pytanie, jak zdobywać tzw. ‘fejm’. Koncertować do upadłego i zdobywać fanów metodą małych kroczków, czy robić sobie marketing w internecie, a dopiero poźniej ruszać na scenę.

Jakie są największe bolączki młodego zespołu na dorobku?

Kiedy zaczynaliśmy jako studenci bez zasobów finansowych borykaliśmy się z problemami sprzętowymi. Pamiętam, że przez 2 lata grałem na pożyczonym piecu bo nie miałem kasy, żeby sobie kupić.

A patrząc szerzej, to bolączką każdego młodego zespołu jest ilość tych zespołów. Piekielnie trudno jest się wybić. Musisz włączyć sobie w głowie myślenie, że to, co robisz jest dobre, ale raczej nie przebijesz się z tym do szerokiej grupy odbiorców. Gwiazdą rocka nie zostaniesz – a wiadomo, że każdy, kto zaczyna, w głębi duszy o tym marzy.

Tobie już przeszło, czy nadal marzysz?

(śmiech) Z naszą muzyką to raczej trudno będzie. Chociaż fajnie byłoby zostać gwiazdą rocka grając swoje – jak Josh Homme – i hałasować sobie, nie idąc na kompromisy. Grając w zespole nie porzucasz tych marzeń. Ja też nie jestem pewien, czy chciałbym prowadzić żywot gwiazdy rocka, mówię o mniejszych rzeczach, które pozwalają ci się tak poczuć – trasa koncertowa, czy w ogóle wyjazd do innego miasta. Wiesz, ten archetyp muzyka w drodze, siedzisz w busie i grasz codziennie koncerty. To jest pewnie męczące, ale chciałbym kiedyś coś takiego przeżyć.

Jakie plany na przyszłość?

Chcemy wydać fizycznie tę ostatnio EP-kę, a potem uderzyć na koncerty. Nie wiem ile czasu nam to zajmie, pewnie kilka miesięcy. EP-ka, EP-ką, ale planujemy nagrać też coś większego. Mamy już kilka utworów, które popychają nas w kompletnie nowym kierunku i jesteśmy nimi bardzo podjarani. Ale to w przyszłym roku. Póki co – chociaż to szumnie zabrzmi – zajmiemy się promocją pierwszej EP-ki.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *