Życie bywa przewrotną szmatą i niezależnie od tego, co sobie zaplanujesz, lub jaki system wartości, w tym wypadku muzycznych, przyjmiesz, zdarzają się niespodziewane przewroty, które wywalają dotychczasowy światopogląd do góry nogami. Nie jestem ani fanem, ani tym bardziej specjalistą od rock/metalu progresywno/klimatycznego. Owszem, sto lat temu, w liceum nosiłem koszulki polo i sweterki z rękawami ponaciąganymi w skali „od jaj, do kostek”, ale z perspektywy czasu nie zauważam, żeby wpłynęło to dodatnio ani na mój intelektualizm, ani tym bardziej okrzesanie muzyczne. Od czasu do czasu, dla „odchamienia się”, człowiek wrzucał na warsztat co bardziej znanych, jak Dream Theater, czy ewoluującą przynajmniej do „We’re Here Because We’re Here” Anathemę, ale raczej w hermetycznym środowisku tzw. „rozwojowych” fanów nie radziłbym się z takimi rewelacjami obnosić. Może nikt wam tam od razu nie przypierdoli,  ale „ofukanie”  znad kawki latte, czy słomki z Lipton Ice Tea macie jak w banku.

Innymi słowy – nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, a jak przychodzi gestapo, to mówię, że jak progresywne kasztany, to tylko na placu Pigalle z Zuzanną, która lubi je tylko jesienią. Oczywiście, w tym momencie już wiecie, wykonywaniem jakiego rodzaju muzyki parają się raczej mało znani Szwedzi z Wolverine. Dla nieobeznanych fanów metalu, bo to do nich skierowane są te słowa, nie jest to soundtrack stworzony przez trapionych łojotokiem konwentówców i fanów komiksów Marvela do serii zeszytów o legendarnym Loganie, tym bardziej reaktywacja projektu muzycznego Golibrody/Fryzjera z lasów Pomorza sprzed lat. Wolverine to po prostu kolejny przykład skandynawskiej kapeli, która w pewnym momencie postanowiła odczepić się od obfitego cyca doom metalowego, odnajdując swoje drugie „ja”, gdzieś na dnie duszy, wśród resztek  ludzkich tęsknot i wrażliwości.

WOLVERINE-Machina-Viva-web-1024x1024

„Rosomacza” muzyka zawitała w moje skromne progi dość przypadkowo, gdzieś w 2012 r., nieszczęśliwie wpadając niejako między „wódkę, a zakąskę”, czyli osłuchiwanie „Torture” Cannibal Corpse, „Serpent Sermon” Marduk i rewelacyjnie restytuowanego w prawie klasycznej formie „Tragic Idol” made in Paradise Lost. Kiedy masz pod ręką takie tytuły i nagle dostajesz info od jakiegoś człowieka, żeby rzucić to cyt. „mainstreamowe gówno” w kąt, bo jakiś Wolverine coś tam sobie zapluskał, masz jedną drogę wyjścia – każesz w myślach wypierdalać. Stało się jednak inaczej, i tutaj ukłony w stronę wspomnianego człowieka, którego natrętność (w tym dobrym znaczeniu) sprawiła, że sięgnąłem po „Communication Lost” (2011). Moment zetknięcia z tą płytą był jednym z tych, po których już nic nigdy nie było takie samo. Rzadko trafiasz na rzecz, która bezpośrednio od pierwszych sekund trwania trafia dokładnie w „centrum” twojej wrażliwości. Jeszcze rzadziej spotykasz na swojej drodze przejawy geniuszu, które nie leżą w uporczywym epatowaniu przerostami formy nad treścią, lub odwrotnie, a raczej w doskonałym wyważeniu składników, w tamtym wypadku emocjonalnych, technicznych, a zaraz potem lekkości i ciężaru, co czyni tę muzykę przepięknie zrozumiałą. Wszystko wzięte do kupy i spięte elementem zaskoczenia sprawiło, że Paradajsy, Marduki, Cannibale, Akcenty, Boysy, Biebery  i New Kids On The Blocki poleciały fruuu do kąta. Wolverine posiadł tron, i jeżeli na czymś upływały mi kolejne lata po jej poznaniu, to na tęsknym odliczaniu do wydania następcy „Communication Lost”.

Szwedom jednak się nie spieszy, co jeszcze bardziej uwiarygodnia ich intencje artystyczne. Nie są Metallicą, żeby pozwolić sobie na dłuższy niebyt wydawniczy, co jednak zdają się mieć głęboko w poważaniu. Faniszczy rozumek podsuwa wniosek, że to dobrze, że prawdziwe dzieła wymagają czasu. Z drugiej jednak strony rodzi się obawa, żeby karmiona oczekiwaniem nadzieja nie okazała się matką głupiego, i chyba trudno o piękniejsze uczucie niż ulga, kiedy już trzymasz krążek w łapach, odpalasz……i  jeżeli nawet jeszcze nie jesteś na kolanach, to już czujesz, że znów trafił tam gdzie trzeba, czyli przez mózg prosto do śródpiersia. „Machina Viva”, bo o niej mowa, po raz kolejny przychodzi na ten świat bez zbytniego rozgłosu. Ot jeden, dwa kawałki od niechcenia rzucone wzorem aktualnych standardów do internetu i w zasadzie tyle.  Nigdzie na „lyric video” nie pojawiają się napuszone, wszechobecne slogany w typie „mistrzowie wrócili”, czy „padniesz na kolana i wycałujesz im dupę do połysku”. Na dodatek skromna oprawa graficzna płyty trąci „kulawością” i wzorem trzech małpek, zdaje się szeptać: „nic nie widzę, nic nie wiem, nic nie powiem”. Prawie średniowiecze. Pod tą sparciałą pokrywą kryją się jednak najprawdziwsze, muzyczne skarby. „Machina Viva” podąża ścieżką wytyczoną przez swoją poprzedniczkę, porzucając, jak dla mnie „niestety”, elementy klimatycznego niepokoju, miast tego oddając pole jasnej stronie egzystencjalnego powątpiewania.  Na całe szczęście nie są to jednak kolejne wizyty w cukierni, które ostatnimi czasy funduje swoim fanom dajmy na to – Anathema.  Z pozornie lekkich chmurek tak łagodnych utworów, jak „Pile Of Ash” , czy „Our Last Goodbye” leje prawdziwy żal, a miejscami wręcz szczera rozpacz. Nie uświadczysz w nich banalnego zawodzenia, lub niosącego nadzieję klepania po pleckach. To raczej relacja na żywo z prozy ludzkiego życia, porażająco bezstronna i przyjemnie letnia.

Prawdziwą moc  twórczą Wolverine objawia w swoich firmowych zagraniach, a więc progresywnych, mieniących się barwami, wręcz architektonicznie rozbudowanych  kompozycjach. Nie ma zmiłuj. Przeciętna trwania kawałka, w kulminacyjnym momencie: czternaście (!!!) minut z okładem, co może przerazić mniej cierpliwych. To także pole do popisu dla kompozytorskiego talentu muzykantów z kraju kiszonych śledzi, a  może przede wszystkim wyczucia i miary wyrazu.  Czy weźmiemy kolosalne otwarcie, w postaci mieniącego się zwrotami akcji „The Bedlam Overture”, czy obezwładniające wielowymiarową, fakturą brzmieniową „Nemesis”, nie będziemy mieć powszechnego w tego typie rozwiązaniach problemu z zapamiętaniem, o co w tym wszystkim chodzi, lub przewijaniem kawałka do początku, bo zapomnieliśmy już jak to się zaczynało. Wolverine posiedli umiejętność bardzo płynnego prowadzenia muzycznej narracji, serwując kolejne segmenty kompozycji na zasadzie „wynikowości”. Jeżeli w pewnym momencie muzyka zawraca w inny klimatycznie obszar, to jest to ściśle związane z tym, od czego wyszła i wiernie towarzyszy dramaturgii warstwy tekstowej. To właśnie ta spójność i zrozumiałość jakimi  Szwedzi spawają swoje opowieści, czyni je tak wyjątkowymi i atrakcyjnymi. Nie ma mowy o ziewaniu i osłuchowej impotencji, jest za to niekończąca się, hipnotyzująca, dźwiękowa podróż, w której co rusz odnajduje się nowe elementy, odcienie i co chyba najistotniejsze – prawdziwe emocje (audio: „When The Night Comes”).

„Machina Viva” jest dla mnie niczym spełnienie snu Prezesa o powtarzalności muzycznej jakości, w tym wypadku haczącej niebezpiecznie o idealność. Ponownie stanowi zaprzeczenie stereotypu, że wartość tzw. „rozwojowego” grania, rodzi się z jego przesytu i jest to muzyka skierowana tylko i wyłącznie dla lepiej lub gorzej udających muzyczne obycie, brodatych inteligentów, popalających fajeczki i noszących bryle w grubej oprawie dla picu. Jest też przykładem, może nie tyle umiaru, co jakiegoś wyważenia i dobrego smaku. Po konfrontacji z tym godzinnym gigantem, nie czuję się jakby ktoś wpychał mi żarcie łopatą do pierwszych torsji, jestem za to uczestnikiem pięknej opowieści, której długość mija niepostrzeżenie, a ja chcę  żeby wciąż trwała. Dla takich płyt warto czekać, dla takich płyt się żyje.

Megakruk

Ocena:

9/10

Data premiery:  8 lipca 2016 r.

Wydawca: Sensory Records

Twórcy:

Per Henriksson – instrument klawiszowe

Thomas Jansson – gitara basowa

Marcus Losbjer – instrumenty perkusyjne

Jonas Jonsson – gitary

Stefan Zell – wokale

Lista utworów:

  • The Bedlam Overture
  • Machina
  • Pile of Ash (ES335 version)
  • Our Last Goodbye
  • Pledge                  
  • When the Night Comes                  
  • Nemesis  
  • Sheds
  • Pile of Ash (cello version)  

 

 

 

 

 

 

4 Komentarze Wolverine – „Machina Viva”: Recenzja

  1. janusz

    wspaniała recka „Kruku”,cieszę sie ,że Machina cie tak zafascynowała,mnie też najbardziej wyczekiwana produkcja od czasów „Komunikacji”,nie czekałem tak nawet na nowy Maiden,Mege,i wogóleno może teraz czekam na nowy Opeth!ale Wolverine jest wspaniały kocham taką muzykę!!!wspaniale jest odkryć taką perełkę jak Kommunikacja i wspaniale było przeczytać Twoją recke tejże płyty kilka lat temu,po tylu miesiącach wkór..nia Cie na forum gdie ją „urodziłeś”.Pozdrawiam i ciesze sie ,że pamietasz o mnie pisząc w pozytywnym słowie hehehe w swojej recce na Machina viva!Pozdro!Janusz.ps:jak bedziesz jechał w bieszczady to napisz na forum wypijemy bro w Krośnie przy dzwiękach Wolverine!!!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *