Wojciech „Jankiel” Moryto, do niedawna gitarzysta Acid Drinkers, opuszcza szeregi „Kwasożłopów” i zaczyna działaś w nowym, autorskim projekcie. „Junkie”, bo tak go teraz zwą, jest dziś głową prowadząco-twórczo-eksperymentalną w zespole DEPARTMENT.

Spotkaliśmy się na warszawskiej Pradze, pogadaliśmy o tym, co dalej, o Departmencie, o inspiracjach. Jako pierwsi odsłaniamy karty. Wojtek zdradza nam, kto jest basistą i jednocześnie inżynierem dźwięku w zespole. Dowiadujemy się też, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tylko to, co przed nami. Jak mówi:

Zobaczymy gdzie moja muzyczna przygoda mnie TERAZ zabierze.

milena barysz wojciech moryto jankiel junkie

(Wywiad przeprowadziła Milena Barysz)

Opowiedz mi o tym całym zamieszaniu, które zwie się Department J. Właśnie, Department czy Departament?

Department albo Departament, to jest to samo. Mówimy już na to Departament, ale cały czas się toczą spory.

Spolszczone…

Oczywiście. I lepiej brzmi – jak Pantera. I jest więcej sylab.

No to opowiadaj, jak i kiedy to się zaczęło, skąd pomysł?

Właściwie to już jakiś czas temu zacząłem składać coś na komputerze. Chciałem się nauczyć robić demówki, żeby nie uciekały mi z głowy dźwięki, nad którymi pracowałem. Tylko jak zacząłem to składać do kupy, to okazało się ostatecznie, że wychodziło zupełnie coś innego niż planowałem. Kolega w pewnym momencie powiedział: „o, to jest właśnie w tym sosie, w którym kiedyś zawsze chcieliśmy robić” i rzeczywiście przypomniałem sobie, że ta metoda robienia muzyki miała na mnie duży wpływ. Zaczęło się raczej hobbystycznie. Chciałem po prostu pozrzucać do kupy różne dźwięki i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

No a później trzeba było to uformować w jedną całość.

Do tego już potrzebowałem pomocy kolegi. On dobrze wiedział, o co mi chodzi, od lat chcieliśmy zrobić coś takiego i to był dobry moment.

Co to za kolega? Dalej razem w tym siedzicie?

Oczywiście, że tak. Jest inżynierem dźwięku i też będzie grał.

Wiem, że jeszcze nie chcesz zdradzać tożsamości wszystkich muzyków, ale powiedz chociaż, kim jest ten czarodziej od dźwięku?

Paweł Nafus, który jednocześnie jest częścią takich kapel jak Złe Psy i Los Pierdolos.

Jak to się stało, że się skumaliście i stwierdziliście, że będziecie robić muzę w takich klimatach? Skąd się znacie? Opowiedz mi historię tej znajomości.

Z Pawłem znamy się od 1998 roku i gramy razem z drobnymi przerwami (w tym od 2004-2014) w różnych eksperymentalnych konfiguracjach. W maju 2014 r przeprowadziłem się na chwilę do Opola i odświeżyliśmy naszą znajomość. Potem, kiedy mixowalismy przez telefon płytę ACID’s – 25 cents, przez miesiąc siedzieliśmy z Pawłem w knajpie kolegi. Piliśmy bardzo dużo lagerów. Później strasznie mi zbrzydło piwo i zacząłem pić bardzo dużo wina, aż musiałem przestać… tak czy inaczej  stwierdziłem wtedy, że można spędzać ten czas bardziej kreatywnie, ponieważ byłem cały czas w trybie kreatywnego delirium. I nagle jakoś wiedziałem, co gdzie i jak mamy robić. Z marszu zaczęliśmy lepić pierwsze dźwięki i to było jak „channeling”.

Czyli on jest kolejnym sprawcą tego całego zamieszania, który siedzi w temacie od początku. Ale Paweł nie zajmuje się tylko inżynierią, będzie też grał, prawda?

Podzieliliśmy się rolami, Paweł doskonale opaździerza rzeczy o których ja nie mam pojęcia. Uzupełniamy się jak Harry i Lloyd… napisał tez parę tekstów. W wersji live wcieli się w rolę basisty, jako inżynier dźwięku ma wtedy day off.

Pomijając fakt, że cały zarys gdzieś tam się tworzył w Twojej głowie od dawna, to konkretnie do projektu o nazwie Department przysiedliście się wtedy w 2014? Można powiedzieć, że wtedy powstał?

Od dwóch lat siedzimy nad tym dosyć często. Tak mniej więcej z półtora roku temu wiedzieliśmy, że trzeba będzie to osadzić, dodać elementów, których tam nie ma – żeby byli po prostu żywi ludzie, nie komputer.

Spięliście poślady dwa lata temu, a kiedy skończyliście prace?

Cały czas nad tym pracujemy.

Ale materiał już macie gotowy…

Tak, płyta niedługo będzie. Już mamy zrobioną połowę drugiej, także jest spory pakiet startowy.

No to bardzo intensywnie działacie.

Przez ostatnie dwa lata było bardzo kreatywnie.

Jak to wszystko w ogóle określisz gatunkowo? Co to za muza?

Do końca nie wiem właśnie. Ktoś mi powiedział, że to się ociera o pop art w jakiejś tam części. W zespole rockowym masz ograniczone pewne zasięgi działania. A w takiej muzyce można z różnych hałasów robić dodatkowe atuty. Tak naprawdę od 20 lat chciałem coś takiego zrobić. Zawsze chciałem grać coś takiego: mechaniczną muzykę, trochę taneczną, z elementami, tylko z elementami metalowymi. W tym wielkim domu muzyki jest wiele różnych drzwi i okien. Warto je pootwierać.

Jaka jest w ogóle cała idea tego projektu? Słyszałam podczas jednej audycji, w której byłeś gościem, jak mówiłeś o playbacku. O co w ogóle z tym chodzi? Czy masz takie fascynacje? Kręci Cię to w jakiś dziwny sposób?

[śmiech] Nie no oczywiście to był żart. My sobie tak żartujemy z kolegami. To jest taki nasz zespołowy joke, że jak nie będziemy w stanie grać to zawsze możemy zagrać z playbacku. Ale to jest oczywiście żart. Będzie bardzo dużo roboty przy tym i wszystko będzie zagrane. Będą w tym czynnie uczestniczyć żywi ludzie.

Ale część wokali będzie puszczona z sampli, stosujesz różne wstawki. Jaka jest ich proporcja w stosunku do całości?

Jest dużo sampli i dużo wokali. Ja nie za bardzo lubię wokale, dlatego znalazłem sposób, żeby ich uniknąć.

Trochę tajemniczy ten projekt… i ta rozmowa.

Jeszcze – jak to się mówi – gotujemy, no i lokujemy produkt.

Produkt produktem, a masz jakąś wizję jak go pokazać? Teraz pytam o koncerty. Będzie jakaś szczególna oprawa? Bo do tej muzy, to aż się prosi.

To będzie wyglądało tak jak zwykły koncert rockowy, ale faktycznie z oprawą wizualną i lekką dozą szaleństwa.

Standardowy skład zespołu?

Dwie gitary, bas, perkusja, wokal, sekcja sampli – jak my to nazywamy. Na razie jeszcze w trakcie tworzenia. Chciałbym żeby to wszystko zostało zagrane. Żeby to było tak, że nie gramy do taśmy, tylko raczej wszystko samemu.

junkiel2

Paweł Nafus (Department, Los Pierdols, Złe Psy)
Fot. Justyna „Justisza” Szadkowska

 

Niedawno puściliście pierwszy kawałek – „Productive”. Jak dla mnie to jest takie trochę psyho z lat 90-., a cała wizualizacja klipu doskonale odzwierciedla brzmienie. Kto jest odpowiedzialny za obrazek?

To wszystko zrobił Marcin Pawełczak, on jest genialny. Na podstawie jakichś tam notatek, które zrobiliśmy półtora roku temu, on cały czas gotował to, i gotował, i w końcu poprosiliśmy, żeby ugotował.

No i wyszło smacznie. Obrazek obrazkiem, ale na sam utwór fajnie ludzie zareagowali. Dużo lajków na facebooku, dużo komentarzy, nie widziałam żadnych negatywów.

No bardzo miło. Bardzo fajne przyjęcie. Negatywne komentarze na pewno gdzieś tam w trakcie się pojawią, ale konstruktywna krytyka jest zawsze mile widziana.

Jak to wypuszczaliście miałeś jakieś obawy co do reakcji?

Nie, ja cieszę się po prostu, że już wody schodzą z tej słoniowej ciąży. Że już poszło. To za długo trwało. Nawet troszeczkę wcześniej mogliśmy to zrobić ale no, poszło teraz… na fali popularności [śmiech].

Dobry strzał.

Lokowanie produktu, na fali zainteresowania.

Ale tak szczerze, to spodziewałeś się tylu pozytywnych komentarzy? Czytałeś je w ogóle?

Tak, czytałem. Niektóre nawet bardzo fajne, ale spodziewałem się jakby więcej krytycznych głosów. Teraz nie ma, ale one na pewno się pojawią, także nie chwalmy dnia przed zachodem słońca.

A jak się odniesiesz do tego, że jesteście porównywani do Ministry?

To jest właśnie tak, że trochę chcieliśmy tego uniknąć, ale niestety trochę tak samo wyszło. Chociaż czasami, miejscami może specjalnie. Momentami może trochę przegięliśmy, ale nie chodziło o podobieństwa, ale o sposób. O podejście do robienia muzyki. Chodziło o tę metodę cut up, czyli wycinanie z różnych śmieci i hałasów w celu zrobienia czegoś, co będzie brzmiało jak utwór. W związku z tymi porównaniami jednocześnie jest mi trochę przykro, ale też dziękuję bardzo. Każdy początkujący twórca próbuje podkraść z czegoś i potem się modli, żeby się nikt nie skapnął.

O tym podkradaniu całkiem otwarcie mówią najwięksi. Niedawno oglądałam wywiad ze Stingiem, on też to powtórzył, że artyści są złodziejami – każdy od siebie coś tam usłyszy, czymś się zainspiruje, coś zagra podobnie…

Oczywiście. W naszym przypadku prawda jest taka, że o prawdziwych inspiracjach głośno nie mówię, a są zupełnie inne.

No to dlaczego o tym głośno nie mówisz?

Nie wolno zdradzać swoich prawdziwych inspiracji.

Spaliłeś mi pytanie. To powiedz jeszcze o Ministry. Skąd się oni w ogóle wzięli w Waszej barwnej twórczości?

Ja ich uwielbiam od dzieciaka. Z nimi wiążą się jeszcze czasy kaset typowe dla lat 90. Bardziej wolałem jednak chyba LARDA, projekt Jello Biafra, ale Ministry zawsze wracało i zawsze miałem przy sobie ich dwie koncertówki – Sphinctour i In Case You Didn’t Feel Like Showing Up. Ale zawsze lubiłem też Revolting Cocks i wszystkie inne projekty. Lubię ogólnie takie toksyczne, mechaniczne dźwięki z lat 90.

To słychać. Ale teraz w Polsce nie ma takiego grania, takich dźwięków. Po pozytywnych reakcjach uświadomiłam sobie, że jest jakaś nisza, którą należało wypełnić. Ładnie się w to wstrzeliłeś.

Ciekawe, no zobaczymy jak to się potoczy. Na pewno chcieliśmy zrobić coś, czego sami chcielibyśmy posłuchać. I to był priorytet. A wszystko inne to jest najczęściej przypadek. I ja uwielbiam, kiedy tak się dzieje. Wtedy można powiedzieć, ze życie ociera się o sztukę.

A wybieranie utworu, który upubliczniliście z obrazkiem jako pierwszy, ile miało wspólnego z przypadkiem?

To jest pierwszy kawałek, który będzie na płycie. Pierwszy który tak w ogóle zrobiliśmy, pierwszy jaki został złożony do kupy w 2014 roku. Jak zaczęliśmy tę muzyczną przygodę. Jakoś tak naturalnie lecimy po kolei. Może zrobimy do wszystkich teledyski.

Pracujecie już nad klipami do kolejnych utworów?

Prawda jest taka, że mamy już dużo zrobione i teraz tylko potrzeba odpowiedniego czasu i miejsca, i będziemy sukcesywnie wystawiać kolejne potworki.

Wiadomo kiedy ukaże się płyta?

Cały czas jeszcze walczymy, czekamy jeszcze na – mam nadzieję – ostatni miks, ale na wiosnę na pewno będzie.

A jak z oprawą graficzną? Siedzi nad tym już ktoś? Macie jakieś twory, propozycje, pomysły?

Mamy parę obrazków, które na pewno wykorzystamy, ale to jest jeszcze w sferze produkcyjnej. Jest pomysł na kolaże, to będą takie różne dziwne rzeczy.

Będą w klimatach klipu? Trochę psycho?

Niezupełnie, może będą właśnie bardzo normalne. Nigdy nie wiesz co się zdarzy, tak jak w tym programie Gwiazdy Lombardu.

department

Jak wyglądało dobieranie muzyków do Departmentu?

To było bardzo naturalne. Raczej formalność. Wiedzieliśmy już od początku, my jesteśmy znajomymi od lat. Ten cały projekt jest czymś, co i tak i tak by powstało. Pierwsze próby klejenia tego były już w 2012 roku. Jak kiedyś to puściłem to było takie, „O, to jest coś, co chcieliśmy zawsze robić”. Dużo jest w tym przypadkowości, ale też dużo pracy w to włożyliśmy.

Czujesz, że materiał na pierwszy album jest już skończony, czy masz jakiś niedosyt z tym związany? Chciałbyś coś jeszcze ulepszyć? Poprawić?

Oj tak. Ja przestałem już tego słuchać. Już muszę się zając czymś następnym, bo to za długo trwa. Wiesz, ja słyszę wszystkie błędy, chciałbym coś zmieniać. Zawsze tak miałem, dlatego przestałem słuchać muzyki w takim stopniu jak kiedyś, dlatego że mam jakąś chorobę zawodową, jakiś syndrom stresu pourazowego, czy jakkolwiek to nazwać. Słyszę od razu, co bym zrobił inaczej, albo dlaczego ktoś nie zrobił tego tak.

Ile jest prawdy w tym, że Department miał być tylko projektem studyjnym?

Na początku rzeczywiście tak myśleliśmy. Każdy z nas miał mnóstwo różnych innych zajęć. Rzeczywiście postrzegałem to bardziej jako taki nasz Nailbomb. Ale zawsze wiedziałem, że to kiedyś trzeba będzie zrobić, wypuścić te dźwięki, bez wykluczenia koncertów. Chcieliśmy tego. To jest kolejny etap. Zobaczymy, czy to będzie działać. Nie jest powiedziane, że w ogóle będzie.

Przez wiele lat grałeś thrash, teraz to się ukróci? Zabraknie tego u Ciebie, czy coś się będzie przewijało?

Jakieś elementy na pewno będą się przewijały, bo to jednak był kawał życia. Fajne czasy. Ten thrash to były naprawdę bardzo fajne czasy. To było tak, jakby punk rock zmieszał się z metalem. Na tej idealnej płaszczyźnie, którą lubiłem najbardziej. Thrash na pewno nie zaniknie, będzie go trochę słychać.

Jak odbierasz to wszystko? Rozstanie się z Acid Drinkers, powołanie do życia nowego zespołu – to nie jest jakieś cofanie się. Ty się rozwijasz i idziesz do przodu, prawda?

Właśnie dokładnie tak to widzę. To jest kolejny etap. Zobaczymy gdzie moja muzyczna przygoda mnie TERAZ zabierze. Trwa ona jakieś 30 lat i to jest jej kolejna odsłona.

Co się u Ciebie w środku dzieje w stosunku do tego nowego? Boisz się? Ekscytujesz?

Zawsze jest ekscytacja, zawsze jest takie, „Wow – zobaczmy, co wyciśniemy z tego”.

A wolałbyś to Ty być zadowolony z tego projektu, czy żeby ludziom się podobało?

Na pewno łatwiej będzie mi to przełknąć, jeśli ludziom się spodoba. Ja do końca nigdy nie byłem zadowolony z tego co robię, nigdy mi się nic tak na maksa nie podobało, dlatego to jest ciężki orzech do zgryzienia. To jest tak, że zawsze coś możesz dołożyć. A jak malujesz ten obraz z kilkoma, to dopiero jest mętlik. Wtedy trzeba się pilnować i jeszcze bardziej jest się krytycznym. Albo bezkrytycznym.

jankiel department

 Wojciech „Jankiel” Moryto (ex-Acid Drinkers, Department).
Fot. Justyna „Justisza” Szadkowska

Kiedy zacząłeś grać?

Jako dziecko, zacząłem od pianina, 6 czy 7 lat. Chodziłem 2 lata do tej szkoły, oczywiście rodzice mi kazali. Ale nie skończyłem jej.

I co później?

Później to przesiadłem się na bas. Lepiej uderzać w cztery struny niż w setki.

A gitara kiedy się pojawiła?

Na gitarze gram dopiero od 2005 roku, co czyni to wszystko jeszcze bardziej dziwnym. Ale skoro można się nauczyć w cztery lata grać na gitarze w stopniu jakby zadowalającym, to chyba już wszystko można (od 2009 r. Jankiel grał w Acid Drinkers – przyp. red.). Podobno każdy z nas jest zdolny do tego, żeby grać Mozarta na pianinie. Tylko jeden musi siedzieć dłużej a drugi krócej. A jeszcze inny ma to od razu.

Pomiędzy pianinem, basem i gitarą coś jeszcze było?

Grałem też na bębnach. To było tak, że próbowałem wydawać hałasy na wszystkim, na czym się dało hałasować. Czasem na potrzeby chwili.

A co siedzi w Twojej głowie muzycznie tak od małolata?

The Beatles, Iron Maiden.

To też były Twoje pierwsze fascynacje muzyczne?

Mojej pierwszej fascynacji muzycznej nie mogę teraz zdradzić, ale może powiem o drugiej.

Nie możesz zdradzić, bo ta fascynacja była jednocześnie główną inspiracją Departmentu, której też nie chcesz zdradzać?

Nie, absolutnie. Tego bym nie zdzierżył, ale kto wie, może słychać nawet echa. W każdym razie, jedną z moich pierwszych fascynacji był Michael Jackson.

To bardzo ciekawe! Dlaczego?

Bo to było coś innego wtedy. Zresztą kiedyś wszystko było fajne. Inne. W 80. latach, a i zresztą jeszcze na przełomie 80. i 90. lat, jak się żyło to mogłaś się nachapać dobrej muzy. Wtedy jeszcze było mniej zrzędzenia i więcej tworzenia.

A jak tak zespołami polecieć, to Twoje ulubione z tamtych czasów?

To już chodzi o stan świadomości, stan umysłu. Za dzieciaka bardziej wolałem to, co w domu leciało. The Beatles, mama słuchała Cata Steavensa, Roya Orbisona, czyli całą tę starodawną muzę. Mój ojciec bardziej bluesa. A później, kiedy sam zacząłem odkrywać rzeczy, to już poleciało bardzo szybko. Jak usłyszałem Iron Maiden to już nie było odwrotu. Już cięższe brzmienie wdarło się na długo.

A jak wyglądała Twoja ewolucja muzyczna?

Jak odkryłem te ciężkie brzmienia to rzeczywiście przez parę lat siedziałem tylko w tym i już na bieżąco obserwowałem rozwój tego półświatka. Czyli narodziny thrashu, potem death metalu, alternatywy. Pamiętam śmierć metalu, potem ponowne odrodzenie. Ale w między czasie działo się dużo różnych dziwnych rzeczy i ceniłem eklektyzm. Inne spojrzenie bardziej: Faith No More, Beastie Boys – wszystko, co było, łykałem jak pelikan.

Masz coś, do czego w muzyce nie chciałbyś wracać? W sensie: „Co? Ja tego słuchałem?”

Właściwie co jakiś czas robię sobie coś takiego i rzeczywiście zastanawiam się: „Boże, co mi się w tym podobało!” Ale potem dochodzę co, np. „O, fajny szklankowaty bas”, albo „O, fajne, głupie hałasy”. Są rzeczy, których nie lubimy, a mogą nas inspirować. Czasami faktycznie nie rozumiem rzeczy, których słuchałem jako dzieciak np. King Diamond, czy Overkill. To jest cały czas wspaniała muza, tyle że dzisiaj sam bym sobie tego na trzeźwo nie włączył.

Po Iron Maiden wszystko już obracało się w metalowych klimatach?

Właśnie nie, ja uwielbiam też pop. Zawsze lubiłem stary pop z lat 80. i myślę, że to trochę słychać w naszych muzycznych potworach.

A czego brakuje Ci teraz w muzyce?

Wszystkich prawdziwych legend. Led Zeppelin już nie grają, Pantera, Beastie Boys, The Beatles. Prawdziwych legend już nie ma i właśnie tęsknię już za tym. Dzisiaj już nie ma AC/DC, Motörhead

Na każdego przychodzi czas. Ja Tobie i chłopakom życzę, żebyście grali, tworzyli i bawili się dobrze jak najdłużej. Przede wszystkim jak najowocniej. Dzięki bardzo za rozmowę. Może chcesz jeszcze powiedzie coś od siebie czytelnikom?

Bądźcie grzeczni, bądźcie mili dla wszystkich i słuchajcie Department.

Strona oficjalna: http://department.com.pl/
Profil zespołu na facebooku: https://www.facebook.com/OfficialDepartment/

department

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *