Ostatnimi czasy zauważyłem, że zanika piękna tradycja recenzowania demówek, traktując je bardziej jako wybryki muzyków niż jako poważne wydawnictwa. Jest to działanie bardzo krzywdzące. Szczególnie gdy mamy do czynienia z młodą kapelą stonerową z samej Australii, gdzie scena metalowa jest klasą samą w sobie. A w tym przypadku mamy do czynienia z zespołem, który niejednemu headbangerowi przypomni czasy dzieciństwa.

Heavyrock Witchskull
Zespół Witchskull powstał w 2014 roku. Rok później wydali swoje pierwsze demo zatytułowane identycznie jak sama nazwa ich kapeli. Ludzie zwykle niewiele spodziewają się po demówkach – utworów mało, jakość pewnie słaba i nie wiadomo w stronę jakiej muzyki pójdzie skład. Witchskull odbijają piłeczkę prosto w twarz ignorantów. Mamy tu do czynienia z rasowym, przyzwoicie nagranym stoner rockiem/ metalem przeplatanym starym hard rockiem rodem z Led Zeppelin i heavy metal prosto spod ręki Tonnego Iommiego. Do tego wszystkiego dodane są oczywiste nawiązania do Orange Goblin, Electric Wizard oraz, co może wielu pozytywnie zaskoczyć Cream. Panowie nie stronią także od Black Sabbath z czasów Vol. 4 czy Sabbath Bloody Sabbath, by o samym debiucie tej legendy nie mówić. Pośrednio pojawiają się także wycieczki w stronę Saint Vitus co nadaje ich muzyce lekko doomowej aury. 3 utwory a tyle wspaniałości w nich skondensowano. Pędzący „The Vast Electric Dark”, zmienny w tempie „Temple of Ly’s oraz najdłuższy na płycie „Harvest of the druid” to gratka dla fanów starego brzmienia. Panowie Marcus (gitara i wokal), Tony (bas) oraz Joel (perkusja) uraczyli nas na swym pierwszym wydawnictwie klasycznym brzmieniem wykonanym przez współczesnych zapaleńców. Bardzo dobrze dobrana jest także kolejność kawałków na demówce, od najkrótszego do najdłuższego, od najszybszego do najbardziej zmiennego, od prostego do najbardziej rozbudowanego. Te 3 utwory diabelnie wciągają, szczególnie chylę czoła przed ostatnim na płycie „Harvest of the druid”. Żeby tylko się nie rozpadli.
Ciężko jest ocenić kapelę po samej demówce, szczególnie gdy zespół sięga po tak szeroko pojęte wzorce. Nie wiemy czy wybiorą mroczną stronę idąc szlakiem Saint Vitus, skąpaną oparami zioła ścieżkę Orange Goblin, czy ciężką stronę Black Sabbath. Natomiast wybrana przez nich obecnie droga stoner metalowego/ rockowego grania, wykonana w uznany przez nich za najlepszy sposób sprawdza się genialnie. Demówki rządzą się swoimi prawami i można podchodzić do nich pobłażliwie. Ale nie do tej, nie po tym co nam zaserwowano. Daję 8/10. Zacierając ręce czekam na kolejne wydawnictwo.

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *