Pandrador to podkarpaccy death-metalowcy, którzy na scenie wojują dopiero od 2015 r.,  jednak dzięki demówce „Śmierć Baldura” (którą mieliśmy przyjemność recenzować), zyskali już mały following i wsparcie znanych postaci w branży.

O w zasadzie wszystkim dotyczącym grupy i jej muzyki porozmawialiśmy z Bartłomiejem „Bardem” Bardonem (gitara prowadząca) oraz Marcinem „Jartzem” Jagiełła (gitara basowa).

Pandrador

1. Jakie były początki zespołu? Jak doszło do powstania Pandradora?

strong>Bartek: Może nie do końca jestem w pełni kompetencji, żeby wypowiadać się o początkach Pandradora, bo to Marcin założył zespół na pół roku przed moim przyjściem. Mogę natomiast powiedzieć, że zanim zaczęliśmy kroczyć w kierunku, który aktualnie obraliśmy – nie różniliśmy się niczym od innych kapel. Masa chęci do grania, mnóstwo czasu, siłowanie się ze swoimi instrumentami. (śmiech) Tak bardziej serio – można u nas mówić raczej o podwójnym rozpoczęciu, gdyż skład zmienił się zupełnie, a jedynie Marcin pozostał z pierwotnej ekipy. Numery, które aktualnie gramy na koncertach zostały skomponowane przeze mnie po „resecie” w około 3 miesiące. Potem zgrywaliśmy się z kolejnym, przechodnim składem… a potem przyszedł do nas Mateusz (Bednarz) i Rafał (Chruścicki) i wszystko stało się jasne. Na dobrą sprawę – gramy wszyscy razem dopiero od grudnia 2017. Można więc powiedzieć, że początki trwają do teraz! (śmiech) Nie zmienia to faktu, że chłopaki są bardzo uzdolnieni i z całą pewnością od początku chcieliśmy brzmieć tak, jak teraz.Marcin: Pandrador początek miał podobny do masy innych kapel. Chciałem grać ja i paru moich znajomych. Początkowo kompozycje były stylistycznie thrashowe. Z czasem pomyślałem że jest to muzyka – co by nie mówić – dość powtarzalna. Zaproponowałem tworzenie muzyki związanej z mitologią skandynawską. Zawsze interesowały mnie wierzenia oraz zwyczaje ludów północnych. I jak w masie innych projektów niekonieczne wychodziło, ale robiliśmy swoje. Mimo tego, że wiele osób nam sugerowało, że teraz tak się nie gra. Ale faktycznie ciężko mówić o Pandradorze bez Bartka, bo to nie był zespół. To była grupa osób, która „próbowała”. On tak naprawdę wniósł do mojej wizji lirycznej wizję muzyczną. I tak już chwilę razem gramy i myślimy że możemy wnieść jakąś świeżość, nowe spojrzenie na polską scenę death metalową.

2. Czym kierowaliście się w czasie obierania drogi muzycznej?

Marcin: Osobiście, moim priorytetem było założenie: byle nie grać thrashu. Każdy grał thrash w mniej lub bardziej powtarzalnej formie. Próbowaliśmy eksperymentować z ówczesnym składem z różnymi gatunkami. Z czasem dołączył do nas właśnie Bartek (jak juz wcześniej wspominałem) i przejął rolę kompozytora. O kierunek muzyczny lepiej jego zapytać mimo tego, że znam Jego założenia. Wierzę że droga, którą zmierzamy jest bardzo dobrym połączeniem ciężkiej, technicznej muzyki z tzw. „klimatem”.

Bartek: To chyba wyszło tak naturalnie. Jeszcze chwila zleciała po moim dołączeniu, zanim zacząłem w Pandradorze komponować. Muzycznie było wtedy dość… „różnorodnie”, jeśli można to tak nazwać. Po rozstaniu się z pierwotnym składem we wrześniu 2016 roku zdecydowaliśmy z Marcinem, że czas na zupełnie nową odsłonę i porzucenie starych piosenek. Wtedy zaczęło się dopiero gdybanie. (śmiech) Uwielbiałem od zawsze polski Death Metal. Sądzę, że tak, jak Szwecja może mówić o „szwedzkim stylu” i wpisujących się w niego kapelach, takich jak np. Dismember, Entombed czy Unleashed – tak Polska może szczycić się „polskim stylem” i kapelami takimi jak Decapitated, Vader, Dies Irae, Trauma czy Yattering. Nie mi oceniać czy tworzymy coś zupełnie nowego, czy też nie, ale raczej działamy w gatunku „polskiego Death Metalu”. Staramy się też dać coś od siebie do tego stopnia, by brzmieć tak, jak mamy to w głowach. Układając utwory staram się, by było tam parę odwołań do klimatu Black Metalowego, jednak to też kwestia podejmowanej tematyki. Tutaj ukłon w stronę Nile – robią świetną, techniczną muzykę pozostając w klimacie starożytnego Egiptu. U nas wygląda to podobnie, ale tak już się utarło, że „nordyckie zimno” najlepiej ukazuje się po wprowadzeniu pierwiastka Black Metalu do utworu. No i jest jeszcze aspekt właśnie techniczny. Pod tym względem wielką inspiracją jest dla mnie Vogg z zespołu Decapitated. To między innymi On pokazał kolejnemu pokoleniu metalowców, że można tworzyć niesamowicie skomplikowany, wręcz absurdalnie techniczny Death Metal, który jest muzyczny i słuchalny. Staram się iść tą samą myślą i wkomponować w mroczny klimat budowany w utworach Pandradora właśnie taką kolejną warstwę – technicznej muzyki. Cały proces twórczy to wyzwanie, ale sprawiające masę radości – szczególnie wtedy, gdy na jego końcu widzi się ludzi pod sceną, machających głowami do „Valgrinda” czy „Baldura”.

3. Jaka była reakcja publiczności po pierwszych koncertach?

Bartek: Zależy które „pierwsze” koncerty masz na myśli! (śmiech) Tak całkiem szczerze – mam spore problemy z dostrzeżeniem jak ludzie bawią się na koncercie. Przeżywam razem z chłopakami naszą muzę i macham głową ile sił w karku, w związku z czym z reguły włosy zasłaniają mi publikę! (śmiech) Dopiero po koncertach słyszę opinie, bo gdy się już zbieramy ludzie do nas często podchodzą. Niezmiernie cieszy mnie to, że publika widzi nasze zaangażowanie energetyczne w koncert i przeżywają całe to „muzyczne misterium” razem z nami. Wzajemnie się wtedy wszyscy napędzamy, co czuć gdzieś w powietrzu. W związku z tym – wielki szacunek dla naszych fanów, którzy bawią się razem z nami w trakcie sztuki i dają nam siłę, by zagrać każdy kolejny kawałek.

Marcin: Od kiedy gramy death metal, zwykle publika przechodzi przez dwie fazy. Pierwszą jest szok. Myślę, że wiele osób jest zaskoczonych, że gramy tak ciężko. Raczej nie wiele jest u nas „melodyjek”. (śmiech) Chwilę zwykle publice zajmuje zaakceptowanie tego, jak duży ciężar został rzucony ze sceny. Gdy już to przetrawią i przyswoją – wreszcie zaczynają się bawić. Zaczynają żyć tą muzyką i czerpać z niej przyjemność. Oczywiście można grać dla siebie i odkładać kompozycje zapisane w plikach Pro Tools’a czy FL Studio i nigdy ich nikomu nie pokazywać, ale wiem, że to nie dla mnie i nie dla Pandradora. Publika nas napędza i to właśnie na koncertach muzyka nabiera jeszcze większej mocy. Myślę, że za tą symboliczną dychę naprawdę warto wpaść i zobaczyć nas i grupy nas supportujące, jak Lament czy Doomsday.

4. Czy spotkaliście się z wrogością ze strony muzyków lub klubów?

Marcin: Wśród klubów nigdy nie było wrogości. Standardowy deal – nie przypominam sobie, żeby ktoś próbował na nas w niesprawiedliwy sposób zarobić. Co do muzyków – owszem. Niektórzy, kierowani najpewniej zazdrością, próbowali zarzucać nam różne, dziwne rzeczy. Przeróżne opowiadania słyszeliśmy, ale poświęcamy się w pełni zespołowi, więc nie mamy czasu na przejmowanie się czymś takim. Ale, skoro warto nas skrytykować to może i warto posłuchać naszej muzyki? (śmiech)

Bartek: Prawda, kluby były zawsze wobec nas w porządku. Jesteśmy zwolennikami uczciwej współpracy pod tym względem. Tak jak się umówimy, tak w finalnym rozrachunku zawsze jest. Co do muzyków – było faktycznie trochę przypadków, gdzie spotykaliśmy się z masą różnych plotek – czasami to były historie tak komiczne, że niejeden kabareciarz dałby się pokroić za taki skecz. Muszę jednak powiedzieć, że jesteśmy wybitnie nudnym tematem do rozmów i plotek. Choć to dość powszechne – o każdym się mówi w lepszy bądź gorszy sposób. Najważniejsze jest to, żeby robić swoje – zawsze, niezależnie od pochlebnych czy niepochlebnych opinii.  Ale mamy też wielu przyjaciół pośród muzyków – Mateusz Kujawa z Jaruna wspiera nas od zawsze, Hubert Więcek z Banishera i Decapitated dawał nam bardzo fajne rady odnośnie demówki i nauczył mnie bardzo wielu rzeczy w grze na gitarze (za co bardzo mu dziękuję). Robowi Darkenowi z Graveland również spodobała się nasza muzyka, co było sporym, pozytywnym szokiem – to w końcu żywa legenda polskiego Black Metalu. A co mnie chyba najbardziej cieszy i motywuje każdego dnia – nawet Vogg nam kibicuje!  Mamy również wielu serdecznych przyjaciół wśród takich kapel jak Misanthur czy Nazgul. Nie jest więc dla mnie ważne kto stoi przeciwko nam – nie przywiązuję od jakiegoś czasu do tego wagi. Istotniejsze jest to, kto nas wspiera i robi to szczerze. A i my nie pozostajemy w tym aspekcie dłużni, bo zarówno za naszymi przyjaciółmi jak i idolami stoimy murem.

5. Czemu wybraliście tematykę mitologii skandynawskiej, nie zaś szczególnie popularnej w Polsce mitologii słowiańskiej?

Bartek: To bardziej pytanie do Marcina. Ja powiem tylko, że jesienią 2016 roku, gdy zastanawialiśmy się nad dalszą działalnością Pandradora, stwierdziliśmy, że mitologia nordycka i historia ludów skandynawskich jest świetnym i rzadko poruszanym w Death Metalu tematem tekstów, a na pewno nie jest „lirycznym rdzeniem” wielu kapel z tego gatunku. Zatwierdziliśmy wtedy obaj ten pomysł i tak zostało do teraz. Całe szczęście, bo dzięki temu mi chociażby łatwiej jest przeżywać tą muzykę również od strony tekstowej – jako asatryjczykowi.

Marcin: Dla mnie osobiście przy wyborze mitologi nordyckiej ważna była jej uniwersalność. Każdą dziedzinę życia ludy północy potrafiły wytłumaczyć. Przemijanie, życie po śmierci czy pochodzenie świata. W każdym z tych tematów wierzenia nordyckie oferują fascynujące i uniwersalne odpowiedzi. Nieważne czy jesteś Polakiem, Chińczykiem czy Argentyńczykiem – tutaj znajdziesz coś, co trafi do Ciebie. To nie jest tak że wikingowie to tylko hełmy z rogami i najazdy na irlandzkie wsie. To była fascynująca i bogata kultura. Bolało i boli mnie to, że większość znajomych pogan zapomina o tradycji skandynawskiej. Wierzenia słowiańskie są w ogromnym stopniu zainspirowane północnymi wierzeniami. Jedna i druga mitologia nawzajem się wzbogacały, ale to wzór skandynawski był pierwszy. Dlatego stwierdziłem, że wbrew modzie warto na ich wierzenia akurat spojrzeć, zwłaszcza, że stanowią ważną część naszego europejskiego dziedzictwa kulturowego. Mimo to – często są przekłamywane czy celowo przedstawiane jako prymitywne obrządki.

6. Czy planujecie w przyszłości zmienić styl granej przez was muzyki?

Marcin: Ciężko jest przewidzieć w jakie regiony kiedyś ruszymy. Teraz czujemy się komfortowo grając death metal, ale gusta mamy różne i nie tylko muzyki metalowej słuchamy. Może kiedyś odwiedzimy bardziej progresywne rejony albo wręcz przeciwnie – może bardziej „prymitywne”? Ciężko powiedzieć, zobaczymy co nam w głowach i w słuchawkach będzie grało. Uważamy, że najważniejsze żeby nie robić niczego wbrew sobie. Gdybyśmy kierowali się modą, to pewnie nie czytalibyście tego wywiadu, a my zajęci byśmy byli układaniem rymów do tzw. beatów.

Bartek: Nie chcę zapewniać, że kiedyś będzie tak lub inaczej. Wiele się może jeszcze zmienić, szczególnie, że jesteśmy dość młodymi ludźmi, przez co emocjonalnie podchodzimy do tak kreatywnych aspektów naszego życia jak muzyka. A jak wiadomo – emocje i plany nie idą zwykle w parze.
To, co usłyszeć można na koncertach na pewno znajdzie się na naszej pierwszej płycie, którą mamy nadzieję nagrać w lipcu. Jak będzie dalej – Bogowie jedynie wiedzą.

7. Czym zajmujecie się na co dzień? Kim prywatnie są członkowie Pandradora?

Bartek: Żyjącymi swoim życiem ludźmi. A przede wszystkim – zżytymi ze sobą przyjaciółmi. Ja studiuję na Collegium Medicum w Bydgoszczy, nasz perkusista – Rafał – jest nauczycielem, a Mateusz chodzi jeszcze do szkoły. A Marcin powie więcej.

Marcin: Jestem na drugim roku dziennikarstwa w ramach studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Hobbystycznie udzielam się w radiu UJOT.fm, w którym prowadzę audycję „Odkrywamy”. Pokazuję w niej małe kapele, które dopiero zaczynają, a warte są by pokazać je światu. Zwykle jest to prawdziwe podziemie, utwory które mają po 200 czy 300 odtworzeń.

8. Jak oceniacie stan polskiej sceny metalowej i panujące na niej trendy?

Marcin: Aktualnie scena polska słynie głównie z black metalu, co chyba nikogo nie dziwi. Mamy Mgłę, Furię, Hate i wiele innych kapel. Oczywiście są też prawdziwi giganci, jak Decapitated, Behemoth czy Vader, którzy pokazali że da się wybić pochodząc z Polski, gdy się zaciśnie zęby i zapracuje na to. Osobiście dla mnie niesamowitym objawieniem jest Thaw. Mix harsh noise z black metalem? Coś niesamowicie klimatycznego, a przy okazji faktycznie wywołującego gęsią skórkę. Ciężko mi wypowiadać się o innych odmianach metalu. Ślędzę tylko scenę death i black metalową w Polsce. Może zabrzmię jak snob, ale inne odmiany raczej mnie nudzą. Lubię gdy muzyka w pewien sposób jest wymagająca czy alternatywna. Nie chcę słuchać kolejnej kopii Wielkiej Czwórki Thrash Metalu czy Korpiklaani, a niestety sporo młodych kapel decyduje się na taką ścieżkę. Mam nadzieję, że Pandrador nie popełnia tego błędu i jest na swój sposób innowacyjny. Nie chciałbym żeby nasza muzyka była kolejną kalką schematów z lat 80. i 90.

Bartek: Fajne jest to, że jest dużo zajawkowiczów – ludzi, których nagle zaczęło kręcić w jakiś sposób wyrażanie siebie za pośrednictwem muzyki. To oznacza, że metal i metalowcy wciąż żyją i mają się świetnie. Problemem jest natomiast to, że coraz rzadziej ludzie przychodzą na koncerty lokalnych kapel. Wiesz, takie granie bez znanego headlinera. Czasami można przez to ominąć sporo dobrej muzyki, która jeszcze nie została przez kogoś nagrana. Koncerty mają też specyficzny klimat, mnie zawsze to potrafi postawić na nogi, gdy tego potrzebuję. No ale – oprócz „lokalnych zespołów” w każdym mieście – mamy również absolutną światową czołówkę, którą wspomniał Marcin – Vader, Decapitated, Behemoth… wydaje mi się, że dopóki żyją takie legendy, takie wzorce dla młodych kapel – scena w Polsce nigdy nie zginie. Co do panujących trendów – z trendami jest tak, że przychodzą i odchodzą. Aktualnie utrzymuje się popularność Black Metalu. Nie wchodzę w dywagacje na temat jej słuszności – skoro rynek przyjął ostatnio Black Metal, to oznacza, że Black Metal był rynkowi potrzebny. Co jednak ważniejsze – wychodzi masa świetnych płyt. Często odsłuchuję takie wydawnictwa jak „Sporysz” Jaruna, „Zorya” od Sunnaty czy „Epitaphs” od Obscure Sphinx. Między innymi one skłaniają mnie do opinii, że powstają już od dawna płyty lepsze od „klasyków”. Trzeba mieć jedynie odwagę by po takie zespoły sięgnąć i to przyznać. Mam też nadzieję, że skończy się cykl „trendów” – jakie by nie były – i zacznie się w końcu docenianie muzyki samej w sobie.

Profil Pandrador na facebooku: facebook.com/Pandrador/

Zespół aktualnie jest w trasie, kolejne koncerty zostaną niebawem ogłoszone:

pandrador koncerty

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *