Bardzo lubię warszawską Pragę. Mogę chyba powiedzieć, że to moja ulubiona stołeczna dzielnica. Powszechnie znana z tego, że łatwo w niej o kłopoty, jest najlepiej zachowaną po wojnie częścią Warszawy. Obskurne, obdrapane i nieremontowane od bardzo dawna kamienice przypominają klimat dawnych lat a wciąż kultywowane tu praskie tradycje mieszają się z nowoczesnością w postaci muzeów, galerii czy klubokawiarni organizujących różnorakie wydarzenia kulturalne. 9 listopada warszawska Praga była świadkiem jednego z najbardziej niezwykłych tegorocznych wydarzeń muzycznych, odbywających się w stolicy. Równolegle były organizowane dwa koncerty: Hydrozagadka gościła amerykańską legendę doom metalu- YOB, oraz belgijskie blackmetalowe trio- Wiegedood. W sąsiednich Chmurach miał miejsce występ funeral doomowców z Fuoco Fatuo oraz doomowo- eksperymentalnego, fińskiego Dark Buddha Rising. Ponadto organizatorzy obiecali dograć czasówki tak, aby fani mogli zobaczyć wszystkie zespoły, tworząc coś w rodzaju mini- festiwalu. Ja wybrałem tylko pierwsze wydarzenie, nie będąc gotowym na tak dużą dawkę emocji jednego dnia oraz aby jak najlepiej zrelacjonować występ YOB i Wiegedood.

Oba zespoły zawitały do Polski na dwa koncerty w ramach trasy promującej ich świetnie przyjęte nowe wydawnictwa. YOB przyjechał do Polski z docenionym zarówno przez fanów jak i krytyków Our raw heart a Wiegedood miał zaprezentować utwory z trzeciej, ostatniej części trylogii De dodden habben het goed, dedykowanej zmarłemu przyjacielowi. Muszę się przyznać do tego, że przyszedłem na dzisiejszy koncert głównie dla Wiegedood, a YOB pomimo znakomitych recenzji wciąż do mnie nie przemawiał. Postanowiłem jednak dać im szansę, bo kiedy miałbym się do nich przekonać, jak nie podczas występu na żywo? Kolejną rzeczą, która sprawiała, że dzisiejszy wieczór zapowiadał się wyjątkowo, była historia Mike’a Scheidta. Lider YOB na początku roku stoczył walkę o życie w związku z zapaleniem uchyłków jelita grubego. Po udanej operacji muzyk przeszedł szybką rekonwalescencję, a potem wraz z zespołem nagrał jedną z najlepiej ocenianych płyt roku. Dla fanów na pewno tym większą radością będzie zobaczenie go zdrowego na scenie. Stoner/doom prezentowany przez YOB oraz black metal w wykonaniu Wiegedood wydają się dość odległymi od siebie gatunkami a zestawienie ich na wspólnym koncercie nie jest zbyt oczywiste. Jak to wypadło w praktyce?

Wiegedood zgromadził pod sceną kilkudziesięciu fanów a ja zająłem miejsce w pierwszym rzędzie, by móc jak najlepiej wczuć się w atmosferę jaką wykreują muzycy. Belgowie, jak to mają w zwyczaju, zaczęli bez ostrzeżenia od razu atakując zebranych pod sceną fanów ścianą dźwięku otwierającego koncert Ontzieling. Tym, co od początku rzucało się w oczy, był brak basisty. Wydawać by się mogło, że pozbawi to muzykę głębi. Wręcz przeciwnie, od pierwszych minut Wiegedoood hipnotyzował i pochłaniał klimatem. Dominującym uczuciem podczas słuchania ich była tęsknota, ból oraz smutek. No i myśl o tym, że riffy są zajebiste. Budowanie nastroju nie przeszkadzało panom z Wiegedood w graniu szybkich, złożonych partii gitarowych popartych dobrą pracą zasiadającego za perkusją Wima Sreppoca. Klub nie miał zbyt dużych możliwości, jeśli chodzi o oświetlenie sceny, ale występ był udanie podkreślony czerwoną poświatą sączącą się na muzyków. Dobrze współgrało to ze złością jaką Wiegedood wyrzucało z siebie na scenie. Wadą było za to to, jak nagłośniony był wokal Levy’ego Seynaeve. Stojąc w pierwszych rzędach prawie w ogóle nie było go słychać. Wielka szkoda, nie tylko dlatego, że jego wysoki scream jest bardzo ciekawy, ale przede wszystkim dlatego, że widziałem, jak emocjonalnie śpiewa swoje partie. Jako drugi zaprezentowali najbardziej melodyjny z setu Cataract. Zaczął się on od tego, co w ich muzyce tak charakterystyczne, czyli bardzo leniwego intra, złożonego z paru powtarzających się, granych na cleanie akordów, by później znów czarować fanów pełnymi tęsknoty riffami. Od podobnego zabiegu Wiegedood rozpoczął kolejny, najważniejszy na setliscie De doden habben goet III. Minutowe intro miało za zadanie spotęgować furię, z jaką wchodzą w ten utwór. Muszę przyznać, że naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. De doden habben goet III to zdecydowanie najbardziej emocjonalny utwór z zaprezentowanego setu. Uczucie pustki, rozpacz i nienawiść muzyków była niemal namacalna. W połowie znowu spowolnienie oraz powrót jeszcze bardziej wściekłego Wiegedood- kulminacyjny punkt utworu oraz koncertu. Występ Belgów kończył Prowl, za którym nie przepadam, więc wycofałem się by porównać jakość dźwięku z tyłu z tym co słychać pod sceną. Tutaj nagłośnienie wokalu było już o wiele lepsze (choć żeby nie było tak dobrze, widoczność zasłaniała kolumna). Ruch o tyle dobry, że Prowl to najciekawszy pod względem wokalnym utwór Wiegedood. Levy Seynaeve urozmaicał swoje skrzeki czymś na kształt azjatyckiego śpiewu alikwotowego. Dziwne, choc ciekawe rozwiązanie. Wiegedood zagrało jeden z najbardziej emocjonalnych koncertów, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Wadą było na pewno to, jak był nagłośniony wokal oraz czas jaki blackmetalowcy prezentowali się na scenie- zaledwie 38 minut. Nie była to niespodzianka, ponieważ podczas całej trasy dostają oni podobną ilość czasu. Wiegedood wzięło też udział w praktyce, która bardzo mi się nie podoba, a której świadkiem jestem już od paru koncertów, a mianowicie w niegraniu mojego ulubionego utworu- w tym wypadku Onder Gaan, który pojawiał się już podczas trasy. Podsumowując występ Belgów myślę, że należy wspomnieć też o publice. Nawet podczas wolniejszych partii fani potrafili utrzymać powagę, co w naszym kraju nie jest takie oczywiste. Tak więc po krótkim, ale bardzo intensywnym występie muzycy Wiegedood zaczęli zbierać się ze sceny a do klubu zaczęło napływać coraz więcej osób, czekając na gwiazdę wieczoru- YOB.

Amerykanie zaczęli swój koncert w zapełnionym już klubie. Nie było ciasno, ale też nie można było swobodnie przemieszczać się pod sceną- na oko ze 150 osób. Licząc na lepszą jakość dźwięku tym razem zająłem miejsce w pewnym oddaleniu od sceny, trochę z boku, zastanawiając się czym zaskoczą mnie muzycy. YOB rozpoczął od otwierającego najnowszy album Ablaze, 10-minutowego utworu opisującego cierpienie Mike’a Scheidta. Ciężkie, hipnotyzujące riffy i czysty, przesączony bólem wokal lidera grupy świetnie wprowadzały w klimat występu. Po nim przyszła kolej na następny na płycie The Screen. Wolny, wgniatający w ziemię ciężarem riffów i dla odmiany śpiewany screamem, zabierał zgromadzonych coraz głębiej w świat cierpienia wokalisty zespołu. Pomimo świetnego brzmienia muzyków i naprawdę ciekawych utworów nie przemawiało to do mnie do końca. Co innego powiedzieć mogę o publice, która widocznie zaczynała coraz bardziej wczuwać się w klimat koncertu. Następnie YOB powrócił na chwilę do swoich starszych płyt grając Ball of molten lead oraz The lie that is sin. Choć trochę szybsze i zawierające więcej gitarowych i wokalnych efektów, dalej pozostawiały słuchaczy w klimacie przygnębienia. Jako piąty YOB zagrał zamykający najnowszy album, monumentalny Our raw heart. Senny i rozmarzony, zaśpiewany bardzo przejmująco, opisywał wygraną walkę wokalisty. Pomimo ciężaru i wolnego tempa utwór ten nareszcie przynosił pocieszenie, był przesiąknięty optymizmem i nadzieją. Bardzo przyjemnie patrzyło się na lidera YOB. Każdy utwór a w szczególności Our raw heart, śpiewał wkładając w to całego siebie. W dodatku było widać, jak wielką sprawia mu radość to, że znów może zagrać dla swoich fanów. Zresztą nie tylko jemu, pozostali muzycy również grali z wielką pasją. Może i ja do końca nie czułem tej muzyki, ale czymś fantastycznym było obserwowanie tego, jak oni ją przeżywają. Do kolejnego Grasping air zaproszony na scenę został wokalista Wiegedood, Levy Seynaeve, sprawiając swoim screamem, że atmosfera znowu zgęstniała. YOB pożegnał się z warszawskimi fanami swoim chyba najbardziej znanym utworem, Marrow. 20- minutowy kolos ponownie zabierał w świat marzeń i napełniał optymizmem a ja w końcu dałem się zahipnotyzować tymi monotonnymi riffami i pełnym emocji głosem. Koncert dobiegł końca a pod sceną i na niej zaczęli tłoczyć się ludzie aby podziękować za niego muzykom. Mike Scheidt miał czas uścisnąć każdemu dłoń i zamienić parę słów. Po raz kolejny do głowy przychodziła mi myśl, że dla niego wielką radością jest być tu dzisiaj z nami.

Nie dziwią mnie liczne podziękowania fanów, YOB grał dla nas ponad sto minut, a na warszawskiej scenie pozostawił część siebie. Pomimo długości koncertu i monotonnych utworów nie można mówić o nudzie w jakiejkolwiek jego części. Umiejętnie budowany klimat, różnorakie efekty gitarowe i style wokalne sprawiały, że występ Amerykanów obserwowało się cały czas z przyjemnością i zaciekawieniem a emocje i pasja jaką widziałem na scenie sprawiły, że choć zobaczyć YOB szedłem jako osoba dość sceptycznie nastawiona do ich twórczości, wróciłem jako fan zespołu. Wiegedood swoim występem zostawił nas pełnych bólu i zwątpienia, YOB przywrócił nam nadzieję i napełnił nas optymizmem.

Autor: Franek Wieczorek

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *