Początek roku przyniósł w Twoim życiu istotne zmiany muzyczne. Zaaklimatyzowałeś się już w Kat & Roman Kostrzewski?

Cześć. Tak, jest świetnie i najważniejsze jest to, że czuję się w pełni doceniony przez chłopaków.

Jakie uczucia towarzyszyły Ci przed pierwszym koncertem z, nie bójmy się tego wyrażenia użyć, legendą…

Może od początku. Zanim doszło do tego pierwszego koncertu, musiałem zasłużyć na miejsce w zespole. Kilka osób było branych pod uwagę i tak jak każdy z nich musiałem pokazać, czy pasuję swoim sposobem gry do całości. Okazało się, że tak. Potem praca nad płytą i nad starymi numerami, które są trudne. Irek to świetny bębniarz. Jego partie na „Bastardzie” czy „Różach…” zasługują na Grammy. I nie mówię tego, żeby się podlizać jemu, czy fanom Kata. Po prostu tak jest. Nauczenie się tych piosenek było dla mnie sporym wyzwaniem.

W końcu pierwszy koncert. Musiałem wziąć tabletkę na uspokojenie. Raz, że to pierwsza sztuka, a dwa- musiałem sprostać wymaganiom fanów Kata. Tego najbardziej się obawiałem. Czy spodoba się, jak gram, i czy jak zobaczą kogoś innego za bębnami to nie będzie latających butelek i buczenia. Okazało się, że nie. Zagraliśmy ponad 20 koncertów i wiele słów uznania ze strony starych fanów padło w moim kierunku. Jestem za to im bardzo wdzięczny.

Przygotowywałeś się jakoś specjalnie do trasy promującej najnowsze wydawnictwo, „Popiór”?

Tak jak wspomniałem. Stare numery musiałem ogrywać do znudzenia, żeby je dobrze poczuć. Formy niektórych są trudne (np. „Bryła”, „Bastard”), więc to dodatkowe zadanie. Ale jakoś poszło. Z koncertu na koncert idzie coraz bardziej na luzie. Natomiast piosenki z „Popióra” miałem w łapach od początku. Tworzyłem je, a potem nagrywałem, więc to było proste.

Wszedłeś w machinę metalową, na której koncertach sale wypełnione są po brzegi. Nie obawiałeś się tego, jak zostaniesz odebrany? Szumu trochę w „Internetach” było…

Oczywiście, że się obawiałem. Najbardziej przyjęcia przez fanów. Ale chłopaki cały czas mnie wpierali, a to, że nam się świetnie gra ze sobą dało mi moc. Ważną dla mnie sprawą od początku było to, aby nie grać jak Irek. Nie próbować kopiować, czy nawet odgrywać partii 1 do 1. Chciałem trzymać się formy, ale dać siebie, swój sposób gry. Dostałem zielone światło od kapeli, ale wiadomo, że fani są najbardziej surowymi krytykami.

Wróćmy do koncertów promujących „Popiór”, pierwsza myśl po sztuce w Warszawie…

Pierwsza myśl po: że warto być cierpliwym i mieć w głowie cel. Tym muzycznym celem i marzeniem było, aby grać na dużych scenach i mieć z tego uśmiech od ucha do ucha. Można powiedzieć, że być gwiazdą rocka, ale w tym dobrym i mądrym słowa znaczeniu.

Co do „Popióra”, jak Ci się nagrywało materiał? Mieliście opracowany jakiś „schemat działania”, pt. „ten odpowiedzialny za to, a tamten za coś innego”… czy rzucaliście pomysłami, wybieraliście najlepsze możliwe brzmienia i teksty, by stworzyć z tego, jak słyszmy, bardzo dobre kompozycje?

Materiał na „Popióra” w zasadzie już był jak dołączyłem do zespołu. Formy piosenek, jak również zarys bębnów był wklepany w kompa „z palca”. Teraz istnieje taka możliwość, że gitarowy, robiąc riffy, wbija sobie z palca w programie bębny, żeby wiedzieć, czy pasuje. Miałem to wszystko obrobić, dorobić, ukształtować tak, żeby żarło. To się udało i przyszedł czas nagrań. Po 3 dniach nagrywania okazało się, że wkradł się błąd w komputery i wykasowały się wszystkie moje ścieżki. Robota od początku! [śmiech] Ale dobrze, bo nagrałem to lepiej, z większym luzem i niektóre rzeczy zupełnie inaczej.

A właśnie – demokracja w zespole, czy rządy twardą ręką? Jak jest u Was?

Wchodząc do kapeli byłem przekonany, że pod każdym względem będę traktowany jak muzyk sesyjny. Roman wziął mnie na rozmowę i powiedział: wchodzisz do kapeli na równych prawach. Dotyczy to każdej kwestii. Oczywiście Romek jest szefem i wiadomo, że ostatnie słowo należy do niego. Natomiast wszystkie sprawy omawiamy wspólnie. Jestem tym bardzo mile zaskoczony.

Pierwsza część trasy zakończyła się z przytupem i… rozumiem, że jesień również należeć będzie do „Kaciora”?

Jesień na pewno pogramy. To oczywista oczywistość. Nie mogę natomiast dokładnie jeszcze mówić o datach, bo nie są oficjalnie potwierdzone.

Jakbyś mógł jeszcze powiedzieć parę słów o sprzęcie, na którym obecnie grasz…

Zawsze miałem marzenie aby grać na Pearlu. Gra na nim mój idol, Ian Paice, i od zawsze chciałem mieć taki bęben. Marzenia się spełniają, tylko trzeba popracować trochę nad tym. Gram na Pearl Masters Premium. Talerze to Turkish. Dzięki Tomkowi Stukanowi, szefowi Drum Store, który jest ich przedstawicielem, mam możliwość grania na tych blachach.

Pytanie z zupełnie innej bajki – Harley Davidson, skąd to zamiłowanie do dwóch kółek? Dlaczego motor, a nie np. Jaguar, czy Lamborghini?

Harley. Motocykle fascynowały mnie od dziecka. Bardzo dużo dzieciństwa spędzałem u przyjaciół rodziny w Bieszczadach. Czas motocykli WSK, URAL, Jawa itp. Tam to wszystko było i potrafiłem pół dnia siedzieć i udawać, że jadę [śmiech] Potem już były różne sprzęty, ale jak zobaczyłem Harleya na żywo w stanach w 88. roku to już wiedziałem. Wtedy dla 13-latka to był szok. Nieważne były sklepy, w których było wszystko, ale te Harleye na ulicach. No i po latach dorobiłem się Fat Boya. Nowy, idealny do przerobienia! Już plan jest. To jest choroba nieuleczalna i miłość wierna.

Dziękując – ostatnie słowo należy do Ciebie…

Bardzo dziękuję za wywiad. Pozdrawiam.

Foto: Ilona Matuszewska

6 Komentarze „Warto być cierpliwym i mieć w głowie cel…” – wywiad z Jackiem „Jacko” Nowakiem, perkusistą Kat & Roman Kostrzewski

    1. Daras

      To pałker z Virgin Snatch. Tam ciosał zacnie. I nie taki młody. 43 albo 44 lata ma choć nie widać.

      Reply
  1. gutek

    Dla mnie jest git, wiadomo taką personę jak Irek ciężko było by kimkolwiek zastąpić. Dajcie mu czas- a i nie oceniajcie kogoś po wyglądzie, tylko po tym co gra.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *