Wiele godzin można byłoby mówić o naszym zachodnim sąsiedzie. Nie zajmując się polityką, trzeba przyznać, że w organizacji festiwali Niemcy nie mają sobie równych. Ilość imprez przytłacza, a mieszkańca Polski wpędza w kompleksy. Jednym z największych festów 2017 była jubileuszowa dwudziestwa edycja Summer Breeze. Na okrągłe urodziny organizatorzy przygotowali bardzo mocny skład, a obecność wśród headlinerów Megadeth zmotywowała mnie do wyjazdu.

Warszawę i Dinkelsbuhl dzieli ponad tysiąc kilometrów. Ja do pokonania miałem tylko niespełna sześćset, bo na fest ruszałem prosto z koncertu Megadeth w Tilburgu. Ułatwienie? Nie do końca, bo ceny niemieckich kolei zmusiły mnie do mocnego kombinowania i tak oto wstając rano w Tilburgu ruszyłem pociągiem do Eindhoven. Szybka przesiadka do Venlo, stamtąd godzina do Dusseldorfu, krótki kurs do Kolonii udało mi się przejechać w pierwszej klasie, z której przegonił mnie konduktor jechałem w kierunku Frankfurtu. Zdrzemnąłem się po kolejnej zmianie, budząc się tuż przed Wurzburgiem. W mniejszym pociągu do Ansbach spotkałem już sporo długich włosów i czarnych koszulek. Słońce przypiekało, gdy czekaliśmy na festiwalowy autobus. Stamtąd jeszcze tylko dwoma busami musiałem podjechać odebrać akredytację, złapać stopa na pole namiotowe i po dziesięciu godzinach podróży z dziesięcioma przesiadkach byłem na miejscu!

Skład pierwszego dnia nie zachęcał w ogóle do ruszenia się na festiwal. Szykowałem się do rozbicia namiotu i odpoczynku, ale obecni na miejscu znajomi poinformowali mnie, że odbędą się koncerty niespodzianki: specjalne sety Amon Amarth (z regularnym mieli grać dzień później) i In Extremo, oraz niezapowiedziany wcześniej koncert Destruction. Te okoliczności skłoniły mnie do porzucenia wypoczynkowych planów i ruszenia się pod sceny. In Extremo rzeczywiście odegrali niestandardową setlistę, dla mnie jej głównym punktem był kultowy dla graczy Gothic „Herr Mannelig”. Amoni także postawili na kawałki spoza standardowego setu, takie jak „With Oden on Our Side”, „Valhall Awaits Me”. Część numerów nie była grana od 2011 i 2012 roku! Chociaż Szwedzi mi się na żywo już mocno opatrzyli (to był mój szósty koncert Amonów na przestrzeni dwunastu miesięcy), to ciągle dobrze się bawiłem. To co mnie zszokowało to atmosfera festu, nigdy nie widziałem tak wyluzowanej ochrony. Ludzie swobodnie przeskakiwali barierkę po kostki, po czym zostawali w niej machając zespołowi w ogóle nie niepokojeni przez ochroniarzy. Zwieńczeniem dnia oczywiście rodzime (dla gospodarzy festu) Destruction. Gospodarze raczej na żywo nie zawodzą, Schmier z ekipą dali solidną 10-numerową sztukę, w której postawili na klasyki, a nie nowe nagrania.

Dzień drugi nie zachęcał do wstania z namiotu, gdyż początek dnia zdominowały zespoły spod szyldu metalcore. Miss May I, Whitechapel, August Burn Red, a scenę obok Alaska Ate Ocean. Wszystkie według mnie tak samo beznadziejne, a gdy już pojawiły się dwa zespoły, które mnie interesowały… to grały w tym samym czasie, więc odpuściłem Tesseract na rzecz rzeźników z Obituary. Duża scena w pełnym słońcu, do tego bardzo wysoka z zasłaniającymi muzyków fotografami to nie są warunki na sypanie gruzu, które to na żywo uprawiają Obitegary i rzeczywiście zabrakło pazura w tym koncercie. To bynajmniej nie wina zespołu, panowie jak zwykle dali z siebie sto procent, ale kiepska scena w połączeniu z marną, statyczną publiką dały piknikowy rezultat, zupełnie bez błysku.

Zostaliśmy pod sceną zmuszeni oglądać Life of Agony. Abstrahując od kwestii płciowych wokalistki, koncert był po prostu nudny. Godzina koncertu bardzo mi się dłużyła i zerkałem tylko na telefon, kiedy się skończy. W tym samym czasie grali nasi z Decapitated, ale poświęciłem ich koncert żeby zająć lepsze miejsce pod main stage. Miłą odmianą był Devin Towsend, którego widziałem po raz trzeci na tej trasie i po raz trzeci świetnie się bawiłem. Kanadyjski wariat robił wszystko żeby rozbujać publikę sypiąc niezręcznymi żartami między numerami, ale jak to na zachodnim festiwalu odpowiadała mu głównie cisza i delikatne oklaski. Do wykonania kilku numerów zaproszona została na scenę Anneke van Girsbergen i wypadła świetnie! Dobrze byłoby tych dwoje zobaczyć kiedyś na jednej trasie.

Przechodzimy do dania głównego dzisiejszego wieczora, czyli do Megadeth. Koncert rozpoczął się standardowym otwierającym zestawem Hangar 18 – Wake up Dead – In My Darkest Hour, przedzielone tylko „The Threat is Real”. Rudy i Ellefson zwyczajowo dosyć statyczni, harcami po scenie nadrabiał za cały zespół Kiko Loureiro. Błyszczał zwłaszcza podczas akustycznego wstępu do „Conquer or Die!” (i tym razem, w przeciwieństwie do Wacken miał dobrze nastrojoną gitarę). W secie zaskoczeń nie było, dwa numery z Dystopii (w tym tytułowy), „Trust”, „She Wolf”, „Tornado of Souls”, w zasadzie w secie były same żelazne numery grane zawsze od wielu lat. Na zakończenie jak zwykle „Symphony”, „Peace” i „Holy Wars”. Good Bless You, goodnight i do domu. Po Rudym widac było już zmęczenie trasą, ale dla mnie to ciągle był rewelacyjny koncert. Dla osób, które nie widują Rudzielca kilka razy w roku tak jak ja taki set też nie byłby problemem.
Występy Megadeth mają w sobie dużo regularności i mało spontanu, ale to ciągle wybitni muzycy i doskonałe numery. Takie połączenie nie może się nie udać, nawet kiedy kamerzysta zasłania grającego solówkę Dave’a.

Odklejam się od barierki i drugi koncert Amon Amarth oglądam już z dalszej odległości. Po raz trzeci w tym roku ominął mnie Moonspell grający scenę dalej, ale niespecjalnie mnie to boli. Szwedzi zaś zagrali typowy dla siebie koncert, solidny i energiczny, ale jak się go widzi po raz siódmy i nie jest się fanatykiem zespołu, to już może nudzić. Warto było jednak zostać, bo zagrali mój ulubiony numer z Jomsvikinga, którym jest „A Dream that cannot be” razem z zaproszoną na scenę Doro Pesch! Potem jubileuszowy, tysięczny koncert In Extremo, którzy godnie uczcili piękną rocznicę i oddaliłem się od głównej sceny. Mając do wyboru Ensiferum i Wardrunę wybrałem pierwszy zespół i trochę żałuje, bo zagrali bez błysku. Sporo nowych numerów, które mi się nie podobają, kontakt z publiką też oszczędny, a Wardruny wcześniej nie widziałem. No trudno, będzie jeszcze okazja. Na Cryptopsy już nie zostałem, marząc tylko o materacu i śnie.

Dzień trzeci zaczynam od Cellar Darling. Anna Murphy po odejściu z Eluveitie nie marnuje czasu, założyła swój zespół, który łączy alternatywne rockowe granie z folkowymi instrumentami. Jak to wypada? Na mój gust trochę popowo, ale cholera dobrze się tego słucha! Wpada w ucho i nie chce wyjść, ale w końcu każdy ma swoje guilty pleasure, prawda? Zwłaszcza, że Anka ma świetny głos i uwielbiam jej barwę. Zmiana klimatu i poszedłem sprawdzić zachwalane przez wielu moich znajomych Fallujah. Z tym zespołem mam spory problem, bo fragmentami grali cholernie dobrze i interesująco, ale zaraz po fajnym fragmencie nadchodziła ściana dźwięku. Między tymi dwoma zajrzałem jeszcze na najmniejszą scenę żeby zobaczyć Skeleton Pit. Wiedziałem tylko tyle, że to thrash, a wiadomo THRASH TILL DEATH! Nie oczekiwałem nic specjalnego i nic specjalnego nie zobaczyłem, ale młody zespół dał radę i rozkręcił kilka razy circle pit.

Wracając z Fallujah miałem po drodze koncert Supernova Plasmajets. Ciekawa nazwa, śmieszny wygląd, ładna wokalistka, ale muzyka tak mdła i nieciekawa, że zawinąłem się niemal natychmiast. Nie chciało mi się iść ani na Sonatę Arcticę, ani na Betonod, ani na Mors Principium Est, więc poszedłem na obiad. Ceny jedzenia na festiwalu nie zachęcały, ale w strefie dla dziennikarzy były stoiska ze swojskim, domowym jedzeniem w lepszych cenach niż fast foody na zewnątrz. Najedzony złapałem Sacred Reich, którzy ponownie nie zawiedli i podtrzymali dobrą formę z Alcatraz. To co mi się podobało, to wyważone słowa ze sceny, mimo bycia mocno politycznym zespołem muzycy postawili na lekką szyderę i dwuznaczne komentarze, zamiast otwartego „Fuck Trump”, co bardzo mnie cieszy, bo takie antagonizowanie ludzi jest niepotrzebne, zwłaszcza na festiwalu.

Crowbar widziałem dwa tygodnie wczesniej na Wacken, więc odpuszczam i idę na Eluveitie po drodze jeszcze łapiąc dwa numery Humilation. Szwajcarzy w nowym składzie niespecjalnie mi się podobają. Dobór numerów też taki sobie, za dużo w tym growlu i wpierdolu, a za mało folku i nastroju. Potem kręcę się niedaleko sceny szukając dobrego miejsca podczas Hatebreed. Oczywiście pod kątem następnych zespołów, bo panów na scenie po prostu ignorowałem. Po ich występie zerwała się jednak burza i to naprawdę potężna. Służby nakazały opuszczenie okolic sceny, wysiadły telebimy. Po kilkunastu minutach na scenie pojawili się Children of Bodom i jakby nigdy nic zaczęli koncert. Chaos organizacyjny to mało powiedziane, opróżnili sektor pod sceną tylko po to, żeby zacząć koncert. Quo Vadis Breeze? Zresztą ta strefa pod sceną to w ogóle jest dobra historia. Podchodzi się od lewej strony, jednak całość odgrodzona jest barierkami. Żeby dostać się bliżej należy okrążyć całość i wejść z drugiej strony. Takie darmowe Golden Circle, które utrudnia jedynie życie i wydłuża czas dojścia do pierwszych rzędów. Po co to? Nie mam pojęcia. Tak upłynął mi koncert Childrenów, którzy grali przyjemnie, ale nic poza tym.

Co dalej? Headliner dnia drugiego, Kreator. Pozwolę sobie zacytować fragment relacji z Wacken, bo koncerty były identyczne. Wiele pomyj wylano na nową płytę Kreatora, ale tam gdzie wielu recenzentów widzi plastik i sztuczność ja widzę muzyczną dojrzałość. Nagrywanie kolejnych „Extreme Aggresion” byłoby proste i bezpieczne. Zamiast tego, w nowych numerach mamy zarówno mocne thrashowe chłostanie, jak i bardzo melodyjne, niemal heavymetalowe partie, a nawet akustyczne wstawki. I bardzo dobrze, Kreator nie szuka taniego poklasku, tylko łączy style. Natomiast to co łączy wszystkie ery, od thrashowych początków, przez eksperymenty z lat dziewięćdziesiątych to chwytliwość tych kawałków. Nie wyobrażam sobie osoby, która stojąc pod sceną nie zakrzyknie „Chaos! Hordes of Chaos!”, albo „Something after you?” (Phobia) . Kilka słów należy się też scenografii. To jeden z tych zespołów, które lubię oglądać na festiwalowej scenie, a nie w klubie. Pewnie, koncert klubowy to inny kontakt z zespołem, ale to właśnie na dużej scenie w nocy cała oprawa koncertu wygląda najlepiej. Pirotechnika, ołtarze, jedne z najlepszych świateł… To trzeba zobaczyć, choćby na youtube. Z barierki całość była jeszcze lepsza niż na Wacken i to pomimo zasłaniających muzyków kamer (serio, nie wiem kto to wymyślił).

Zostajemy pod sceną na Wintersun. Drużynę Jaariego ciężko trafić na żywo, ale w 2017 wreszcie ruszyli w pełnoprawną trasę koncertową i bardzo dobrze. Trzy numery z „Wintersun”, „Sons of Winter” z „Time I” i dwa nowe numery złożyły się na set tego wieczoru. Dodajmy, że set naprawdę dobry, bo to był jeden z lepszych występów na festiwalu. Swoją premierę na żywo miał „Eternal Darkness (Autumn)”, więc warto było zostać. Utwierdziłem się w decyzji o pójściu na koncert w Warszawie, kto nie widział niech żałuje!

Lubię Amorphis i zostałem na ich koncercie, ale oglądałem go z pozycji siedzącej daleko od sceny, trochę przysypiając, więc nie będę oceniał. Znajomi pod sceną byli bardzo zadowoleni, a że ufam towarzyszom, to uwierzcie w ich słowo, koncert dobry.

Dzień ostatni zdecydowanie najsłabszy pod względem składu, nie wspominając już nawet o mizernych headlinerach. Zacząłem od zajrzenia jak na głównej scenie spisuje się Primal Fear. Solidny występ, zagrali moje ulubione kawałki, tyle że wczesna pora i cicha publika obniżyły nieco temperaturę występu. Nie miałem ochoty na oglądanie kolejny raz Delain, więc włóczyłem się w okolicach merchu czekając na Crisix. Katalończycy pozamiatali i zagrali koncert dnia, a może nawet festu. Czysta niczym nieskrępowana energia, zabawa i radość z grania. Wokalista szybko wskoczył na falę, a pod koniec koncertu w jego ślady poszli gitarzyści. W efekcie na scenie pozostał tylko perkusista, a reszta kapeli grała ze środka circle pitu! Słuchając takich zespołów można spokojnie krzyczeć THRASH TILL DEATH!

Dużo obiecywałem sobie po koncercie Havok, ale tu się lekko rozczarowałem. Mam wrażenie, że wiele młodych thrashowych kapel zapomina, że w tej muzyce obok tempa, energii i dzikiego tłuczenia w instrumenty ważne są także solówki. Żadna Havokowa jeszcze nie zapadła mi w pamięć. Kontakt z publiką też ograniczony, chłopaki mogliby się wiele nauczyć w tej materii od Crisix. Potem konsternacja, nie można było wejść pod główną scenę z powodu przepełnienia sektora, a powodem był… Knorkator. Dziwni Niemcy skończyli koncert i ludzie odpłynęli w kierunku stoisk z jedzeniem. Wyobrażacie sobie, iść na Knorkatora i wyjść przed Overkill? Weterani thrashu jak zwykle nie zawiedli, jeśli David Sanchez z Havoka oglądał ten koncert, to pewnie widział ile przed nim i jego kolegami pracy. Blitz od razu zjednał sobie publikę i zdołał pobudzić ją do zabawy. W secie oczywiście bez niespodzianek, dwa numery z nowego „Grinding Wheel”, a reszta to standardowy dla tej trasy zestaw.

Osobny akapit należy się temu, co zrobili holendrzy z Asphyx. Ten zespół powinien zmienić nazwę, na bardziej odpowiednią. Proponuję Wpierdolsphyx, albo rozkurwyx. To co ta czwórka zrobiła na scenie, to było jedno wielkie spustoszenie. Już na soundchecku było grubo. Panowie wyszli na scenę i w ramach próby dźwięku zaczęli po prostu grać. Ale nie to, że tylko grać, oni biegali po scenie, machali włosami. Do fosy zlecieli się fotografowie, wokalista Martin śpiewał nawet kiedy jego mikrofon był wyłączony. Szaleństwo. Po kilku minutach zeszli ze sceny i po chwili jak gdyby nigdy nic wrócili zagrać koncert. Wow. Sporo numerów z nowej płyty, 5 lub 6. Bardzo dobrze, nowa płyta kopie dupy! Candiru? W tym momencie to dla mnie klasyk.

Na kilka zdań zasłużył także Tiamat, tyle że z zupełnie innych powodów. Był prawdopodobnie najbardziej osobliwy koncert, jaki widziałem. Po kolei… Uwielbiam Wildhoney, to świetna, nastrojowa płyta. Odegranie jej na żywo, to zupełnie inna kwestia. To trudny album, pełen przerywników, ambientowych wstawek… ciężko byłoby udźwignąć granie tego na żywo, natomiast Edlund nawet się tego zadania nie podjął. Na scenie pojawił się ewidentnie w stanie wskazującym na substancje psychoaktywne. Sadzić, palić zalegalizować! Głos lidera zespołu brzmiał bardzo dziwnie, nie domagał, ale prawdziwym hitem były przerwy między numerami. Próby zagadywania publiki były groteskowe „God bless you… but he doesn’t hear. Nevermind” były definicją słów „creepy” i „awkward”. Nawet robienie zdjęć publice telefonem przez założyciela Tiamat wyglądało, jakby nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego gdzie jest i do czego służy przedmiot w jego dłoniach. Po kwasie też da się! Pod koniec koncertu Edlund odłożył gitarę i zszedł ze sceny wprawiając członków kapeli w konsternację. Po minucie perkusista wstał i podążył za kulisy, skąd po paru minutach wrócił z zagubionym zupełnie Johanem, który to wesoło stwierdził, że mają jeszcze czas na jeden numer. Parafrazując klasyka: kończ waść, nie rób przypału. Tym bardziej, że obecni na Brutalu donosili, że w Jaromerze było podobnie.

Zupełnie niezainteresowany byłem tego dnia Dark Tranquility, Trollfestem, Haggardem, Kornem i Heaven Shall Burn. Jedyne co jeszcze mnie interesowało to Cantus Buranus, orkiestrowy projekt Corvus Corax. Całość wypadła bardzo przyjemnie, ale oglądając w pozycji siedzącej mocno przysypiałem. Dwa festiwale przedzielone jeszcze Megadeth i długimi podróżami w końcu się odezwały, więc koncert naszej rodzimej Mgły spędziłem w namiocie (chociaż akurat miałem miejsce, z którego wszystko było słychać).

Jakim festiwalem było Summer Breeze? Udanym, chociaż dziwnym. Drobiazgowe kontrole na wejściu, dziwna strefa pod sceną, drogie jedzenie i krzywy teren po stronie minusów. Po stronie grzechów niewybaczalnych konstrukcja sceny, która była niedorzecznie wysoka, a kamerzyści zasłaniali muzyków. Po stronie plusów luźna atmosfera, przyjaźni ludzie i mimo słabszej niedzieli – bardzo mocny line-up. Czy planuję powrót do Dinkesbuhl? Póki co nie, ale kto wie co przyniesie przyszłość…

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *