Pewien, słynny ongiś zespół z okolic Pszowa, zdobywał swego czasu polskie rynki, wyśpiewując wersy:

„To ja narcyz się nazywam,

Przepraszam i dziękuję, ja tych słów nie używam”

vaderempirecd

Gorące, żądne krwi i skandalów obyczajowych głowy, od razu uspokajam. To nie o Peterze, a skromnym autorze tych paru linijek recenzji. Po pierwsze: wypadałoby mi przeprosić, bo tym razem nie wytrzymałem. Opisując latem mini „Iron Times”, premiery nowego krążka Vader wypatrywałem już we wrześniu. Potem wydanie przesunięto na 4 listopada, a że na bakier jestem z internetem, stawiając się z wywieszonym jęzorem wyżej wymienionego dnia, odszedłem od kasy w kwitkiem. Przemiła Pani sklepowa, gdzieś między zajadaniem pączka, a popijaniem kawki z jakimś kolesiem zamawiającym książki Grocholi dla dorastającej córki, znalazła sekundę żeby parsknąć na odchodne  „wróć Pan 18–tego”. Może dla większości takie sprawy nie mają znaczenia, ale wieloletni fan ma prawo się w końcu wkurwić, szczególnie kiedy lata szkolne ma dawno za sobą, a stanie w kolejkach musi dzielić między natręctwa zawodowe, a rodzinne utrapienia dnia codziennego. Co jest do chuja? Ciężarówki z tłoczeniem wpadły im do Warty? Nakład skradł oddział partyzantki talibańskiej, a może Lucas Films wespół z Mulderem i Scully przejęli transport, żeby sprawdzić, czy to nie jest przypadkiem wyciek kolejnej odsłony Gwiezdnych Wojen? W końcu na okładce „pisze” Vader i „The Empire”, a to prawie jak produkty elektroniczne „Panasonics”, dostępne na każdym krajowym bazarze w latach 90–tych, jako substytut wytworów potentata z Japonii. Tyle miałem w głowie, ale przepraszać za to nie zamierzam. Co do tego „dziękuję”, to już zupełnie inna sprawa.  Siedząc o suchym ryju, wybrałem rozwiązanie najoczywistsze z możliwych i o pomoc zwróciłem się do samej góry w osobie Generała. Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, to w aspekcie opisywania płyt Vader, ewangeliczne „proście, a będzie wam dane” okazało się niezwykle skuteczne. Materiał dzięki uprzejmości Petera już od kilku dni prasuje mi beret i już wiem, że tak dobrej płyty olsztyńskie komando nie nagrało przynajmniej od, uwaga tutaj dowcip, „Tibi Et Igni”.

Tak jest. Mówienie o tendencjach typu potoczystości „wte lub wewte”, w przypadku „The Empire” mija się z celem. Jak dla mnie Vader nigdy nie pozwolił sobie na wypuszczenie słabej płyty, a to co, obserwujemy od czasów po wydaniu „Welcome To The Morbid Reich” (2011), to proces krzepnięcia, nie tylko „nowego” składu, ale mam wrażenie także „konstytuowania” jego udziału w powstających dźwiękach. O ile czasem mam wrażenie, że miejscami robiło się tych naleciałości za wiele, jak choćby na wspomnianym „Tibi Et Igni” (intra, outra, orkiestracje), o tyle oddycham z lekką ulgą, bo nowa płyta kończy wędrówkę szlakiem epiki, dając nam po prostu deklarowany od zawsze przez Petera thrash/death metal – z naciskiem na ten ostatni człon. Nie umniejszając klasowej zawartości dwóch poprzednich krążków, które nadal stoją wysoko w moim osobistym rankingu, miałem prawo zastanawiać się, w którą stronę można to jeszcze pociągnąć. Lustrując dzisiejszą koncepcję wizualną Vader zaś, jestem prawie pewien, że gdyby ktoś mi pokazał ich obecne zdjęcia w 95-tym, zaraz po premierze „De Profundis”, za chuja bym nie poznał, że to ten sam zespół i nie o powiększające się zakola, czy procent siwizny na głowie mi tutaj chodzi. Także, jak dla mnie dobrze się dzieje. Vader, przynajmniej kompozycyjnie, wraca do tego, co stworzyło go wielkim, czyli 100% metalu, bez upstrzeń, domieszek i fanaberii.

vader-2015

„The Empire” to podstępna płyta. Nie zwala z kulasów od razu. Niczym dobrze znany pies łańcuchowy z sąsiedztwa, najpierw warczy od progu deklarując, że zaraz odgryzie wam jaja, do faktycznego ataku zabierając się dopiero gdzieś od drugiego kawałka. O ile otwarcie krążka jest oczywistym zaznaczeniem terenu, bo trudno o bardziej firmowe zagrania jak te, które serwuje  „Angels Of Steel”, o tyle na podłogę kładzie już po całości „Tempest”. W końcu się doczekałem. Słucham, paruje mi z opuszczonej kopary, bo to, co wybrzmiewa z głośnika przywodzi na myśl zapomniane hity z „De Profundis” ze wskazaniem na „Revolt” i „Of Moon Blood Dream and Me”.  Znany wszystkim z „Iron Times” „Prayer To The God Of War”, to zdecydowany ukłon w stronę motorycznych „Xeper” i „North” via „Litany”. Co do spostrzeżeń speców od muzyki odnośnie romansowania Vader z thrash/heavy metalem, to owszem są, ale tylko momenty, do jakich można zaliczyć przede wszystkim fantazyjne, solowe popisy Marka Pająka („Send Me Back to Hell”), czy mocno judasowego „Iron Reign”.

„The Empire” w ogromnej większości to, jak na tytuł  przystało, pokaz bezkompromisowej prędkości produkowanej przez  pałki i stopy Jamesa Stewarta, który na dobre spuszczony ze smyczy, sieje spustoszenie wraz z lejącymi się kaskadami gitar, w najlepszej tradycji „płyty Docenta”, oficjalnie zatytułowanej „Litany”, hehe. „No Gravity”, „Genocidius”, „Feel My Pain”, to nieprzerwany pochód przejść, blastów, ale i tej wspaniałej vaderowej melodyki, podnoszącej ryk death metalu pod sam nieboskłon. To to, za co kiedyś pokochałem ten zespół i czego pierwiastków od zawsze poszukuję na kolejnych wydawnictwach. Vader nie są jednak następnym Krisiun i urozmaicenia od wojny totalnej serwuje równie chętnie, co salwy z karabinów maszynowych. Jak wspomniałem wyżej, tym razem nie chodzi tutaj o wyklejanie kawałków klawiszowymi impresjami, a kombinowanie tempami i melodyką. Tak jest we wzniosłym „Army-Geddon” i kroczącym, zaprawionym wyciami wioseł finale „Send Me Back To Hell”.

vader-683x1024

Która to już pełna płyta Vader? Jedenasta. Serce rośnie, kiedy słyszysz, że po tylu latach grania wciąż można zachować witalność i twórczą kondycję. Szlak bojowy dzielę z muzyką Generała od wydania „The Ultimate Incantation”, za niedługo minie więc ćwierćwiecze. Nigdy nie pomyślałbym, że ta nasza wspólna przygoda muzyczna potrwa aż tak długo. Przeżywałem i okresy znużenia pod koniec lat 90-tych, kiedy zespołu było wszędzie wręcz za pełno. Potem powątpiewałem, kiedy zabrakło Docenta w składzie, ostatecznie myśląc, że to koniec, kiedy zaraz po XXV–leciu istnienia Wiwczarek pozostał sam na polu bitwy. Jego determinacja, którą wielu przyjmuje z niesmakiem, zarzucając mu przy okazji powtarzalność i resentymenty, niczym karawana otoczona przez sfory ujadających psów, może nie przedefiniowała obrazu Vader, ale z pewnością tchnęła w ten szyld nowe pokłady energii. Najlepszym dowodem tego jest „The Empire”.

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to mało oczywiste brzmienie tej płyty. Rzeczywiście, „ente” odwiedzanie Wiesławskich w Hertz studio może zaważyć na jednorazowym osłuchiwaniu się z materiałem. Mocno kliniczna produkcja nie wkracza do domu słuchacza niczym grom, jak czynił to dajmy na to ponoć niedopracowany w tym względzie „De Profundis”. Przypomina raczej wizytę w laboratorium i to trochę przeszkadza. Dopiero zakładając słuchawki, gdzieś po trzecim podejściu odkryłem, jak potężne w praniu okazują się te dźwięki, a przesądzą o tym zapewne nadchodzące, promujące ją koncerty. Tak czy inaczej, bez względu na fakt, iż wszystko w tym roku przyćmi premiera „Hardwired” Czterech Jeźdźców (niezależnie od zawartości, hehe), nowy Vader to pozycja obowiązkowa. Przede wszystkim dla fanów zespołu, którzy z pewnością będą usatysfakcjonowani.

Megakruk

Ocena: 9/10

Data premiery: 18 listopada 2016 r. 

Wydawca: Nuclear Blast Records 

Twórcy: 

  • Peter – wokal, gitary, 
  • Spider – gitary
  • Hal – gitara basowa 
  • James Stewart – instrumenty perkusyjne

Lista utworów: 

  1. Angels Of Steel
  2. Tempest 
  3. Prayer to The God of War 
  4. Iron Reign
  5. No Gravity 
  6. Genocidius 
  7. The Army-Geddon
  8. Feel My Pain 
  9. Parabellum 
  10. Send Me Back To Hell

 

 

4 Komentarze Vader – „The Empire”: Recenzja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *