Jeszcze 2 lata temu studencki festiwal pod szyldem Ursynalia cieszył się nieposzlakowaną opinią. Rok 2013 okazał się jednak dla organizatorów tragiczny w skutkach. O ubiegłorocznych wydarzeniach z napisano i powiedziano już wystarczająco dużo, więc pozwolę sobie nie rozwijać tej myśli. W swojej relacji pragnę odnieść się natomiast do przyszłości tego wydarzenia.

Ursynalia 2014: Dowiedz się wszystkich szczegółów

Pierwszym jasnym punktem drugiego dnia festiwalu był dla mnie zespół Deyacoda, który na scenie pojawił się o godzinie 18.40. Jego twórczość najlepiej wyraził cover utworu ‘Passenger’ z repertuaru Deftones. Zagrany energetycznie przyprawiał o ciarki na plecach. Ekipa Chino to jednak dla stołecznego składu tylko inspiracja. Mają swój styl i warto poświecić im swój czas. Dziwiło mnie jedynie zachowanie wokalisty, który sprawiał wrażenie, jakby żałował, że gra na tej scenie w roku 2014, a nie 2012. Jeśli jego zachowanie sceniczne wygląda tak  zawsze, to sugerowałbym zmianę takiego podejścia.

Dużo bardziej zaplanowanymi działaniami na scenie wykazał się natomiast Filip Sapała vel Frantic Phil. Wokalista zespołu The Sixpounder raz za razem przekonywał zgromadzonych fanów o tym, jak bardzo są zajebiści. W połączeniu z żartami na temat talent show ocena frontmana znów musiała być negatywna. Cóż było w tym śmiesznego skoro zespół ma za sobą już dwa takie programy?

Na szczęście zarzuty wobec kapeli z Wrocławia kończą się na wymienionych powyżej. Na scenie zaprezentowali się bowiem jako zespół doświadczony oraz świadomy kierunku w jakim podąża. O ich ostatnim muzycznym osiągnięciu, czyli drugiej płycie zatytułowanej po prostu „The Sixpounder” przeczytać możecie w naszej recenzji. Ja natomiast podkreślę, iż finaliści Must Be The Music wykraczają poza zwyczajne odgrywanie swoich kawałków. Wszystko mają zaplanowane – circle pity, ściany śmierci, jest nawet miejsce na balladę. Umiejętności techniczne pozwalają im natomiast grać swobodnie i zarażać luzem zgromadzonych pod sceną fanów. W mojej opinii, The Sixpounder skutecznie przebija się do polskiej metalowej ekstraklasy. Jak dobrze wiemy, droga do sukcesu zagranicznego nie jest już z tego miejsca bardzo odległa. Więcej koncertów, mniej monster energy i jest szansa na sukces. Ot, taki mały, motywacyjny pstryczek w nos z mojej strony.

Wreszcie przejść możemy do wielkiego finału Ursynaliów 2014. Spodziewaliście się powrotu Mastodona na main stage po 2 latach? Prawdopodobnie nie. Wielce możliwe, że ucieszyła Was ta informacja tak samo mocno jak i mnie. A czy również uważacie, że koncert kwartetu z Atlanty okazał się rozczarowaniem? Drobnym, ale jednak rozczarowaniem…

Patrząc na bezradnego Brenta Hindsa nie wiedziałem czy mam się śmiać czy płakać. Przez pierwsze kilka utworów zupełnie nie słyszał się w odsłuchu, przez co bardziej był zainteresowany wymachiwaniem rękami do akustyka niż samym graniem. Szczęśliwie, po czasie usterkę naprawiono. Szkoda tylko, że frontowe głośniki nie odczuły tej zmiany. Niemalże niesłyszalna gitara Hindsa pozwoliła mi jednak uważniej przyjrzeć się riffowaniu Billa Kellihera. Miód dla mych uszu… aż palce lizać! Dorzuciwszy do tego grę Branna Dailora, który na bębnach wymiata niczym mój perkusyjny idol, Dave Lombardo, okazało się, że koncert nie jest jednak taki zły. Troy Sanders bawił się świetnie i był dla mnie frontmanem nr 1 tego wieczoru. Nic nie mówił skutecznie zarażając fanów „mastodonowym” klimatem.

Zespół pochwalić należy także za dobranie setlisty. Po pierwsze, pojawiły się dwa utwory z nadchodzącej płyty – ‘Chimes at Midnight’ oraz ‘High Road’. Poza tym, muzycy przypomnieli sobie co zagrali przed dwoma laty dla polskiej publiki. Dzięki temu pojawiły się urozmaicenia i usłyszeliśmy m.in. ‘Oblivion’. Ucieszyłem się także z powtórzonego z 2012 roku, fenomenalnego ‘Black Tongue’ (tym razem nie otworzył jednak koncertu). Na koniec zabrzmiał ‘The Sparrow’, zespół grzecznie podziękował za przybycie oraz pozytywne emocje, następnie zapowiedział powrót do Polski zimą… oraz nie wrócił na bis.

Jak zatem podsumować ten występ? Wykorzystajmy do tego social media. Mianowicie, po koncercie na kampusie SGGW muzycy udostępnili na swoim facebooku zdjęcie… masła orzechowego. Dzień później, po koncercie w ramach norweskiego Sonisphere, na tym samym profilu zobaczyliśmy zdjęcie kilkunastotysięcznego (a może kilkudziesięciotysięcznego) tłumu. Czy należy to jakoś komentować? Mastodon zagrał poprawnie, a może nawet bardzo poprawnie. Koncert ten jednak nie wyróżnił się niczym specjalnym. Bardzo skromna frekwencja z pewnością nie sprzyjała przejściu tego wydarzenia do historii.

We wstępie zaznaczyłem, iż postaram się odnieść do przyszłości Ursynaliów. Akcja „Baw się w 2014, myśl o 2015” zdecydowanie nie wypaliła. Przy takiej tendencji odbudowa marki festiwalu potrwa dużo dłużej niż zakładano. Za organizatorów trzymam jednak kciuki. Zafundowali nam przecież kilka niezapomnianych koncertów na przestrzeni ostatnich lat. Mam nadzieję, że za rok wybiorą headlinera, który przyciągnie więcej fanów (Mastodon to zespół światowej klasy, ale jednak w niszowej odmianie muzyki) i tym samym zrobią większy krok w rozwoju imprezy. Miło byłoby przecież usłyszeć ‚Passenger’ w wykonaniu Chino Moreno i spółki, prawda?

Ursynalia 2014: Relacja z drugiego dnia festiwalu

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *