Kiedy po raz kolejny padasz na łóżko z brzuchem skłutym igłami po zastrzykach i faszerujesz się lekami, żeby dotrwać do kolejnej wizyty u lekarza, wiesz, że albo wstaniesz, krzycząc do mikrofonu i szarpiąc struny, albo cisza czarnej, martwej wody, której powierzchnia po raz pierwszy zamknęła się nad tobą po operacji, pochłonie to, co zostało z twojego ja niezależnie od paniki przyprawiającej o zawroty głowy i duszności” – za The Black Water Panic Project stoi konkretna osoba o pseudonimie Nightmare Animal. O samym projekcie robi się coraz głośniej, szczególnie za naszą zachodnią granicą, nadrobiliśmy więc zaległości, skontaktowaliśmy się i zrobiliśmy chyba jeden z najmocniejszych i najbardziej osobistych wywiadów w historii heavyrock.pl.

The Black Water Panic Project powstał w dość dramatycznych okolicznościach, możesz je przybliżyć?

Nie przesadzajmy, przeżyłem (śmiech). Nie ma o czym mówić, wolałbym nie wracać do tego tematu, bo po co wymieniać nazwę nieistniejącego już salonu tatuażu i jeszcze mniej istniejącego dla mnie tatuatora, który spowodował infekcję przez wykonanie zabiegu rozsterylizownymi narzędziami? Po co wracać do tego, że zostałem publicznie zlinczowany za powiedzenie prawdy? Dlaczego mam myśleć znowu o tym żenującym czasie, w którym byłem poddawany wioskowemu ostracyzmowi na krajową skalę podczas ośmiomiesięcznego oczekiwania na przyjęcie na oddział hematologii i codziennych, bolesnych zastrzyków? Przeżyłem, chociażby po to, żeby pokazać im wszystkim oba środkowe palce jako frontman TheBWPP, jestem bogatszy o te dość ekstremalne, przyznać trzeba, doświadczenia, z większą pokorą podchodzę do samego życia, bo zaliczyłem wtedy piekielną jazdę na drugą stronę, która zakończyła się na stole operacyjnym. Ataki paniki mam do dziś, do dziś też biorę leki. Wiem, że mój czas w tej rzeczywistości jest limitowany, że nie jestem tu na stałe, więc dlaczego nie robić tego, co chcę robić, w sposób, w jaki mam na to ochotę? A chcę grać dobre koncerty i robić dalej tatuaże. Nic się nie zmieniło, na coś trzeba umrzeć (śmiech).

Debiutem BWPP był krążek „ Fight for Oxygen” z 2013 roku. Jak dziś patrzysz na ten album?

Rozczula mnie jego dzikość, surowość i niekłamane emocje, które udało mi się wtedy zarejestrować. Teraz TheBWPP jest bardziej przemyślane, jest wynikiem znajomości większej ilości teorii muzyki oraz technik produkcyjnych. Wtedy pierwszy raz dorwałem się do mega odjechanego DAWa, jakim jest Pro Tools i w miarę, jak poznawałem ten program, tak powstawała ta płyta… oraz kończyło się moje życie prywatne, bo zaczęła się liczyć tylko muzyka. To bardzo specjalny album, udowodniłem nim sobie, że nic mnie nie powstrzyma, bo na niczym innym oprócz grania mi nie zależy.

Płyta „Fight for Oxygen” jest gdzieś jeszcze dostępna?

Chyba tylko jako darmowy content do ściągnięcia na profilu soundcloudowym zespołu, do zrobienia czego serdecznie zapraszam, bo płyty w formie fizycznej wróciły do głównej kwatery zespołu. No i oczywiście kilka utworów ma wideoklipy, które można zobaczyć na kanale YouTube TheBWPP. Zróbcie to koniecznie, zerknijcie, znajdziecie tam całe mnóstwo odjechanych produkcji.  Te nieliczne egzemplarze CDków, które wróciły z dystrybucji w empik.com zostały przeznaczone do rozdania podczas eventów zespołu. Nie widzę powodu, żeby je sprzedawać, muzyka powinna być darmowa, wejście na koncert niekoniecznie, ale sama możliwość odsłuchu tak. Poza tym, lubię po koncercie przejść się w pełnym make upie wśród ludzi i rozdawać płyty, takie mam hobby (śmiech)

Co się działo z BWPP do roku 2015 i wydania drugiej płyty – „Alpha Pro Broken Machines”? 

Kręciłem z załogą ze niegdysiejszego Snufkin Studio (teraz Studio Rondo Film Production) całe mnóstwo video do muzyki z „Fight for Oxygen”, grałem na gitarze i klawiszach, bawiłem się sound designem, szlifowałem emisję głosu przy pianinie, pisałem nowe utwory i podróżowałem po Europie, dziarając w Anglii, Danii i Niemczech. Nic specjalnego, kolejne dni w biurze, rzec można, a TheBWPP przechodziło kolejne zmiany, przez skład przewinęło się trochę osób, zbierałem się po rozwałce w życiu prywatnym i zakończeniu jedenastoletniego związku, ciężko trenowałem, uwalniając się od nałogów. Nic ciekawego, więc jeśli liczyłeś na jakieś fascynujące opowieści, to niestety muszę Cię zawieść (śmiech). Moje życie jest ekstremalnie nudne i przewidywalne, a to co robię nie jest dla mnie samego wyjątkowe, każdy dzień jest taki sam. Wstaję, gram, dziaram/maluję, idę na trening, gram, zasypiam, jem w przerwach. Jestem typowym „no lifem” albo nerdem, jak wolisz (śmiech) i jest mi z tym dobrze. Introwertycy nie potrzebują zbyt wiele do szczęścia (śmiech).

Następca „Fight For Oxygen” różni się od debiutu, pokusisz się o odautorskie zestawienia obu tytułów?

Podczas nagrywania pierwszego albumu każda chwila była walką o tlen, stąd tytuł krążka: “Fight for Oxygen”. Po infekcji, o której wspominałem Ci w odpowiedzi na pierwsze pytanie krew zaczęła krzepnąć mi w żyłach, doszło do zatorowości płucnej, odkrztuszałem na chusteczkę po atakach kaszlu zakrzepy. Nie było miło. Kiedy po raz kolejny padasz na łóżko z brzuchem skłutym igłami po zastrzykach i faszerujesz się lekami, żeby dotrwać do kolejnej wizyty u lekarza, wiesz, że albo wstaniesz, krzycząc do mikrofonu i szarpiąc struny, albo cisza czarnej, martwej wody, której powierzchnia po raz pierwszy zamknęła się nad tobą po operacji, pochłonie to, co zostało z twojego ja niezależnie od paniki przyprawiającej o zawroty głowy i duszności. „Alpha Pro Broken Machines” jest albumem, który nagrywałem zbierając to, co zostało ze mnie po całym tym syfie z infekcją i z życiem prywatnym. Dużo tam goryczy i autoironii, dużo gniewu i agresji. Pisałem teksty, wiedząc, co robi za plecami moja ówczesna dziewczyna, ba, sam prowokowałem takie sytuacje, żeby doprowadzić się do jeszcze gorszego stanu psychicznego, który wykorzystywałem jako paliwo twórcze. Nagrywałem praktycznie cały czas nocami, pijąc i biorąc narkotyki, zatracając się w nihiliźmie, nostalgii i czarnej dekadencji, po to, żeby rano wstać, pójść pobiegać i to wypocić. W dzień bez problemu skupiałem się na pracy tatuatorskiej, albo na malowaniu. Dochodziły do tego, odbijające się pijacką czkawką, problemy z okresu dorastania i sypiania na ulicach, które również starałem się w tym wszystkim zgubić. Liczyła się tylko muzyka i tylko ona ona trzymała mnie przy życiu i zdrowych zmysłach. Zawodowiec, profesjonalista, Zepsuta Maszyna, która już nic nie czuje, ja. Dla niepoznaki nazwałem płytę w liczbie mnogiej i powiedziałem, że to o wszystkich osobach znajdujących się w takim położeniu, ale było to kłamstwo. Jakkolwiek: nagle dotarło do mnie, że w sumie całe to ćpanie i picie jest cholernie nudne, jak wszystko, co zaczyna być rutyną, więc bez żadnego problemu przestałem. Wstałem pewnego poranka, podszedłem do lustra, zobaczyłem opuchnięta od alkoholu twarz, przećpane oczy, opuchnięte ciało, które przybrało na wadze i po prostu miałem dość tego widoku, więc grzecznie zwymiotowałem się i zacząłem ostro trenować.

I nagrywasz jeszcze jeszcze singel o uroczej nazwie „I’d rather lick Public Lavatory’s Floors than Kiss You, Honey” oraz płytę „Bats: Melodies and Lullabies for Samal”, za którym kryje się kolejna dramatyczna historia, prawda?

Jak to zazwyczaj bywa (śmiech). Dzieje się coś złego, coś co zostawia ranę, patrzę, jak wypływa krew i wpycham tam jeszcze zardzewiałe dziewięciocalowe gwoździe  i piszę, a potem układam muzykę do tego, albo na odwrót (śmiech). Piszę, gram, a to potem się dzieje w rzeczywistości. Jakkolwiek, wszystko, co cię nie zabije, zostawi bliznę, cytując Marylin’a Manson’a.   Singiel miał być pożegnaniem się środkowym palcem nie tyle z dziewczyną, o której pisałem Ci wcześniej, ale z typem takich kobiet, jak naiwnie myślałem, ale po raz kolejny zadziwiłem sam siebie swoja głupotą i wpadłem z deszczu pod rynnę. O tym za chwilę. Teraz skupmy się na „I’d Rather Lick…”. Druga część utworu zaczyna się od słów „Byłem zatracony całą noc w pierdolonej, bezużytecznej poezji, nie chciałem schodzić w dół, bo tym kiedyś byliśmy…” i to chyba najlepiej opisuje mój ówczesny stan, który nie polepszał się nawet po odstawieniu używek. Depresja zabierała mnie coraz głębiej i żeby od niej uciec edytowałem swoje teksty na zmianę z wpatrywaniem się w pomalowane na czarno ściany. To pomagało, a efekty pracy nad słowami są widoczne w zbiorze poezji pt. „Dowód Osobowości/ Proof of Personality”, który był dołączony do fizycznego wydania materiału.

Czy ta historia jest dramatyczna? Nie wiem. Nie mam skali, do której mógłbym to odnieść, ot, kolejny nieudany okres czasu, wyróżniający się tym tylko, że skośnooka dziewczyna, która była powodem powstania utworów „Bats: Lullabies and Melodies for Samal” w kilka tygodni po ślubie zaczęła chlać i próbowała mnie zabić w pijanym widzie nożem. O ironio, ja byłem już wtedy czysty i nie chciałem wracać do tego bagna, jednak moja już-niedługo-ex-żona miała inny pomysł na nasz dom sugerując się pewnie tym, że jestem z zawodu tym, kim jestem. Wydaje mi się, że dramat to za duże słowo, żeby opisać czyjkolwiek los, no może poza bohaterami powieści Dostojewskiego. Nie mam monopolu na ból i cierpienie, zdaję sobie doskonale sprawę, że ktoś właśnie w tym momencie może mieć gorzej i chociaż to żadne pocieszenie, to „nic nie jest śmieszniejsze, niż nieszczęście”, jak napisał kiedyś Samuel Beckett. Nie użalam się nad sobą, szkoda mi na to czasu. Wolę grać muzykę, robić dziary i trenować.

Przejdźmy do teraźniejszości – nowy skład i nowa płyta o chlubnym tytule „CHURCH ov IRON”. Ile na temat nowego krążka możesz zdradzić dziś? Co się na nim znajdzie?

Tak, nowy skład, więcej grania na żywo, wyjście ze studia, odstawienie elektronicznych zabawek z migającymi światełkami na rzecz ludzi, nowe piosenki… Sam tytułowy Kościół Żelaza to rzeczywiste miejsce, zielonogórski klub sportowy Iron Church, gdzie trenuję pod okiem tamtejszych instruktorów, kiedy jestem w kraju. Tam, podczas niezliczonych godzin spędzonych na sali pożegnałem się definitywnie z używkami, które jakoś nie współgrają z forsownym wysiłkiem, jaki jest fundowany na każdych zajęciach. To świątynia ciała i jedyne święte miejsce, którego potrzebuję, żeby czuć się dobrze. Każda z piosenek z tego albumu była na początku krótkim jinglem do filmów reklamowych tego klubu na internet, potem rozbudowałem je i doprowadziłem do dzisiejszej formy. Na nowym albumie znajdzie się od sześciu do ośmiu utworów, nie zdecydowałem jeszcze, ile dokładnie. Wszystkie traktują o wolności wyboru, którą sobie cenię i wychodzeniu z alkoholowo-narkotycznego piekła, które sobie zafundowałem.

Czy za tym album także kryje się jakaś niezwykła historia? Kiedy planujecie premierę?

Jak już wspomniałem: tak, jest tu narracja i historia o odwyku, do którego nie było potrzebne mi nic poza silną wolą i treningami. Nie ma moralizatorstwa i oceniania, jest za to ostre granie, które motywuje do wzmożonego wysiłku fizycznego. Premiera jest planowana na jesień/zimę 2019, nie jestem pewien, bo zostało do nagrania jeszcze trochę partii gitar i wokali, a później wiadomo: miks i master całości. Nie chcę zapeszać tego jakąś datą, bo nie lubię się spinać, żeby wpasować się w termin, który i tak zależy tylko ode mnie i mojego zespołu. Jak na razie cieszę się ze wspólnego grania z tymi ludźmi i skutecznie izoluję od rosnącej ilości zainteresowanych tym osób postronnych(śmiech).

Jesteśmy świeżo po premierze pierwszego singla promującego nową płytę, tj „KVLT of IRON”. Co konkretnie składa się na to wydawnictwo?

Bo to nie jest klasycznie pojedynczy utwór. Są to tak naprawdę trzy utwory, w tym jeden w dwóch wersjach. „CHURCH ov IRON” zapowiada całość albumu, który ukaże się za jakiś czas. „Snatch Kiss” jest piosenką o wyjściu z amfetaminowego błędnego koła i syntetycznego piekła oraz podprogowym nakłanianiem do skończenia z nałogami. Struktura tego dziesięciominutowego utworu stanowi jedność z koncepcją, celem i genezą powstania. Jedną wersję zmasterował Kwazar, drugą Dudzik, obie na głośnikach wbijają w fotel, a na żywo utwór rozbija czaszkę i topi twarz. „Shaking hands with the Devil” jest mrocznym, industrialnym kawałkiem opartym na elektronice i klawiszach, zamykającym definitywnie okres „Alpha Pro…” i „I’d Rather Lick…”. Pojawia się na tym wydawnictwie, bo dopiero teraz znalazłem jego sesję i odświeżyłem po prostu aranż usuwając gitary jednego z poprzednich graczy TheBWPP, który został wyrzucony ze składu. Zastąpiłem je monotonnym, wrzynającym się w psychikę elektronicznym riffem ciągnącym się przez cały utwór. Powinno się spodobać wszystkim miłośnikom industrialu spod szyldu NIN.

Planujesz kolejne single promujące nowy krążek?

Zdecydowanie nie, za dużo pracy z tym wszystkim (śmiech). Nagle z dość już zajętego muzyka i tatuatora stałem się kimś, kto nie ma nawet czasu, żeby się wyspać i spotkać ze znajomymi, bo trzeba ogarnąć medialny aspekt tej sprawy. Wypuścimy jeszcze jedno video, pomysł na nie krąży wokół kilku głów od dłuższego czasu, ale nic więcej, będziecie musieli poczekać. Mam nadzieję, że uznacie, że było warto (śmiech). Na pewno będzie na nim dużo pirotechniki, bo lubię ogień (śmiech).

Jak wyglądają plany TheBWPP na 2019 rok?

Grać próby, dużo prób, skończyć nagrania, grać koncerty i nagrać klip, to tak w skrócie… Nie planuję nic na siłę, wiem, że i tak wszystko wyjdzie samo, czy tego chcę, czy nie i czy się to komuś podoba, czy nie (śmiech). Unikam planowania, bo cały czas pojawiają się coraz to nowe rzeczy. Jest tego po prostu za dużo, żeby coś wpisywać jako pewnik w kalendarz. Skupiamy się na tym, żeby regularnie się spotykać na próbach i na nagraniach, nic więcej nie jest tak naprawdę ważne.

Dziękujemy za rozmowę – ostatnie słowo należy do The Black Water Panic Project.

Ja również dziękuję za rozmowę, chociaż tematy, o które zahaczyliśmy tutaj są dalekie od lekkich i komfortowych dla mnie. Mam nadzieję, że nie zraziłem Was do siebie szczerością i że nie zanudziłem Was tym, co pisałem. Do zobaczenia na koncertach!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *