Nic nie jest tak mylące jak pozory. Na pierwszy rzut oka Czechy pod każdym względem ustępują naszej ojczyźnie. Polska jest 233 tysiące km² większa, mieszkańców mamy prawie 28 milionów więcej, a PKB wyższe o 289 miliardów dolarów. A jednak, są pola, na których Czesi całkowicie nas dystansują i wpędzają w ogromne kompleksy, a mowa tu oczywiście o festiwalach ciężkiego grania. Nie podważam kultowego statusu Metalmanii, ale dla młodszego pokolenia fanów jest ona tylko wspomnieniem przywoływanym w nostalgicznych opowieściach starszych metalowców (oczywiście z całego serca kibicuję, aby przyszłoroczna edycja okazała się odrodzeniem legendy). Poza nią były jeszcze MetalFesty, które mimo imponujących line-upów szybko się w Polsce skończyły, a poza nimi słowo „festiwal” kojarzy się u nas jedynie z jednodniowymi imprezami z wielkimi gwiazdami i wielkimi cenami.

Tymczasem za naszą południową granicą panuje prawdziwy festiwalowy urodzaj. Polaków na Brutal Assault wozić mogłyby autokary, a dla fanów o nieco szerszym guście przewidziane są MetalFest i Masters of Rock, na których grają zarówno kapele pokroju Nightwish i Epici, jak i thrashowe bandy takie jak Slayer czy Exodus, a wszystko podlane jest heavymetalowym sosem, na dodatek w bardzo przystępnych cenach rzędu 200zł za czterodniowy karnet (z polem namiotowym w cenie). Żeby jeszcze podeptać polską dumę – MoR ma zimową, halową edycję. W tym roku w Zlinskiej hali wystąpić miały Gamma Ray, Saxon, Overkill, Steve Harris British Lion oraz Rage, a to wszystko za 130 złotych.

Wspomniałem o cenie? To będzie pierwszy kamyczek do ogródka południowego sąsiada. Na ziemiach ojczystych Krecika istnieje bowiem jakaś krucjata przeciwko kartom kredytowym. Zakup biletu na MoR to już przygoda sama w sobie, bo organizator płatności kartą nie przyjmuje, więc jedyną alternatywą dla zagranicznego przelewu jest skorzystanie z czeskiego ticketportal i namierzenie najbliższego polskiego punktu tej sieci (np. Najbliższy punkt dla Warszawiaka to… Zgierz, a i tam proces jest dosyć skomplikowany).

To jednak jedyna przeszkoda w drodze na metalowe święto. Mając bilet w ręku zapakowałem się z ekipą do samochodu i ruszyliśmy do Zlinu. Na miejscu bardzo sprawne wejście, w kolejce czekaliśmy raptem dwie minuty. Kontrola bezpieczeństwa bardzo pobieżna i raptem 10 minut po zaparkowaniu byliśmy już na koncercie. Spóźniliśmy się i nie zobaczyliśmy Shredhead, ale akurat ten zespół supportował Overkilla, więc ciekawych ich występu zapraszam do relacji z koncertu w Warszawie.

Jako drugi na scenę (czyli dla mnie pierwszy) wyszedł zespół Monument, heavymetalowcy z Anglii. Ich muzykę porównałbym do wykwintnego obiadu złożonego z żeberek, steków, skrzydełek, burgerów i frytek, z jednym zastrzeżeniem – że mówimy o niedojedzonych resztkach z dnia poprzedniego. Zebrane razem, odsmażone i zjedzone na kac-śniadanie będą bardzo dobrze smakowały, ale nie można tego porównać do żadnego z tych dań podanych na świeżo. Taki jest Monument, łączący w sobie Helloween ery Kiske, z Ironami, Judas Priest i kilkoma innymi klasykami. Momentami zdawało mi się nawet, że słyszę konkretne zagrania (np. fragment solówki z „The Evil That Men Do”), ale w ostatecznym rozrachunku słuchało się tego naprawdę przyjemnie.

mor3

Kolejni wykonawcy byli za to prawdziwą męczarnią dla uszu. Okolice sceny opustoszały, ludzie rozbiegli się do toalet, po piwo i po jedzenie gdy tylko zorientowali się jak grają Black Peacks. Internet twierdzi, że Anglicy to rock progresywny. Szczerze powiedziawszy brzmiało to jak upośledzone dziecko Toola, takie z gorszym wokalem, bez solówek, z męczącym basem i bezbarwną perkusją, spłodzone po pijaku z jakimś core’owcem. Na żywo brzmienie miotało się od przyjaznego radiowego pop-rocka do grindcore’owej stylistyki i w obu przypadkach brzmiało to tak samo źle. Rozmawiając zarówno ze znajomymi jak i przypadkowymi osobami nie udało mi się usłyszeć ani jednego dobrego słowa o tym… czymś. Nie wracajcie!

Trudno jest opisać w kreatywny sposób dwa bardzo podobne występy trzeciego (bo relacjonowałem już koncert w Warszawie). Last In Line to tribute band Dio, a w jego skład wchodzą naprawdę ciekawi zawodnicy. Vivian Campbell na co dzień gra w Def Leppard, wcześniej przez 4 lata w Dio. Vinnie Appice był bębniarzem Dio dwukrotnie, łącznie przez 13 lat, a na koncie ma też dwie płyty z Black Sabbath (Mob Rules i Dehumanizer). Pierwszy skład zespołu uzupełnili też nieobecni już Claude Shnell (6 lat jako klawiszowiec Dio), oraz nieżyjący Jimmy Bain (12 lat w zespole Ronniego) zastąpiony przez Phila Soussana (rok na basie u Ozzy’ego). Niepozorny zespół, a kryją się w nim mocne nazwiska, prawda? Na scenie Panowie pokazali doświadczenie z lat występów u boku największych i na scenie czuli się jak ryba w wodzie, Ci goście mają obycie sceniczne godne gwiazd rocka i wyglądali, jakby grali właśnie dla wielotysięcznej publiki gdzieś w Los Angeles, a nie halowym feście w Czechach. W przeciwieństwie do występu w Warszawie byli też dużo lepiej nagłośnieni, miód dla uszu każdego miłośnika riffów z takich klasyków jak „Holy Diver”, „Rainbow In The Dark” czy „We Rock”. 8 przebojów Ronniego Jamesa uzupełniły 4 numery z ich debiutanckiej płyty. Dobrze wyważone proporcje, a kawałki autorstwa zespołu spotkały się z bardzo dobrym odzewem. Wrażenia? Oby częściej na żywo, oby częściej z własnym materiałem. Last In Line to bardzo solidny kawał rockowego grania i liczę, że uświetnią swą obecnością niejeden festiwal w przyszłości.

Czwarty (czyli piąty) o dziwo nie był Arsenal, tylko Rage, pierwsza gwiazda tego wieczoru. Przyznam się, że nigdy specjalnie nie interesował mnie ten zespół, a przecież Ci goście (a raczej ten gość, bo Peter Wagner rządzi kapelą niepodzielnie) są na scenie już od 30 lat! Niestety, mimo że poprzednicy świetnie rozgrzali publiczność, koncert od początku naznaczony był problemami z dźwiękiem, które skutecznie wyhamowały zespół i nie pozwoliły mu nabrać impetu. O ile dźwięk garów i wokalu był do przyjęcia, o tyle gitara była w zasadzie niesłyszalna, a to ogromny problem gdy w zespole jest tylko jedna. Sytuacja z czasem nieznacznie się poprawiła, ale większość występu wypełniona była niskimi dźwiękami (głównie basu). Godzinna setlista zmieściła tylko 10 numerów, więc zespół postawił na 3 wałki z tegorocznej „The Devil Strikes Again”, oraz klasyki takie jak „End of All Days” czy „Higher Than The Sky”, który zdecydowanie najbardziej porwał publiczność i wypadł chyba jeszcze lepiej niż na płycie (i to pomimo problemów z dźwiękiem!) mimo że problemy z nagłośnieniem gitary trwały do końca. Moje pierwsze spotkanie z Rage oceniłbym jednak jako udane. To prawda, set był krótki, a dźwięk całkowicie skopany, natomiast sam zespół bardzo dobrze łączy w sobie elementy heavy, power i groove, tworząc dość oryginalne i całkiem smaczne danie. Pisaniu tej relacji towarzyszy mi płyta „Soundchaser” i z wielką przyjemnością zajmę się dogłębnym poznaniem ich twórczości. A tymczasem…

mor4

… a tymczasem nadszedł czas na człowieka, który latem i wiosną grał na wielkich europejskich arenach, a teraz znalazł się w Zlinie. Mowa oczywiście o żywej legendzie, Stevie Harrisie, który korzysta z przerwy w trasie Iron Maiden i wskoczył do autokaru by grać na klubowych scenach pod szyldem British Lion. Szczerze mówiąc, miałem mocno mieszane uczucia przed tym występem. Iron Maiden to moja pierwsza muzyczna miłość. Miłość, która nie zardzewiała ani na moment i mimo upływu kilkunastu lat wciąż jest moim numerem jeden. Z kolei „British Lion” to trudny w ocenie krążek, bo zdecydowana większość sięga po niego jako fani Iron Maiden. Ja nie byłem wyjątkiem i początkowo album całkowicie mnie odrzucił. Nieznani muzycy, Steve który nagrał jedynie partie basu (a na płycie solowej można byłoby oczekiwać gry na gitarze, czy może nawet wokalu). Jak to bywa, pierwsze wrażenie okazało się mylne i z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. British Lion nie przypomina Maiden i bardzo dobrze! To coś świeżego, Harris nie odcina kuponów, a chce sprawdzić się w innej stylistyce, zaś na koncercie okazało się, że jest jeszcze lepiej. Wokal, który był główną bolączką Liona na koncercie wcale nie raził. Brzmienie basu potężne, instrument Stefana był na pierwszym planie, ale gitary zamiast ginąć na jego tle, bardzo dobrze go uzupełniały. Z kolei sam Steve… to niesamowite, jak bardzo żyje muzyką Harris. Ten gość z własnej kieszeni dopłaciłby pewnie, byle tylko być na scenie, to jego dom i życie. Jeszcze latem występował dla stu tysięcy ludzi na Wacken, a teraz tak samo bawi się dla kilku tysięcy w zlinskiej hali. Miałem obawy i wątpliwości, a okazało się, że skończyło się zdecydowanie za szybko. Up the Harris!

mor3

Czy jest coś lepszego niż koncert Overkill? Jak mawia stare, chińskie przysłowie: dwa koncerty Overkill. No dobrze, może nie stare, nie chińskie i nie przysłowie, ale to sama prawda. Gdyby nie kolidujący Annihilator, to pewnie użyłbym liczebnika „trzy”, ale nie bądźmy zachłanni… Po raz kolejny przyjdzie mi się też zmierzyć z opisywaniem po raz drugi bardzo podobnego występu, bowiem w rankingu zespołów bawiących się setem ekipa ze Stanów nie zajęłaby wysokiego miejsca. Z racji nieco krótszego czasu na grę wyleciał po prostu „Infectious”. Pod sceną zameldowało się sporo wiary w odpowiednich koszulkach i rozpoczęła się thrashowa chłosta, chociaż nie z taką mocą jak w Progresji. Przyczny? Nie stawiałbym na zbyt krótki odstęp między dwoma koncertami, bo gdy w jednym tygodniu widziałem trzykrotnie Iron Maiden, to bawiłem się wspaniale za każdym razem. Myślę, że przyczyn nieco słabszego odbioru upatrywałbym w odległości sceny od barierek (a było to dobre kilka metrów), jak i w dużo mniej żywiołowej niż w Polsce publiki. Owszem, był niewielki mosh. Owszem, wiara odkrzykiwała Blitzowi, ale to wszystko było znacznie mniej intensywne i dzikie. Czy przez to występ był słaby? Absolutnie nie! Overkill zaprezentował się fantastycznie, Derek Tailer jak zwykle szalał po całej scenie, Vernie wymiatał na tym swoim basie z piekła rodem, a Blitz uwijał się i skakał po głośnikach. Rezonu nie stracił nawet, gdy nawalił mu mikrofon. Nie przerywając śpiewania, zaczął wymieniać sprzęt z pomocą technicznego, a śpiewał do mikrofonu jednego z gitarzystów (przez co oczywiście był gorzej słyszalny). Lud naprawdę mocno ożywił się dopiero na „Fuck You!” (gdybym był złośliwy, to jako powodu upatrywałbym, że to jedne z tych niewielu angielskich słów, które Czesi rozumieją).

Przedostatni wystąpić miał Saxon i był to jedyny poza Monuments i Black Peacks występ, który oglądałem częściowo z trybun. Siła wyższa, trzeba było upewnić się, że z towarzyszką podróży wszystko w porządku. Z drugiej strony, pierwszy raz w życiu miałem okazję oglądać koncert z takiej perspektywy. Zaczęło się standardowo, od mocnych uderzeń w postaci „Battering Ram”, „Heavy Metal Thunder”, „Solid Ball of Rock” i „Never Surrender”. Znacznie lepiej niż thrashowych poprzedników przyjęła Brytyjczyków publika. Średnia wieku tego dnia była naprawdę wysoka i czułem się niemal jak dziecko na imprezie rodziców. Wielu z nich słuchało pewnie Saxon przed moim narodzeniem, to i utwory znali dużo lepiej niż w przypadku thrashu (mam zresztą wrażenie, że Czesi dużo bardziej wolą heavy i power, niż cięższe podgatunki). Mimo goniącego czasu i ograniczonego setu, Biff pozwolił fanom na wybranie jednego numeru spoza setlisty – padło na „Broken Heroes”. Po tym numerze ktoś wymachiwał w kierunku sceny kataną z ekranem Saxon, a w odpowiedzi… Biff najpierw zachęcił go do rzucenia mu katany, a potem założył ją i występował w niej do końca gigu. Spontaniczność mimo tylu lat na scenie, to się ceni! Na zakończenie Byford poprosił o wskazanie ostatniego numeru. Mniej więcej od 10 minut byłem pod sceną, więc zakrzyknąłem ile sił „Princess of the Night!”. „You wanna Princess?” – zapytał mnie Biff patrząc mi w oczy, po czym rzucił tylko „Let’s do this!”, zatem ostatni numer spędziłem zdzierając gardło i skacząc. Krótko mówiąc – pełniłem działalność edukacyjną, by pokazać krajanom Krecika jak powinno się zachowywać na koncercie.

mor2

Nadszedł moment, na który czekałem bardzo, bardzo długo. Gamma Ray był dla mnie w czasach gimnazjum bardzo ważnym zespołem, ich dyskografię wykutą miałem na blachę, a Kai Hansen uchodził w moich oczach za boga gitary. Dziś jest to miłość trochę zardzewiała, bo i moja fascynacja power metalem mocno osłabła, ale nie zmienia to faktu, że właśnie headliner stanowił motywację do przyjazdu na czeskie ziemie. Zresztą, wiele osób na koncert przyjechało w koszulkach Gammasów i stanowili oni pokaźną część publiki. Intro „Welcome” dało dowód, że w czeskich metalach jednak istnieje życie i potrafią oni wydać z siebie dźwięk. Jak zwykle uśmiechnięty Kai z załogą pojawiają się na scenie i zaczynają od „Heaven Can Wait”. Pewną niespodzianką jest obecność wokalisty Franka Becka, który wypada całkiem nieźle wspierając Hansena. Według słów Kaia, jego obecność pozwala mu lepiej bawić się na koncertach i skupić na wiosłowaniu. Jeśli założyciel Helloween ma jakieś problemy z głosem, to na Mastersach nie dał tego odczuć. Gdy rozpoczął się „Fight”, uświadomiłem sobie że tekst znam niemal na pamięć, pomimo tego że płyty „Majestic” nie słuchałem dobrych kilka lat. Bez niespodzianek, największe szaleństwo wzbudził „I Want Out” z kultowych „Keeperów”. Numer urozmaicony był długim jammem w utrzymanym w klimacie… reggae. Beck zachęcał publikę do śpiewania i momentami czułem się prawie jak w Polsce. Po „To The Metal!” dostaliśmy składaka złożonego z „Rebellion in Dreamland”, „Heavy Metal Universe”, helloweenowego „Ride the Sky” i wspaniałego Somwhere Out in Space. Szkoda, że w formie składanki. Dwa ostatnie mogły i powinny znaleźć się w setliscie w pełnym wymiarze. Ostatni koncert Gamma Ray w tym roku zakończył „Send Me a Sign”, po czym w publikę poleciało prawdziwe tornado kostek. Chłopaki postanowiły chyba opróżnić magazyn i nawet w dalszych rzędach można było znaleźć skarb (z czego niżej podpisany skorzystał).

mor1

Dzięki wszystkim na tyle wytrwałym, którzy dotarli do końca. Relacja długa, ale było co opisywać. Za naprawdę niewielkie pieniądze mogłem wziąć udział w fantastycznym festiwalu. Sprawna organizacja, sympatyczna atmosfera, znakomite zespoły i przystępne ceny – to recepta na idealną sobotę. Polecam z całego serca, bo mimo mniej żywiołowej publiki – Czechy pod względem koncertowym to wspaniałe miejsce.

1 Komentarz Uczcie się, Polacy, jak robić festiwale – relacja z Winter Masters of Rock 19.11.2016

  1. kecaj

    Na czeska publika trochę słaba to prawda ale festiwale robią świetne.
    Swoją drogą nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć że u nas mamy ten wielki nieco rockowy woodstock i kilka festiwali które umierają szybciej niż mucha w zderzeniu z szybą samochodu, a tacy mali czesi mają bruala, obscene czy nawet hip hopowy kemp i jakoś potrafią to robić u nas z reguły jest tylko chaos i kładzenie kłód po nogi organizatorom przez państwo. A przecież taki festiwal daje sporo takim miejscowością jak Kostrzyn czy Jarocin, dlaczego by tak w 40 mln państwie nie robić więcej festiwali i to nie tylko rockowych metalowych ale ogólnie.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *