Nie ma chyba takiego zespołu, na który narzekałbym bardziej niż na Turbo. A to pojawia się temat braku nowej płyty, a to setlista zbyt „kotletowa”, a to czterdzieste urodziny świętują chyba nikomu niepotrzebną płytą The Best of Turbo. Mówimy w końcu o najlepszej kapeli heavy metalowej w Polsce, która nagrała absolutnie kultowe albumy, które bez wstydu stawiam na półce obok zachodnich klasyków.
Jednak gdy dostałem cynk o repertuarze jaki ekipa Wojtka Hoffmanna przygotowała na kolejną rocznicową trasę, bez wahania podjąłem decyzję o przejechaniu ponad 300km żeby po raz kolejny posłuchać Poznaniaków na żywo.

Chwilkę po nieco ponad półgodzinnym koncercie Bloody Daisy zgasły światła, a z offa poleciało intro – Czterdzieści lat minęło Andrzeja Rosiewicza, które zastąpiło zwyczajowy fragment soundtracku z Janosika. Turbo rozpoczęło swoją prawie trzygodzinną sztukę od Fabryki keksów, która jest jednym z moich ulubionych utworów tego zespołu, jednak na otwarcie koncertu się w ogóle nie nadaje. Rozumiem chęć ustawienia setlisty pod względem chronologicznym, ale zaczynanie koncertu od dwunastominutowej ballady nigdy nie było dobrym pomysłem. Po dość lekkim i skocznym Śmiej się błaźniechłopaki przyłożyli klasycznym Ikarem – w tym momencie zaczęło się szaleństwo, które było jednak bardzo kulturalne. Obawiałem się bandy pijanych metali, którzy będą robić rozróbę, a w przerwach pomiędzy utworami cały czas krzyczeć „DOROSŁE DZIECI”, albo „KAWALERIA” – podobnych okrzyków na szczęście było jak na lekarstwo.

Po jedynym reprezentancie „tej lepszej” części debiutu, przyszedł czas na materiał z drugiego longplaya – Smaku Ciszy. Tu znowu się posypała dynamika koncertu, bo panowie stwierdzili, że zagrają utwór tytułowy i Jaki był ten dzień jeden po drugim, jednak takie zabiegi w środku koncertu specjalnie nie rażą, tym bardziej że publiczność jest bardzo aktywna na tych balladach. Z najsłynniejszej Kawalerii szatana ucieszył mnie wybór mniej ogranych numerów, takich jak Wybacz wszystkim wrogom, czy Bramy galaktyk, które usłyszałem po raz pierwszy w wersji na dwa wiosła. Tu chciałbym się zatrzymać i pochwalić Przemka Niezgódzkiego, który w składzie jest dopiero niecałe dwa lata. Przeszedł metamorfozę od nieśmiałego gitarzysty rytmicznego schowanego nieco z tyłu, aż do drugiego wioślarza prowadzącego, który doskonale uzupełnia się z Hoffmannem. Ba, śmiem twierdzić nawet, że to najlepszy „drugi” od czasów Andrzeja Łysowa.

Ostatni wojownik rozpoczął „moją” część koncertu, bo mimo że jestem ogromnym fanem trzech pierwszych płyt, to koncertowo mam je już bardzo dobrze osłuchane i nie narzekałbym, gdyby ich reprezentantów było nieco mniej na setlistach. Po jedynym „rzeźnickim” numerze tego wieczoru przyszedł czas na bardzo rzadko grywane perełki z AwataraUpiora w operze ArmięZabrzmiały odpowiednio ciężko i kontrastowo w stosunku do pozostałych utworów ze względu na niższy strój gitar. Nowsze numery idealnie współgrały ze starszymi, a publiczność wbrew moim oczekiwaniom śpiewała wszystkie teksty, nawet te z najbardziej zakurzonych kawałków jak Człowiek i Bóg. Tożsamości usłyszeliśmy jeszcze Otwarte drzwi do miastaDefinitywnie jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie momentów, mimo niewielkich wpadek związanych z fragmentami „z taśmy” opadła mi szczęka. Doskonały utwór, powinien na zawsze zostać w koncertowym repertuarze Poznaniaków.

Po lwiej części „kupczykowego” materiału, idąc zgodnie z chronologią należało się spodziewać czegoś z debiutu Tomka Struszczyka za mikrofonem w Turbo. Strażnik Światła, bo o nim mowa, to niestety dość zapomniana koncertowo płyta, a przecież tak ważna dla tego zespołu. W końcu to właśnie wydaniem jej udowodnili, że bez Grzegorza Kupczyka też mogą nagrywać porządne (a nawet lepsze) albumy. Na progu życia, poprzedzone intrem z offa, podtrzymało mnie w przekonaniu, że to właśnie Strażnik jest najlepszą płytą ekipy Hoffmanna. Sama publika przyjęła go niczym klasyk pokroju Komety Halleya, której wyjątkowo w Ciechanowie nie usłyszeliśmy. Po nim usłyszeliśmy monumentalny utwór tytułowy, który obok wspomnianych wcześniej utworów z Tożsamości był jednym z highlightów koncertu. Ostatnia płyta Turbo, czyli Piąty żywioł była reprezentowana przez Myśl i walcz, Serce na stos i…no właśnie. Może tylko płynie czas to główny powód, dla którego zdecydowałem się przejechać pół Polski. Nie tylko dla mnie jest to najważniejszy i ulubiony utwór tej kapeli. Mógłbym się rozpisywać długo na temat tego wykonania (z wydłużonym intro i outro), ale żadne słowa nie opiszą emocji jakie przeżyłem tamtej soboty w Ciechanowie.

Podstawowa część koncertu dobiegła końca, a na scenie pojawił się właściciel Zgrzytu, który zaintonował Sto lat, skierowane do Wojtka Hoffmanna, który tego dnia kończył (jak sam później stwierdził) 35 lat do setki. Zrobiło się nieco prywaty, Bogusz Rutkiewicz opowiedział anegdotę związaną z przeniesieniem klubu z poprzedniej lokalizacji. Muzycy wrócili na scenę, a Tomek zapytał co mają zagrać teraz, wspominając Boginię chaosuOstatniego wojownika. „Kosmicznej Kali” niestety nie usłyszeliśmy, za to jubilat zaczął grać Dorosłe dzieci. Za którymś razem ten utwór już nuży koncertowo, ale nic się z tym nie da zrobić – to największy hit Turbo i będzie grany niemal zawsze. Na sam koniec usłyszeliśmy This War Machinea czterdziestolatkowie opuścili scenę przy dźwiękach motywu ze Stawki większej niż życie.

Turbo nigdy nie zawodzi na żywo i udowadnia, że mimo czterdziestu lat na karku (chociaż z odmłodzonym składem) to wciąż doskonale działająca, dobrze naoliwiona maszyna. Polecam każdemu wybranie się na jakikolwiek koncert z tegorocznej trasy, bo bilety są w cenie dużej pizzy, a w zamian otrzymacie 2,5 godziny porządnego heavy metalu i podróż przez 40 lat legendy polskiej muzyki.

PS. Warto także zajrzeć na koncertowy merch. Pojawiły się bardzo ładne wzory nawiązujące do czterdziestolecia zespołu, za jedyne 45,-.

Dzięki za filmiki, Krusejder!

1 Comment Turbo: 40-lecie w Ciechanowie [01.02.2020] – relacja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *