Rok 2016 dobiega końca. Przyniósł nam wiele dobrego. Przyniósł też wiele złego. Nadal echem wybrzmiewają zgony poszczególnych muzyków, odwołane koncerty, czy muzyczne zawody. 2016 był rokiem innym niż poprzedni. Bardziej melancholijnym, bardziej tragicznym. Pełnym jednak świetnej muzyki. Genialnych płyt. Nowych trendów. Zdecydowanie większy nacisk położono na stoner i heavy metal z jednej oraz death i black z drugiej. Dużo było także genialnych płyt thrash metalowych, by raptem o Assasin, Vektor czy Flotsam and Jetsam wspomnieć.

Należałoby by jednak zadać pytanie, które stawia się zawsze, gdy coś dobiega końca: czy my się zmieniliśmy? Obserwując podsumowanie z poprzedniego roku, można dojść do wniosku, że ogromnie. Zobaczmy więc, jak wyglądał dla redakcji HeavyRock rok 2016. Zaczynamy!

Asphyx – „Incoming Death” (Wojciech Michalak)

Zadajmy sami sobie pytanie – czy jakikolwiek fan death metalu mógłby podać inną pozycję w tym roku? Brudno i ciężko, jak zawsze. Doskonały, trochę niższy wokal Martina. Świetne, wgniatające w ziemię kompozycje. Spójrzmy więc prawdzie w oczy: Asphyx zaserwował nam dokładnie to, czego się po nim spodziewaliśmy.

www.youtube.com/watch?v=AYNkQh6VDNk

Destroyer 666 – „Wildfire” (Zdan)

Bo mamy do czynienia z płytą bez wad. Bo jest to doskonałą fuzją black/thrashowej furii z heavy metalową klasyką. Bo „Tamam Shud”. Bo to rzecz rozstawiająca po kątach wszelkich pretendentów. Bo nie jest to wydmuszka, która owszem na płycie jest doskonała, ale na żywo się nie sprawdza.

www.youtube.com/watch?v=-ubLj8mLqOc&list=PLArAJlC1y55__XcpmIeGYRdCmaO12IXTo

Fallujah – „Dreamless” (GandalfCzarny)

Poprzedni album Amerykanów, „The Flesh Prevails”, z miejsca trafił do czołówki mojej listy 10 płyt wszech czasów, dlatego też mylnie założyłem, że Fallujah nie da rady udźwignąć dziedzictwa tego dzieła. Jakże się zdziwiłem, że ta płyta jest nie tylko dobra, ale wręcz rewelacyjna! To wciąż jest ten sam genialnie zagrany techniczny death metal rodem z Death i Carcass, z domieszką atmosferycznych wstawek wprost z Tides From Nebula. Największym atutem „Dreamless” jest jednak fakt, że nie próbuje być lepsza od swojej wielkiej siostry, przez co tworzy swój własny unikalny i niepowtarzalny styl. A ten jest iście kosmiczny i wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak wspaniały jest ten album i jak ogromy talent drzemie w tym młodym zespole. Tak więc, jeśli uważacie się za fanów Death oraz Tides From Nebula, to bierzcie „Dreamless” w ciemno i wyczekujcie kolejnego dzieła Fallujhy. Ja już zacieram ręce!

www.youtube.com/watch?v=_uBXmb1TVxk

Gojira – „Magma” (Milena Barysz)

Według mnie, nie dość, że najlepszy metalowy album 2016 roku, to jeszcze najlepszy w dorobku zespołu. Zrobili coś, co zrobić chcieli, a nie to, czego większość się spodziewała (czyli powtórki z wydawnictw poprzednich). Zeszli z ciężkości, zachowali fenomenalną precyzję, hipnotyzując każdym utworem w odmienny sposób. Mam wrażenie, ze stali się bardziej przystępni (dla ogółu), otworzyli sobie tym wiele drzwi. Jest to najczęściej słuchana przeze mnie pozycja wydawnicza z 2016 r. Na koncertach promujących wydawnictwo pokazali ogromny szacunek do fanów (swoim fenomenalnym występem) i ogromny szacunek do swojej pracy (tworząc i grając tak dobry i staranny materiał).

www.youtube.com/watch?v=FNdC_3LR2AI

Megadeth – „Dystopia” (Dzosef)

Po średnio przyjętym „Super Collider”, 22 stycznia dostaliśmy płytę, która idealnie trafiła w oczekiwania fanów Megadeth. „Dystopia” nie jest nowatorskim albumem, to płyta łącząca w sobie wszystko co w Megadeth znane i uwielbiane: świetne, miażdżące riffy i finezyjne, niesamowite solówki, które nie przekraczają granicy „masturbacji gryfem”. Album budzi skojarzenia z „Countdown To Extinction” i „Youthanasia”, ale brzmienie jest odpowiednio cięższe (co jest głównym brakiem drugiej z wymienionych płyt). Tytułowy to TOP 3 kawałków nagranych w XXI wieku, a reszta płyty utrzymuje równy, bardzo wysoki poziom. O Rudym powiedziano już wiele, ale jedno nie ulega wątpliwości – wystarczy, że się postara i tytuł Króla Thrashu należy tylko do niego. Wielki plus wędruje też na konto Adlera i Loureiro. Partie perkusji dawno nie były tak dobre jak na „Dystopii”, a Kiko to pierwszy wioślarz Megadeth, który rzuca wyzwanie Friedmanowi.

www.youtube.com/watch?v=QrV61ATP3Ec

Metal Church – „XI” (Vlad)

Dlaczego „XI”? Owszem, było parę lepszych płyt w tym roku. Żadna z nich nie stanowiła jednak powrotu z zaświatów. Bądźmy szczerzy, Metal Church od reaktywacji w 1998 kaleczył strasznie. Powrót Mike Howe’a był jak zastrzyk z dopingiem dla Kurdta Vanderhoofa. Nagle przypomniał sobie, jak się komponuje przebojowe numery. Co ważne, obaj weterani nie są jeszcze w szczytowej formie, wszak osiągnięcie takowej wymaga trochę czasu. Czuję w kościach, że ekipa z Seattle (sic!) uraczy nas jeszcze dziełem na miarę „Hanging In The Balance”.

www.youtube.com/watch?v=ary17dRnC3o

Metallica – „Hardwired…To Self-Destruct” (tommik)

Metallica powróciła – i nie mówię tu tylko o fakcie wydania pierwszego studyjnego LP od ponad 8 lat, ale przede wszystkim o tym, że po raz pierwszy od ćwierć stulecia ten zespół tak wyraźnie gra na własnych zasadach. „Hardwired…” to najbardziej zróżnicowana i wszechstronna płyta Metalliki, a chłopaki płynnie łączą style z różnych epok swojej kariery, jednocześnie pokazując się od nowej strony. Co najważniejsze, aż roi się tu od doskonałych numerów, takich jak „Dream No More”, „Halo On Fire” czy „Spit Out The Bone”. Dla mnie to zdecydowanie najlepszy album spośród ostatnich dokonań Big 4.

www.youtube.com/watch?v=m46Z0-HXySo

Meshuggah – „The Violent Sleep of Reason” (h-a-r-v)

Hetfield powiedział kiedyś o Meshuggah (i o Loincloth zarazem): „Jak oni kurwa zapamiętują te utwory? To niewiarygodne.” Taka właśnie jest Meszuga – niewiarygodna. Nowy album stworzyli przy tym w sposób sobie dotąd nieznany – nagrywając instrumenty na żywo w studio. Odebrało to ich ekstremalnej muzyce tę charakterystyczną, maszynową sterylność, ale za to zionęło weń ducha i dodało mięsa. Co tu dużo mówić… do zobaczenia pod barierkami! Niech karki znów zostaną sparaliżowane na długo.

www.youtube.com/watch?v=xtO3VCu5wv4

Ragehammer – „The Hammer Doctrine” (Xaligha)

Nie pamiętam, kiedy ostatnio metalowy album dał mi tyle radości. „Doktryna Młota” nie opuszcza mojego odtwarzacza od maja, za każdym razem tak samo ciesząc uszy rasowym thrash/blackowym napierdolem. Ekipa z Małopolski serwuje nam tutaj nieco ponad 40 minut grania zdradzającego wpływy takich załóg jak Sodom, Venom, czy Celtic Frost, równie agresywnego jak i… chwytliwego („Wróg”!). Całość zwieńczona wybornym coverem Krzysztofa Klenczona. Dodatkowe punkty za świetne występy na żywo. Ugh!

www.youtube.com/watch?v=_SsdPQXU9Ds

Sumerlands – „Sumerlands” (Jerry)

Wiecie, jak ciężko było w tym roku wyłonić najlepsza płytę? Borknagar, Thermit, Destroyer 666, Blazon Stone, Eternal Champion, Assassin, Child, Sellsword, Validor, Christ Agony, Crowbar, czy Vektor to tylko promil płyt, które wybijały się ponad setki innych. Moim zdaniem najlepszą było jednak „Sumerlands”. Majestat, patos, niebanalny wokal, przywołujący na myśl Manilla Road oraz Virgin Steele, skomplikowane melodie, oparte o gitary Johna Powersa oraz Arthura Rizka, a także okraszająca wszystko melancholia, którą znamy chociażby z Solstice. Płyta bez zbędnego utworu, bez krzywego dźwięku, odpowiednio długa, pozostawiająca niedosyt, w linii prostej odwołująca się do klasyki heavy/doom/epic metalu. Zdecydowany zwycięzca 2016 roku!

www.youtube.com/watch?v=wYvjaVO4ws8&list=RDwYvjaVO4ws8#t=444

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *