Frontman Slayera, Tom Araya, udzielił wywiadu dla Billboard.com, w którym dał do zrozumienia, że wciąż musi przypominać sobie, że Jeff Hanneman nie żyje, a przyszłość Slayera dopiero zostanie nakreślona, gdy tylko zespół zakończy bieżącą trasę i tym samym będzie mógł na spokojnie o wszystkim porozmawiać. Tłumaczenie wywiadu wewnątrz artykułu.

tom araya slayer

O przyszłości Slayera, którą wraz z Kerrym Kingiem niebawem nakreślą:

Jesteśmy w punkcie, w którym rzecz jasna będziemy musieli mocno się porozumieć i wymyślić, dokąd chcemy iść. Są decyzje, które nasza dwójka musi podjąć wspólnie. Trzy tygodnie po śmierci Hannemana wróciliśmy na trasę, wiele rzeczy było zaplanowanych naprzód, więc wypełniamy swoje kontraktowe zobowiązania, w pewnym sensie. Nigdy nie mieliśmy okazji naprawdę usiąść i podyskutować o tym, co czujemy, gdzie się znajdujemy i dokąd chcemy iść. Jeff był dużą częścią zespołu, niektórzy dopiero teraz zaczynają zdawać sobie z tego sprawę, ale ja zawsze to wiedziałem. Więc Kerry i ja musimy sporo przemyśleć, sporo pogadać i jeszcze nie mieliśmy ku temu okazji.

O nowej płycie Slayera:

Sprawa nowej płyty została podniesiona kilka lat temu. Uszkodziłem sobie plecy i nie mogłem brać udziału w sesjach nagraniowych, które odbyli Jeff, Kerry i Dave, którzy zaczęli składać pomysły na nowy album. Teraz jesteśmy zasadniczo w punkcie, w którym musimy pomyśleć co zamierzamy zrobić z tym materiałem. A nie dowiemy się tego, dopóki nie porozmawiamy.

O przywróceniu najstarszych utworów do setlisty w zw. z 30-leciem albumu „Show No Mercy”:

To coś, o czym King nigdy nie pomyślał, aż ja mu o tym nie wspomniałem. Ale kiedy wysłał mi SMS-a, w którym napisał „Myślę o graniu tych old-skoolowych rzeczy”, a ja odpisałem, „Tak? To wyjdzie dobrze.” I teraz to brzmi lepiej – rozumiesz, co mam na myśli? Mamy za sobą 30 lat praktyki, więc po 30 latach praktyki lepiej, żebyśmy kurwa brzmieli lepiej, prawda?

O śmierci Jeffa i hołdowaniu mu w trakcie koncertów:

Gdy zaczęliśmy zaraz po tym, było ciężko przez jakiś pierwszy tydzień trasy. Wszystko było w porządku do chwili wywieszania banneru [z logiem Heinakena z napisem Hanneman]. Początkowo ciężko było mi zachować kontrolę. Tzn. nawet jeśli nie był częścią naszych koncertów przez minione 2 lata, to była nadzieja. Zawsze była możliwość i szansa, że wróci – z mojej perspektywy nigdy nie było żadnych wątpliwości, że wróci. Więc kiedy dostaliśmy telefon [że Jeff zmarł] to było jak, „Jasna cholera! Od teraz to już na zawsze.” I nadal co jakiś czas muszę sam sobie przypominać, że on nie wróci. Tak po prostu. Muszę sobie sam przypominać, że on już nie żyje. To trudne.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *