Oddaję w wasze ręce recenzję, pisaną przez człowieka oszukanego. Przez człowieka, który pomimo ogromnych nadziei, bardzo się zawiódł. Człowieka, któremu łza spływała po twarzy na myśl o tym jak bardzo się pomylił. A mimo to jest to recenzja pisana przez człowieka, którego serce nadal bije nadzieją na lepsze dzieło. Jest to recenzja płyty, wydanej przez kapelę, która nie okazała się tym na co liczyłem. Oddaję w wasze ręce recenzję debiutanckiej płyty Titanium, zatytułowanej bliźniaczo do nazwy samej kapeli. Stworzone tu słowa, spisane zostaną z ciężkim sercem i łzą w oku.

Heavyrock Titanium

Gdy w 2010 roku poszła w Polskę informacja, że Karol Mania, gitarzysta kojarzony z poznańską formacją power metalową – Pathfinder, zamierza pobudzić nowy skład, w oczach wielu zajaśniała gwiazda nadziei. Nadchodzi metalowa horda, która zmiecie kicz, wyrosły na polskiej ziemi heavy metalowej. Dumny reprezentant kraju za granicą. Czas miał zweryfikować, że mimo godnej prezentacji, Titanium zamiast stać się indywiduum, stało się jednym z wielu. Zacznijmy wiec naszą opowieść.

www.youtube.com/watch?v=E5aDO8hamgE

Jestem wrogiem panującego trendu, dyktującego wielu wplatanie w recenzję wątków biograficznych w ilości większej niż jest to absolutnie koniecznie, dlatego pozwolę sobie przejść do sedna sprawy. W 2013 roku, w kwietniu światło dzienne ujrzał debiutancki longplay zespołu Titanium zatytułowany „Titanium”, będący następcą singla „We Come To Rock!” z 2012 roku. 2013 rok był czasem, gdy ukazały się płyty takich zespołów jak Avantasia, Pretty Maids , Stratovarius, Majesty, Attacker, Code of Silence czy King Leoric. Różny był poziom tych wydawnictw, jednak na każdym z nich warto było zawiesić ucho. I w tym tłumie ukazała się kapela Titanium. Nikomu nieznana. Dobrze się zapowiadająca. Wpisująca się we współczesny nurt power metalu. Nowoczesnego power metalu. Bardzo dobrze wykonanego, bardzo dobrze nagranego, zagranego przez zdolnych muzyków, którzy z niejednego metalowego pieca jedli. Ale czy było warto?

Pierwszym co rzuca nam się w uszy, jest otwierający utwór noszący proroczy tytuł „We Come To Rock”. Wokalista – Maciej Wróblewski od razu uderza mocnym, wysokim wokalem wyśpiewując słowa tytułu. Po mocnym krzyku wchodzą gitary, nasuwające na myśl Rage albo Judas Priest. Ale to trwa chwilę. Słowem. Chwilę. Wiecie co się dzieje później? Wchodzą klawisze. Ale nie fortepian. Nie klawesyn. Ale klawisze nasuwające na myśl paskudne skojarzenie z zespołem Amaranthe. Pamiętacie utwór Call Out my Name z debiutu Amaranthe? Jak nie to dobrze, jak tak to łączę się z wami w bólu. To jest remiza, przez którą trzeba przebrnąć, by usłyszeć resztę płyty. A jest ona długa. 14 utworów plus utwór bonusowy. Dużo power metalu naraz. I to power metalu bardzo mocno kojarzącego się z takimi zespołami jak Stratovarius, Edguy, Avantasia, późniejsze Helloween, Primal Fear (o tym zaraz opowiem troszkę więcej), Hammerfall oraz Pathfinder (trochę siłą rzeczy można by rzec, jednak mamy tu Manię na gitarze). Na bazie wspomnianych bandów oparta jest w zasadzie cała płyta. „Dogmatic Mind”, „Another Chance” czy „Sacred Dreams” brzmią jakby zostały wyrwane z dzieł Stratovarius i Edguy, wrzucone do kotła, zmieszane i połączone w jedno, spójne dzieło. „Nowhere to Run” oraz tytułowy „Titanium” ma wiele wspólnego z Helloween. Z kolei „Forever Mine” kojarzyć się może z zespołem Avantasia z czasów Scarecrown. Jednak jeden utwór nie dawał mi spać. Utwór zdecydowanie najlepszy na płycie. Najcięższy, najmocniejszy, a przy tym melodyjny i chwytliwy, co wcale nie odejmowało mu atutów. Mowa tu o „Only One”. Ogromna dawka muzyki w stylu Hammerfall i Primal Fear. Ciężki riff, otwierający, melodyjne przejście przed zwrotką, wokal stylizowany na hybrydę głosów Ralfa Scheepersa oraz Joacima Cansa, podniosły refren i pełne wirtuozerii solo. A nad tym wszystkim czuwa idealnie wpasowana sekcja rytmiczna. Niemożna było iść tą drogą? Chociażby dla tego utworu warto wysłuchać tej płyty. Podobnie sprawa się ma z „Curse of the White Flag”. Tutaj z kolei usłyszałem nieśmiałe nawiązanie do Running Wild, oczywiście wymieszanym z Stratovarius oraz, z mało jeszcze znanym ale już obiecującym Winterstorm. Utwór bardzo szybki, z fenomenalnym refrenem. Podniosłym, wpadającym w ucho, a przy tym pozbawionym kiczu, śpiewanym na wielogłosie. Gdyby tylko nie zbaczali z tego szlaku, ta płyta byłaby jedną z najlepszych w 2013 roku. A tak była tylko jedną z wielu. Niestety.

Nie będę was okłamywał. Zawiodłem się. Bardzo zawiodłem. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy o tym, że powstaje taka kapela, spodziewałem się mocnego power metalu w stylu Blind Guardian, z nawiązaniami do Iced Earth oraz Grave Digger. A otrzymałem coś, w czym na chwilę obecną muzyka power metalowa się pławi. Cukierkowy, słodki power metal, przeznaczony dla niezbyt wymagających słuchaczy, którzy po prostu lubią melodie, a jednocześnie nie chcą odchodzić od metalowej konwencji. Titanium wpadło w pułapkę, w której znalazło się Helloween w czasach „Chameleon” czy Stratovarius na „Episode”. W coś, przed czym jeszcze się broni Hammerfall, ale po wysłuchani ostatniej płyty, coś czuję że już nie długo. W styl, który Freedom Call doprowadziło do granic przesłodzonego w swej formie wykonania, które krępowało w czasie słuchania, prosząc się o przemilczenie wstydliwą ciszą. W wygładzony, oblany lukrem power metal.

Trzeba sobie powiedzieć jasno. Panowie są niezwykle zdolnymi muzykami. Maja technikę, kunszt i warsztat, który aż się prosi o przekucie w kolejne wydawnictwa. Maciej Wróblewski (wokal), następca na pozycji basisty Rafała Matuszczaka – Paweł Gębka, Jarek Bona (gitara), Filip Gruca (perkusja), oraz znany polskim fanom power metalu Karola Mania (gitara) nie są byle jakimi muzykami, przed którymi nie można stawiać żądań. Ich muzyka u jednych może budzić sympatię ( i tych jest dużo) albo niesmak. We mnie wzbudzili zawód i troskę. Chociaż te dwa utwory. „Only One” oraz „Curse of the White Flag”. Nie można było iść tą drogą?

Daję płycie 5/10. Ta płyta ma odbiorców. Bardzo wielu. Wpasowuje się światowej klasy power metal kolejnej generacji, godnie reprezentując Polskę na arenie międzynarodowej. Ale jest muzyką za słodką. Za cukierkową. Podejrzewam, że taki mógł być zamiar muzyków. Ale czy było warto? Niestety, recenzja jest wypowiedzią subiektywną. Czy się to komuś podoba czy też nie. I moja jest właśnie taka.

https://www.facebook.com/Titaniummetal

6 Komentarze Titanium – Titanium: Recenzja

  1. Alicja

    Hmm… co do recenzji się nie czepiam, bo każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Ale kurde ludzie jak bierzecie się za publiczne pisanie, nie róbcie błędów !
    Druga gitara to Jarek BONA i na basie gra Szymon SAIMON Szydłowski

    Reply
  2. Rob

    Nie rozumiem jak mozna jarać sie zespołami, brzmiącymi jak melodyjka z zegarka. Zero produkcji, wykonawczo dramatycznie i Titanium i Pathfinder – producenci i studio chyba też tożsame (ta sama piwnica, lub pokój w domu). Byłem tez na koncercie Wolfspidera, wokal dramatycznie – gość pojęcia o śpiewaniu nie ma najmniejszego, lekcji emisji to w życiu nie miał zapewne ani jednej. Jak można w ogóle mieć nadzieje ze kolejne wydawnictwa nie będą plastikowe, brzmiące jak domowa produkcja z taśmy? Jesli ktoś angażuje sie w takie projekty, produkuje takie płyty i chce potem byc uważany za poważnego „muzyka” to wszyscy po komedach, katowicach i ludzie z płytami o produkcji brzmiącej lepiej niż bzyk kuchenki mikrofalowej to przy nich prawdziwi geniusze muzyki…

    Reply

Odpowiedz na „RobAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *