Ósma rano. Otwieram oczy i sięgam po tabletkę antybiotyku. Zaraz potem wstaję, zapinam bullet belta i wsiadam do samochodu zmotywowana, ale nieco otumaniona sporą ilością wziętych wcześniej lekarstw. Chęć ponownego zobaczenia ukochanego Kreatora wygrała z chorobą. Głośniki w trakcie drogi emitowały znajome, ekscytujące dźwięki z Coma of Souls, bo na koncert trzeba się przecież odpowiednio nastroić. Na miejscu byłam na tyle wcześnie, by zdążyć spędzić kilka godzin w towarzystwie znajomych. Na wrocławskich ulicach spacerowali liczni festiwalowicze. Koncerty odbywały się na Pergoli oraz w Hali Stulecia, będącej jednym z polskich obiektów wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Teren festiwalu był zatem atrakcyjnym miejscem nie tylko muzycznie, ale i wizualnie. Dzięki 3-Majówce w centrum miasta panowała bardzo pozytywna atmosfera, nakręcająca muzycznie tłumy uczestników. Line-up festiwalu stanowił istny przegląd gatunków muzycznych. Ku radości metalowej gawiedzi, wśród Hunterów i innych Nocnych Kochanków, znalazło się miejsce między innymi dla thrashmetalowej legendy, na miano której Mille Petrozza i spółka niewątpliwie zasługują.

Pod sceną stałam już godzinę przed wejściem zespołu na scenę. Oczekiwanie nie było jednak najbardziej pasjonującym zajęciem, zatem niezwykle błyskotliwym wydał mi się pomysł zakradnięcia się na backstage. Wraz z kolegą przebiegliśmy przez szparę w barierkach przy scenie, na tyle szybko, by ochrona zdążyła jedynie rzucić krótkie hej!. Schowawszy się za drzwiami podpisanymi Kreator, czekaliśmy odrobinę zdezorientowani. Pokój był pusty, jednak nie długo, bo kilkanaście minut później w drzwiach stanął Mille z miną zdradzającą… do dzisiaj nie wiem, co dokładnie, bo zawsze wygląda groźnie, jak na gwiazdę thrash metalu przystało. Trochę przerażeni, a trochę podekscytowani poprosiliśmy o autografy, zamieniliśmy słowo z ulubionym frontmanem i wróciliśmy do publiczności.

Po bardzo udanym koncercie w Pradze wiedziałam, czego mogę się spodziewać we Wrocławiu. Setlista na całej trasie jest niemalże identyczna za każdym razem, a rozpoczyna ją Mars Mantra – intro z Phantom Antichrist. Wśród kawałków z tego krążka usłyszeliśmy później jeszcze tytułowy, From Flood into Fire oraz Civilisation Collapse. Nie zabrakło tytułowych numerów z Violent Revolution, Hordes of Chaos i Enemy of God. W setliście znalazło się również wiele numerów z Gods Of Violence (2017), promowanego na tej trasie. Rozbrzmiało epickie Hail To The Hordes oraz tytułowe Gods Of Violence. Z kolei Totalitarian Terror to jeden z szybszych kawałków tego krążka, idealnie nadający się do grania na żywo. Tak duża ilość nowości w setliście wywołała u mnie efekt wow, gdy widziałam ich na tej trasie po raz pierwszy, jednak podobne show nie zaspokoiło drugi raz mojego głodu wpierdolu, którym emanują pierwsze albumy Kreatora. Spośród tych szybkich, uwielbianych przez wszystkich numerów, Kreator zagrał między innymi kawałki takie jak People Of The Lie, Phobia oraz Total Death. Publiczność skandowała przy Flag Of Hate, patrząc jak Mille wymachuje flagą, stanowiącą już nieodłączny element koncertów thrashmetalowych gigantów.

Wiele osób wyszło z hali przed bisem, ku mojemu zdziwieniu, chociaż biorąc pod uwagę, że nie jest to festiwal metalowy, można było spodziewać się dosyć losowej publiczności. Ci, którzy odpuścili finał, popełnili duży błąd, bo na koniec ze sceny popłynęły destrukcyjne riffy trzech kawałków, w tym dwóch starej daty, przy których publiczność ochoczo pozbyła się resztek energii w moshu. Po Fallen Brother i Betrayer pozostało tylko agresywne Pleasure To Killi wszyscy uczestnicy koncertu rozeszli się do domu opłakiwać skład zaplanowany na kolejne dwa dni Majówki.

Pod względem artystycznym Niemcy zrealizowali się jak zwykle na najwyższym poziomie, fundując publiczności prawdziwą energetyczną petardę. Jednak tych, którzy z Kreatorem mieli już styczność, mógł razić uderzający brak spontaniczności. Wyuczonych tekstów Millanda, który prawił między utworami o tym, jak wyjątkowi są Polacy, w pewnym momencie przestałam już słuchać. W zachowaniu muzyków zabrakło autentyczności. Więcej luzu, Panowie! Mimo to całe wydarzenie dostarczyło mi niezapomnianych wrażeń nie tylko muzycznych, ale i towarzyskich. Z kolei sam festiwal 3-Majówka wraz z biciem gitarowego rekordu Guinnessa to prawdopodobnie najprzyjemniejsze i najbardziej pozytywne miejsce do spędzania wolnego czasu podczas długiego weekendu w Polsce. Organizacji należą się brawa za zapewnienie porządnego nagłośnienia, które jedynie na trybunach pozostawiało wiele do życzenia oraz za trafne zagospodarowanie terenu festiwalu, na którym znajdowało się wszystko, czego uczestnik festiwalu mógłby potrzebować. W tym momencie pozostaje mi tylko podziękować ochroniarzom za wyrozumiałość! Mam nadzieję, że za rok w maju również pojawię się we Wrocławiu, a tymczasem kupuję kolejny bilet na Kreatora, który piątego czerwca zagra w Szczecinie.

Nenu

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *