Czy się to komuś podoba, czy nie scenę muzyki „ekstremalnej” na chwilę obecną zdominował na świecie metalcore we wszelakich jego odmianach. Nie ma co się o to obrażać, tak po prostu jest. Pozwoliłem sobie to nazwać głosem pokolenia. Swój czas miał blues, rock and roll, punk, heavy metal, thrash metal, grunge itd. itd. itd. Nadeszła pora na „-core”. Tylko jak mi jeden z drugim powie, że „-core” jest rock and rollem naszych czasów, to go strzelę w łeb. Przysięgam. Nie oceniając jednak, czy taki stan rzeczy jest dobry, czy też zły, musimy z całą pewnością przyznać jedno: przynajmniej na tej płaszczyźnie Polska nie odstaje od reszty świata. Powiem więcej. Polacy robią to lepiej. Oczywiście, można dyskutować czy robienie metalcoru lepiej niż inni, jest dobre czy złe. To w końcu „-core”. Nie mniej, mówiłem już raz, powiem znowu: nawet tutaj są perełki! Należy do nich bydgoski Tiberius. Sprawdźmy jednak, czy ta perła nie jest trochę ujebana sadzą i węglem.

www.youtube.com/watch?v=dsXsjfcbnQQ

Parafrazując słowa klasyka „rzeczą ludzką jest wątpić”, a „-core” wzbudza moje wątpliwości od samego początku. W roku 2015, 19 grudnia światło dzienne ujrzała debiutancka, długo (poniekąd) oczekiwana płyta zespołu. Chłopaki kazali nam na nią czekać przeszło 7 lat, band bowiem powstał w roku 2008. No ale jest. Nareszcie jest! Zobaczmy więc, co te chłopy tu zmajstrowały. Na „dzień dobry” otrzymujemy przeszło 2 minutowe intro. Atmosferyczne, spokojne, lekko tajemnicze, przeplatane ostrymi momentami. Człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie: „cóż to za muzykę otrzymam?”. Pytanie słuszne, a na odpowiedź nie trzeba czekać długo. W twarz dostajemy utworem „From Nowhere”. Długi, 7 minut. Z resztą nie dziwię się. Słychać tutaj wiele pomysłów. Nie ma tu żadnego przypadkowego dźwięku. Panowie Paweł Gierszewski (gitara), Maciej Bżdawski (Bas), Piotr Marciniak (wokal), Natan Orzechowski (gitara) oraz Michał Kośmider (perkusja) mieli sporo czasu na dopracowanie wszystkiego. A pomagał im przy tym Piotr Kowalski z zespołu Alhena, dogrywając sample. Wyszło bardzo dobrze. Od samego początku słychać mocne wpływy metalcore, ale także black metalu, melodyjnego death metalu spod znaku Soilwork oraz Scar Symmetry, nie brakuje też nawiązań do starego dobrego heavy metalu, szczególnie na płaszczyźnie solówek. Dużo tappingu (szczególnie w instrumentalnym „Nocturnal”), dużo melodii, wszystko grane harmonijne, bez przypadkowych fraz. Tutaj wszystko siedzi. Jeśli coś faktycznie może przeszkadzać, to pewna naiwność melodii, zbytnia słodycz. Szczególnie mocno słychać to w utworze „Rebellion”. Tutaj też wokal Piotra idzie w bardziej black metalowe rejony. Nie pomylą się jednak Ci, którzy będą się tu dopatrywać wpływów szwedzkiego death metalu, szczególnie spod znaku Dark Tranguility czy At The Gates. Panowie swobodnie przechodzą między szybkimi tempami, growlem i ostrą jazdą na gitarach, do czystego wokalu, pełnych melodii zagrywek, wtrącając w to sample. Ten pewien antagonizm między ostrością a łagodnością (jeśli wolno użyć tego słowa w tym przypadku) widzimy bardzo mocno w utworze „Amphetamine”. Z resztą będącym moim ulubionym na płycie.

Tiberius

Płyta jest pełna niespodzianek. Największą chyba jest ostatni utwór na niej, noszący tytuł „Przeklęta łza”. Napisany w języku polskim balansuje na granicy kiczu i przyzwoitości. Poważnie. Jestem w stanie zrozumieć fenomen takich kawałków, szczególnie fascynację jaką wywołują u płci pięknej, ale tutaj panowie zwyczajnie nagrali kawał kiczu. Szkoda, bo wcześniej było dobrze. Aż tęsknota bierze, za wcześniejszym „Stagnation” na przykład. A co do „Stagnation” właśnie…. nie, nie puszczę tu pary z gęby. Musicie tego utworu posłuchać sami. Jest perłą na płycie. Więcej nie powiem. Nie mniej „Przeklętej łzy” nie mogę przeżyć. Niespodzianka, a taka zła. Panowie dlaczego? „Kuuuuurwa dlaczego?” cytując dawną gwiazdę Youtube’a. Było tak dobrze. Natomiast trzeba powiedzieć jasno, że jest to utwór z wszech miar przebojowy i utrzymany na wysokim poziomie. Tak zupełnie uczciwie, wolałbym słuchać w radiu go, niż wszystkiego co tam leci na chwilę obecną. Swoją drogą czajcie ten kontrast. Jedziecie samochodem, w radiu Monika Brodka czy inna Patrycja Markowska, a tu nagle BACH! Tiberius. Nie ma zmiłuj, ja bym MIMO WSZYSTKO nie przełączał. Co nie zmienia faktu, że kicz straszny. No kurwa Panowie. Idealnym lekarstwem na cukier tego utwory, są dwa wcześniejsze: „When the Sun Left The Day” oraz „The Captive Mind”. Przyłożenie aż miło. Mówię to jako anty-fan „-coru”!

tiberius

Mam z tą płytą problem. Z jednej stronie jest naprawdę fajna i przyjemna, dużo tu muzycznych kontrastów i wzorców, a z drugiej momentami zahacza o kiczowatość i brak szczerości. Zdaję sobie też sprawę, że jest to debiut, i każda kolejna płyta może być inna od tej. Nie mniej jest to debiut nie byle jakich muzyków. Zapobiegawczo i z dużym kredytem zaufania daję tej płycie 7/10. Będę patrzył chłopakom na palce, bo nie chcę nawet myśleć o tym, że mogłem ocenę zawyżyć.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *