Polska scena metalowa w skali światowej, jest jedną z najprężniej rozwijających się, oraz najlepiej rokujących na przyszłość. Jest rozbudowana i różnorodna. Powoli dochodzimy do momentu, gdy na pierwszy plan zaczynają wysuwać się jej liderzy, z różnych podgatunków muzyki metalowej. Nie spodziewałem się jednak tego, co zaprezentować miał na swoim debiutanckim long-playu Thermit. Tu już nie ma dziecinnych wygłupów, zbędnych dźwięków, czy wsiurskich melodii, na które świat heavy metalu choruje. Panowie zaserwowali nam wysokiej jakości, dojrzałą płytę, która mam nadzieję, stanie się odznaką Polski za granicą. Gwiazdą na kamizelce szeryfa. Zacznijmy więc naszą opowieść o dziele, które może pretendować do bycia jednym z najlepszych w 2016 roku, na skalę europejską, bo o polskiej nawet nie ma co dyskutować. To już zrobili.

Wiosną 2016 roku świat otworzy swe wrota, na dziecko będące wynikiem miłości pięciu zakochanych w sobie (muzycznie) jurnych mężczyzn: Jendrasa (gitara), Młodego (Gitara), Trzeszcza (wokal), Fabiana (bas), Przydepa (perkusja). Ich dobrze połączony materiał genetyczny, niezatrzymany przez prezerwatywę trendów muzycznych, doprowadził do wytworzenia się prawdziwie heavy metalowego bękarta, przed którym świat upadnie na kolana. Narodził się muzyczny diabeł z kraju nad Wisłą. A by było ciekawiej, jest to dziecię samo w sobie, niesamowicie różnorodne.

www.youtube.com/watch?v=nzWTvSZNHDw

Pierwszym utworem na płycie jest ekstremalnie heavy metalowy „Lady Flame”. Już pierwsze dźwięki przywodzą na myśl Judas Priest, Ritchiego Blackmoore’a, Yngwie Malmsteena czy nawet Primal Fear. Mieszanka z wszech miar udana. Potem wchodzi element thrashu, który towarzyszyć nam będzie do końca. Kreator, Heathen i Metallica, wręcz wypływają na wierzch, od samego początku. A wszystko to okraszone genialnymi melodiami, za które należałoby bić pokłony przed Jendrasem i Młodym. Dużym atutem, szczególnie dobrze wyodrębnionym w refrenie jest wokal Trzeszcza. Nie jestem w stanie do niczego go przyrównać. To tak jakby wziąć Udo, wymieszać z Petrozzą, dodać odrobinę Schuldinera, a dla beki dowalić Dickinsona z Halfordem. Ot, taka mieszanka. Tyle dobrego, a to dopiero początek.

O drugim utworze nie można chyba napisać niczego nowego, bo to temat z prawej do lewej obgadany. „Zombie Lover”. Cholerne „Zombie Lover”. Utwór po raz pierwszy ukazał się w 2013 roku na Epce „Encephalopathy”, wbijając się w polski underground grubym ch….m, z automatu stając się hitem. Mijają 3 lata, i kapela znów postanowiła pochwalić się „Loverem”. Cóż tu dużo rzec. Kawał dobrego, progresywnego thrash metalu, zmiennego, z chwytliwym riffem, licznymi przejściami, niesamowitym graniem sekcji rytmicznej Fabiana i Przydepa, i co najmniej nietuzinkowym tekstem, z którym koniecznie należałoby się zapoznać.

Trzeci utwór – „Perfect plan” to muzyczny hołd dla królów thrash metalu. Tak pod kątem gitar, jak tekstu czy solówek, rozbudowanych, dźwięcznych, ale także chwytliwych i dobrze skomponowanych, z lekkim powiewem heavy metalu, szczególnie pod koniec utworu. Panowie chronią się jak mogą przed rutyną oraz powtarzalnością. Gdy człowiek myśli, że ten kawałek będzie prostą młócka od A do Z, to Thermit szybko wyprowadzają go z błędu. I dobrze! Na pierwszy plan wychodzą tutaj wpływy Slayera oraz Kreatora, mocno słychać także Exodus. Z drugiej strony, pod koniec utworu na wierzch wypływają heavy metalowe miłości zespołu. Wszystko jest jednak spójne i płynnie połączone. Tutaj nie ma przypadkowych dźwięków. Tutaj jest prawdziwy heavy metal. Lecimy dalej, bo nadchodzi zmiana. Dobra zmiana!

Lubicie Panterę i Black Label Society? Mam nadzieję, że tak. Słyszałem, że od słuchania BLS i Pantery rosną przyrodzenia, a kobiety same rozkładają nogi przed fanami. Pewnie jak w każdej legendzie, jest tu tylko odrobina prawdy, nie mniej dla pryszczatych dzieci z gimnazjum ta muzyka, może stać się ostoją męskości. Chłopy z Thermita stwierdziły, że czemu by nie przeszczepić tego do siebie w utworze „Smoke&Soot”. I wyszło świetnie. Od samego początku atakują nas dźwięki rodem z „Cowboys from hell”, wymieszane z heavy i thrash metalem. Można? Pewnie, że można, tylko trzeba umieć. A w Thermicie, byle jacy muzycy nie graja. Swoją drogą, przejścia na basie Fabiana w tym utworze, nie powstydziłby się sam, świętej pamięci basista Lynyrd Skynyrd – Leon Wilkeson.

Heavyrock

Dalej, coś dla fanów westernów z jednej strony, i dla zadumanych nad butelką whiskey i paczką Marlboro czerwonych z drugiej. Instrumentalny „The Story About Bird&Snake”. Totalna zmiana klimatu w stosunku do wcześniejszych utworów. Akustyczne granie, spokojne, melancholijne. To jeden z tych utworów, których słuchasz jadąc na pogrzeb swoje przyjaciela, albo zastanawiając się nad sensem zaręczyn. Nie jest to utwór na każdą chwilę, i nie jest to utwór wkomponowujący się w całość płyty. Tylko co z tego? Jest genialny. Tyl jest ważne.

„Fairyland” to gratka dla konesera. Długas na 8 minut. Tu jest wszystko. Od ciężkich, doom metalowych riffów, rodem z Candlemass czy Black Sabbath, przez heavy metalowe solówki, po niemal hard rockowy feeling, prosto od Velvet Revolver. Można odnieść wrażenie, że panowie chcieli przeskoczyć, wysoko postawioną poprzeczkę, ustanowioną przez wcześniejsze utwory. Czy to zrobili, to kwestia do rozstrzygnięcia prywatnie. Jedno jest pewne: nie zawiedli. I zawieść dalej nie zamierzają.

Kolejny utwór noszący tytuł „The Last Meal Of The King”, ma zdecydowanie najbardziej rozbudowane intro na całej płycie. Agresywny, niemal rockowy riff, dużo solówek, płynne przejścia na zwrotkę, i ostra heavy/ thrash metalowa zmiana nastroju z ogromną dawką buntu oraz nienawiści w wykonaniu. Utwór idealny na koncerty, do srogiego prania się po mordach.

Przez „Louise” narobiłem w spodnie, i mam nadzieję, że każdy narobi. Z pozoru, utwór wydaje się typowym kawałkiem, taką zapchaj dziurą, żeby czas trwania płyty się zgadzał. Niby nic specjalnego, choć riffy świetne. Nie to jest jednak najważniejsze. Solo. Cholerne solo. Tak mocnego na tej płycie jeszcze nie było, a przypominam, że każde miało w sobie „to coś”. Tutaj jednak wchodzimy już na zupełnie inny poziom „solówkowania”. Paganini, Mozart i Beethoven, płakaliby ze szczęścia, słuchając tego. Ten ostatni odzyskałby słuch. Myślę, że Randy Rhoads w „Heavy Metal Heaven”, właśnie się jej uczy. Pełen wyraz uznania dla kunsztu gitarzystów.

Zostały nam dwa utwory. „Mr. Two-Face”, oraz tytułowy „Saints”. Oba skrajnie różne. Pierwszy, pełen energii, agresywny, obfity w solówki, szybką sekcję rytmiczną oraz przejściem w stylu Garrego Moore’a, nasuwającym skojarzenia związane z jego słynnymi balladami, drugi niemal power metalowy, podniosły, pełen melodii, majestatu, okraszony majestatycznym wokalem Trzeszcza. To nie koniec smaczków. W tle słychać orkiestrę, po czym, wchodzi gitara akustyczna. Stawiam dychę, że Ritchie Blackmoore czuwał nad komponowaniem tej części utworu. Po czym wraca heavy metalowa jazda, bez łaski i litości. „Saints” kończy się solówką. Oraz kończy płytę.

Wow. Jedno wielkie „Wow”. Spodziewałem się po tej płycie wiele. Można bez przesady powiedzieć, że wiele spodziewał się każdy, kto śledzi poczynania zespołu od momentu jego założenia. Nie spodziewałem się jednak, aż tyle. Płyta jest pozbawiona wad, nie ma słabych momentów. Ma szansę wyznaczyć nowe standardy polskiemu graniu, bo średnią zawyża prze-potężnie. Korzystając czasem ze skrajnie różnych obszarów muzyki metalowej, oraz rockowej panowie stworzyli album, który mam nadzieję, zapisze się jako jeden z najlepszych w 2016 roku.

10/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *