W 2013 roku Robert Fripp, gitarzysta, współzałożyciel i legendarny członek grupy King Crimson zapowiedział powrót (kolejny) tego zespołu po kilku latach fonograficznego i scenicznego niebytu. Wszyscy ludzie w jakikolwiek sposób zainteresowani sceną prog-rockową, w tym także ja, kosmicznie ucieszyli się gdy tylko usłyszeli tę wiadomość. Nowa formacja Crimson póki co nie zrobiła jeszcze nic, jednak nie jest to wielki powód do smutku dla wszystkich fanów crimsonowych brzmień – bowiem od 2012 roku prężnie działa i koncertuje The Crimson ProjeKct – grupa składająca się z sześciu muzyków, działająca przy pełnym błogosławieństwie Frippa i grająca na żywo największe przeboje Crimson z lat 1981-1995. W tym roku w marcu muzycy odwiedzili Polskę, a konkretnie dwa miasta – naszą stolicę oraz „mój” Kraków. Będąc wielkim fanem Crimson nie mogłem nie iść na to wydarzenie – więc poszedłem. A poniżej możecie przeczytać moje wrażenia z tego występu.

The Crimson ProjeKct - koncert w krakowskim Klubie Studio (relacja).

Grupa King Crimson jest wyjątkowa na tak wielu płaszczyznach, że aż trudno wymienić je wszystkie. Grający od połowy lat 60. zespół ma na koncie niektóre arcydzieła rocka progresywnego, takie jak „In The Court of the Crimson King”, „Lakrs’ Tongues in Aspic”, „Red” czy „Discipline”, zdążył wykształcić rozpoznawalny i szanowany na całym świecie „styl Crimson”, a przez te wszystkie lata przez zespół przewinęło się mnóstwo utalentowanych muzyków i wielkich nazwisk – Ian McDonald (założyciel rockowej kapeli Foreigner), Greg Lake (Emerson, Lake and Palmer), Bill Bruford (Yes), a także Tony Levin (długoletnia współpraca z Peterem Gabrielem) oraz Adrian Belew (Talking Heads oraz współpraca z Davidem Bowie). Tych dwóch ostatnich panów dołączyło do King Crimson pod koniec lat 70., a w latach 80. i 90. mieli swój udział w nagraniu takich płyt, jak wspomniane już „Discipline”, „Beat”, Three of a Perfect Pair” oraz „THRAK”. Oni też, wraz z Patem Mastelotto , który był perkusistą m.in. na „THRAK” założyli The Crimson ProjeKct i ruszyli w świat, pokazując ludziom, jak Crimsoni mogą brzmieć na scenie. Trzech muzyków, nawet tak szalenie utalentowanych jak Belew czy Levin, to jednak trochę za mało, by w ogóle zagrać niektóre kawałki z repertuaru Crimson. Dlatego też do współpracy zaproszono jeszcze trzech mniej znanych wykonawców – perkusistę (tak – drugiego w zespole) Tobiasa Ralpha, basistkę (tak – drugą w zespole) Julie Slick oraz gitarzystę Marcusa Reutera (tak – drugiego w zespole). Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować sekstet ten podzielono wewnętrznie na dwa tria – Power Trio oraz Stick Men. Tak skonstruowana grupa pojawiła się w marcu w byłej stolicy Polski.

Adrian Belew.

Koncert w Krakowie został zaplanowany na 20.03 w Klubie Studio – miejscu, które co czwartek zamienia się w miejsce ogromnego melanżu większości studentów pragnących typowego studenckiego życia. Jest on zlokalizowany dokładnie pośrodku miasteczka studenckiego AGH, między akademikami, co tylko wpływa na jego popularność. Pojawiłem się tam ok. godziny 19, będąc przekonanym, że muszę być odpowiednio wcześniej, by dopchać się możliwie jak najbliżej sceny – w końcu wszystkie dostępne bilety miały gwarantować wyłącznie miejsca stojące. Pod miejscem koncertu roiło się już od ludzi pijących piwo – byli to jednak, jak się szybko okazało, jedynie studenci korzystający z uroków życia. Po wejściu do Studia okazało się, że jednak są miejsca siedzące, a ja zająłem od razu te maksymalnie blisko sceny, siedząc ostatecznie w rzędzie nr 6. Od tej pory pozostało mi już tylko pić piwo (śmiesznie tanie – ale do tego wrócę za chwilę) i czekać na pojawienie się muzyków.

W końcu to się stało – Marcus Reuter wyszedł na scenę i nie okazując praktycznie żadnych emocji zaczął robić za pomocą swojej 8-stunowej gitary takie cuda, o które bym nie posądził nawet najbardziej znanych gitarzystów rockowych i metalowych. Jego solowe intro było zachwycające, a co więcej dawało nadzieję na niesamowity występ, który miałem obejrzeć na własne oczy. Zaraz po nim na scenie pojawili się perkusiści – i ponownie zostałem zmieciony przez ich wysokie umiejętności. Byli nieprawdopodobnie zgrani, nawalali w „gary” z idealnie kontrolowanym powerem i budowali ścianę dźwięku mającą moc zmiecenia każdego widza. Po ich bębnowym występie na scenie pojawiła się pozostała trójka – basista z basistką oraz Belew – drugi gitarzysta i głos The Crimson ProjeKct. Na otwarcie występu widownia zgromadzona w Klubie Studio dostała ‚B’Boom’ – instrumentalny kawałek pochodzący z płyty „THRAK”. W biografii King Crimson wielokrotnie mogłem przeczytać, że zespół ten był stworzony do bycia słuchanym na scenie. Crimsonowski biograf co klika stron pisał o tym, jak to Crimsoni genialnie i potężnie brzmią na scenie, a na płytach wypadają blado i biednie. Nie rozumiałem wtedy o co mu chodziło – w końcu na niektórych płytach King Crimson aż kipi od energii, czadu i mocy. Gdy usłyszałem jak cały skład gra ‚B’Boom’ w końcu załapałem – tak potężnej muzyki, pełnej dzikiej, ale doskonale ukierunkowanej energii i mocy, nie słyszałem nigdy i nigdzie – ani na żadnej płycie, ani na jakimkolwiek koncercie, niezależnie kto pojawiał się na scenie. Wspomniana już w tekście ściana dźwięku była naprawdę ogromna. Warto tutaj zaznaczyć od razu dwie rzeczy – w żadnym momencie muzyka nie zamieniała się w kakofonię, a występujący na scenie artyści byli doskonali pod względem techniki gry, zgrania oraz współpracy. Grupa King Crimson zawsze ściągała do siebie świetnych technicznie muzyków – i to w Krakowie było widać. Żadna inna grupa muzyków występująca na żywo i widziana przeze mnie nie zbliżyła się nawet do poziomu The Crimson ProjeKct. Ba! Oni zabrzmieli technicznie lepiej na żywo niż część zespołów rockowych czy metalowych na albumach studyjnych. To, co usłyszałem przy ‚B’Boom’ było perfekcyjne w każdym (no – prawie każdym, ale to akurat nie była wina artystów, o czym też jeszcze wspomnę) calu i z każdą kolejną piosenką czy utworem nabierałem przekonania, że ci ludzie na scenie są naprawdę genialni.

Choć ze wszystkich okresów King Crimson (a tych specjaliści i znawcy tematu wyróżniają co najmniej cztery) erę Adriana Belewa lubię i cenię najmniej, to słuchanie kolejnych utworów czy improwizacji na żywo było prawdziwą przyjemnością. Sekstet, dzieląc się czasami na tria oraz mieszając je między sobą, grał wszystkie wielkie hity Crimson z lat 80. i 90., takie jak ‚THRAK’, ‚Dinosaur’, ‚Three of a Perfect Pair’, ‚Frame by Fram’ czy  nawet starsze hity w postaci ‚Red’ i genialnej wersji ‚Larks’ Tongues in Aspic Part II’. Utwory przedzielane były mniej lub bardziej rozbudowanymi improwizacjami (kolejna cecha King Crimson wyróżniająca ich na scenie rockowej), podczas których muzycy dawali prawdziwy popis umiejętności (i chociaż pod względem czysto muzycznym nie wszystkie były świetne, to i tak trzymały równy, dobry poziom). Adrian Belew grał niesamowite rzeczy na gitarze, z powodzeniem używając do tego np. wiertarki, basistka Julie Slick zaskakiwała raz za razem swoją biegłością i niesamowitym poczuciem rytmu, Tony Levin każdym chwytem i trąceniem strun pokazywał kto jest światowym mistrzem grania na tak niezwykle trudnym instrumencie jak Chapman Stick (instrument ten posiada aż 10 strun – pięć basowych i pięć „zwykłych”, a na jego chociaż przyzwoite opanowanie trzeba przeznaczyć wiele lat wytężonej nauki), a perkusiści pokazywali (nareszcie!) jak powinna brzmieć prawdziwa perkusja na scenie, zawstydzając przy tym „kozaków” grających, a przynajmniej sądzących, że tak jest, prawdziwą ostrą muzykę. W pewnym momencie cała widownia, w tym ja, oszalała, gdy perkusiści zaczęli się ze sobą pojedynkować, grając co raz bardziej połamane rytmy i wyzywając partnera do dokładnego powtórzenia tego co przed chwilą pokazali. I tak też działo się aż przez 2.5 godziny, które minęły zdecydowanie za szybko. Sekstet zszedł w końcu ze sceny, choć udało nam się go przywołać na jeden dwupiosenkowy bis. Na pożegnanie dostaliśmy dwa wielkie hity z „Discipline” – genialne ‚Elephant Talk’, które swoją mocą i potęgą tylko mnie powaliło oraz energetyczne i piękne ‚Thela Hun Ginjeet’. Świetne zakończenie mistrzowskiego koncertu.

CP - koncert.

Czy jednak wszystko było aż tak genialne jak wynika z opisu powyżej? Niestety, ale nie do końca. Sprawa najważniejsza – nagłośnienie. Nie wiem jakich ludzi wszystkie zespoły rockowe dopuszczają do konsoli, ale koncert The Crimson ProjeKct jest kolejnym występem, który nie był nagłośniony dobrze. Najbardziej na braku umiejętności (głuchocie?) akustyka ucierpiał Belew, a konkretnie jego wokal. W ogóle nie było go słychać, a szkoda, bo Adrian dysponuje naprawdę niezłymi warunkami wokalnymi. Słabo nagłośniony był też bas (nie Chapman Stick, ale bas) Levina, którego również w ogóle nie było słychać. Miejscami też robił się chwilowy jazgot, jakby koleś od nagłaśniania upodobał sobie akustyczną, lecz nie do końca przyjemną, jazdę po bandzie. Z innych rzeczy muszę wspomnieć o występie Pata Mastelotto, który totalnie mnie zawiódł. Człowiek ten był „oryginalnym” Crimsonem, grał i gra z nimi od prawie 20 lat, został też uwzględniony przez Roberta Frippa w najnowszej odsłonie Crimson, a miejscami był dosłownie zmiatany umiejętnościami mniej pozornego i dużo bardziej skromnego Tobiasa Ralpha. Na koniec chciałbym jeszcze poruszyć jedną rzecz, która trochę mnie zdenerwowała podczas koncertu. Kiedyś podpiąłem się pod jakąś dyskusję o nagrywaniu koncertów telefonami, broniąc ludzi tak robiących, pisząc, że przecież to ich sprawa jak spędzają czas podczas występu. Cóż… gówno prawda. W każdej sali koncertowej powinna być zamontowana jakaś piła kosząca ręce tych wszystkich ludzi przeszkadzających innym w cieszeniu się koncertem. Akurat miałem ogromnego pecha, gdyż przede mną siedział, bardzo przepraszam za sformułowanie, totalny dupek, który skutecznie uprzykrzał mi przez połowę koncertu życie. Pomijając jednak te relatywnie małe wady koncert był naprawdę znakomity. Muzycy byli w doskonałej formie, cieszyli się tym występem, dali prawdziwego czadu, pokazali niesamowite umiejętności techniczne (głęboki ukłon należy się szczególnie tej mniej znanej trójce, która bez kompleksów, zachowując jednocześnie ogromną skromność i szacunek do starszych kolegów, zagrała GE-NIAL-NIE), a energia, która była na scenie i wylewała się z kolumn zmiatała wszystko na swojej drodze. Każdemu kto choć trochę lubi granie Crimsonów polecam wybrać się kiedyś na koncert tej grupy. Ja tymczasem czekam na przesyłkę z Japonii zawierającą koncertówkę The Crimson ProjeKct (recenzja tego krążka wkrótce pojawi się na Heavyrocku) oraz na zapowiedzi koncertowe „normalnego” King Crimson. Jednak nawet jeśli nie będzie mi dane zobaczyć King Crimson na żywo to i tak jestem szczerze usatysfakcjonowany  tym krakowskim koncertem.

CP - inne ujęcie.

PS. Co do tego piwa – w Klubie Studio piwo kosztuje 6 zł i podczas koncertu cena nie uległa zmianie. Na koncertach McCartney’a i Watersa piwo na Narodowym chodziło po 12 zł i było w dodatku gorsze – jak widać na koncertach da się sprzedawać dość tanie i przyjemne piwo.

Zdjęcia pochodzą od T. Levina oraz z mojego prywatnego archiwum.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *