Ważne!  Jeżeli kogoś interesuje moja opinia tylko i wyłącznie o płycie „Brotherhood Of The Snake”, niech nie traci cennego czasu i od razu przeleci kilka przecznic tekstu „w dół”. Tymczasem ja sobie „popiszę” o kilku sprawach „jeszcze”, co od zawsze miałem zamiar zrobić.  

testament-brotherhood-of-the-snake

Śmieszna sprawa z tym zespołem o nazwie, której nie powstydziłaby się…..no nie wiem,  niejedna kancelaria notarialna, względnie dom pogrzebowy w naszym pięknym kraju. Nie jestem diehardem Testament i nawet gdyby ktoś wybudził mnie w środku nocy ze snu, przykładając spluwę do głowy, każąc wymieniać komplet tytułów płyt z ich dyskografii, to z pewnością bym nie podołał.  Mam swoje ulubione typy w tym zestawieniu i na tym moje „bycie fanem Testament” się kończy. Nie wstydzę się tego. Powiem szczerze, z mojego rozeznania terenowego wynika, że wszyscy „znajo”, wszyscy „szanujo”, wszyscy „majo katana z naszywko”, ale jak przychodzi do cytowania tekstów, wymieniania piosenek „stamtąd do wieczności”, to już robi się ciszej. Nie ma co się obrażać (to do ultrasów). W moim patrzeniu na Testament „tak trochę pod włos”, tkwi odpowiedź na pytanie, które zalewa krwią twarze „wiernych” przy każdej kolejnej płycie ekipy Erica Petersona. Czemu nikt nie wymienia ich jednym tchem w składzie Big Four? Bo co? Chujowiej grają? Nagrywają w Hertz Studio? (hehe), koncerty robią z Akcentem, w remizach do wódki i kotleta? Oczywiście nie o to chodzi, a raczej, jak w tym dowcipie o szczurku, który pozwolę sobie przytoczyć.

315499bed1ff033fb19418eff940f7326237

„Spotyka się szczurek z chomikiem i pochylają się nad swoim losem.

Szurek pyta: Chomiczku, jak to jest? Ty masz futerko i ja mam futerko, ty masz pazurki i ja mam pazurki, ty masz ząbki i ja mam ząbki. Tymczasem wszyscy cię kochają, a mnie wszyscy nienawidzą, tępią, trują etc.

To proste, odpowiada chomiczek. Widzisz szczurku, masz zjebany Public Relations”

Testament rzecz jasna nikt nie nienawidzi, tym bardziej tępi, czy truje, co więcej to zasłużony szyld, który owiany jest szacunkiem i kultem… uwaga – wynikającym także z medialnej ignorancji. Przyczyna moim zdaniem jest prozaiczna. To podobnie jak Death Angel, jeden z tych zespołów, którym w thrash metalowym biegu na setkę utkwiła noga w bloku startowym. Kiedy wydawali swoją pierwszą, dużą płytę „The Legacy” (1987), w zasadzie pierwsze medale były już rozdane. Koledzy z Metallici mieli już na koncie miotacze „Kill’em All”, „Ride The Lightning” i świętowali apogea popularności dzięki ikonicznemu „Master Of Puppets”. Po brutalniejszej stronie mocy rządził i dzielił Slayer z „Show No Mercy”, „Hell Awaits” i „Reign In Blood”, po których światu  przy tej okazji odpadła dupa. Z przyczajki, w pijacko-narkotycznym transie atakował Dave Mustaine za sprawą uważanej do dziś za jedno z jego szczytowych dokonań „Peace Sells… But Who’s Buying?”. Wielu dyskutuje o pozycji Anthrax w zestawieniu Wielkiej Czwórki, ale na tamten czas, kiedy kształtowała się definicja „czterech największych” w biznesie, także Wąglik miał już za sobą niepodważalne klasyki: „Fistful Of Metal” i „Spreading The Disease”. Jak napisałem, nie należy tutaj kopać się z koniem, trwoniąc siły na  jakościowe porównania. To był zajebisty czas dla metalu. Wyważenie drzwi i impet – podówczas świeżego – thrashu. To, że niektórym się „afiszowo” mniej udało, że tak napiszę, to tylko kwestia tego słynnego klimatu. Jak to było? Parafrazując słowa słynnej Pani polityk od PKP „Sorry taki mieliśmy klimat” – i tyle.

chu-chu-motherfuckers

„Zjebany public relations” w przypadku Testament to jedynie odwieczne traktowanie ich jako kapeli niedocenionej, ujadającego dobermana, zmuszonego wyżerać okruchy z pańskiego stołu, podczas gdy sam winien przy tym stole, jako pełnoprawny biesiadnik siedzieć. To powoduje jakieś niezdrowe emocje. Wszyscy poklepują ich po plecach współczując. Pierdolą: powinniście być tam gdzie Metallica, Slayer i ta cała reszta. I tak z płyty na płytę. Czegokolwiek zajebistego by nie nagrali, a w swojej odświeżonej konwencji robią to niezmiennie od „The Gathering” (1999), zamiast skupiać się tylko i wyłącznie na muzyce, pojawia się ta sama grupa wsparcia. Wątpię czy o to muzykom Testament chodzi? To dumny, świadomy swej wartości i obiektywnie zajebistych dokonań zespół. Ja sam, opisując zaraz „The Brotherhood Of Snake” żadnego darmowego „chuchania” w policzek nie zamierzam im serwować, bo jestem pewien, że tego by nie chcieli.

Jak wspomniałem już kilka razy, 2016 rok i jego okolice to najgorszy czas na wydawanie płyty w metalu, szczególnie pod względem ekonomicznym i wspomnianym „pijarowskim”. Szczególnie, kiedy medialnie znów staje się w szranki z kolegami po fachu ze starych lat. Trwa stan wojenny, bo Metallica promuje swój krążek. Niezależnie od serwowanej zawartości merytorycznej, wszyscy inni  wydający chwilę „przed”, lub chwilę „po”, mają przejebane.  „The Four Horsemen” są i będą wszędzie. Sam ostatnio biorąc prysznic i spuszczając wodę w kiblu złapałem się na poszukiwaniu w szumie dochodzącym z rur odgłosów „Hardwired… To Self-Destruct”. Zostawmy to jednak, olewając wszystkie okolicznościowe determinanty sukcesów lub porażek wydawniczych, które miłośnicy „po prostu dobrej muzyki” i tak będą mieć głęboko w dupie. To oni zaś są „targetem” najnowszej płyty Testament.

Co tu dużo mówić, „Brotherhood Of The Snake” muzycznie rozpierdala. Nie da się chyba inaczej wyrazić zachwytu, jaki trwa od pierwszych sekund jego trwania. Jak dla mnie to płyta dla typowego melomana, wyłapującego smaczki, zagrywki, rozwiązania, zwroty muzycznej akcji. Nie mogło być inaczej. Rzut oka na skład… i wszystko jasne. Peterson zawsze dbał o to, kto mu mieli to testamentowe mięsiwo. Wraca wirtuoz pięciostrunowego, szarpanego basu Steve DiGiorgio (m. in. Sadus, Death), no i znów jest Gene Hoglan (Dark Angel, Death, setki innych zespołów). Oczywiście to nazwiska, które już przewijały się w życiorysie Testament od czasu „Demonic” (Hoglan), przez „The Gathering” (DiGiorgio), z przerwą na „Formation Of Damnation”. Spece wiedzą, że taki „wyjebany” skład to z jednej strony błogosławieństwo, z drugiej przekleństwo. Każdy z wymienionych to muzyczne indywiduum, wirtuozerski egoista, magik instrumentu, który potrafi zagrać wszystko, zawsze i na wszystkim. Podejrzewam, że to wielka sztuka utrzymać taki cyrk w ryzach, jednocześnie zapewniając wszystkim składowym równoprawny udział w tworzonym graniu. To chyba największa zaleta tej płyty. Mimo, że wymiatania gitarowo-basowo-perkusyjnego jest tutaj zatrzęsienie, wszystko przy okazji jest spójne i perfekcyjnie odmierzone. Od mocarnego pod względem melodyki, klasycznie testamentowego „Brotherhood Of The Snake”, aż po ostatnie tony „The Number Game”, doskonale słyszę perfekcyjnie rozdzielone role wszystkich instrumentów. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Peterson i solówki Alexa Skolnicka, ale to co dzieje się w należycie uwypuklonym tle… poraża. Słychać potęgę szarpanego basu DiGiorgio, a na dobre okrzepłemu w składzie Hoglanowi udało się tym razem  przemycić do kompozycji więcej firmowej rozwałki, od blastbeatów, po „Deathowe”, ścinające łeb przejścia po talerzach.

Wszystko to samo w sobie oczywiście nie byłoby wiele warte, bez stosownego zaprzęgnięcia do kompozycyjnej orki. Tutaj pojawia się Peterson i jego riffy, a w zasadzie potęga jego riffów, stanowiących trzon każdego kawałka. Nie brak inspiracji. Toczący chwytliwym, niepokojącym zagraniem „The Pale King” przywodzi na myśl ostatnie dokonania Kreator, ale cóż z tego, skoro w dwie minuty zwala z kopyt impetem i wyrywającym z butów refrenem. Zaraz po nim okute buciory „wokalowych” wycieczek (od czystego zaśpiewu, po deathowe krzyki) wywala na stół, niszczący także solowymi popisami Skolnicka – „Stronghold”. Rolę płytowego hymnu odgrywa z kolei chyba najdłuższy tutaj „Seven Seal”. Co się tutaj nie dzieje? Od rasowego thrashowania, przez przeplatanki gitarowych potyczek, po znakomite podniosłe zaśpiewy Chucka Billy’ego. Rewelacja.  To, co cieszy najbardziej, to obecność kawałków, które w ogromnej części mogą się stać punktem kulminacyjnym sztuk live. Stadionowych „zabawiaczy”, do których bezwzględnie zaliczyć należy, opatrzony monumentalnymi interem i outrem  „Born In A Rut”, tnący slayerowym riffskiem „Centuries Of Suffering” i chyba mój ulubiony na płycie, finałowy killer „The Number Game”. Tutaj, tak na do widzenia, już na całego wszyscy gracze „Wężowego Bractwa” zostają spuszczeni ze smyczy i każdy wywala na parkiet, co mu Bozia dała. Genialne marszowe wejście gitarowo-perkusyjne, które milion lat temu wymyślił Diamond Head na „Am I Evil?”, tyle że podkręcone ze sto razy, a potem już szatkowanie całym arsenałem zagrywek, podwójnych stóp, darcia japy i basowych tąpnięć. Potęga, miazga i martwica mózgu w jednym.

testament2014-sdg01-sm

Nie wiem, jak Testament to zrobili i może niech lepiej pozostanie to ich słodką tajemnicą, ale rzeczywiście, bez zbytniego napinania, udało im się nagrać rzecz aspirującą do miana płyty roku. Jestem w stanie to stwierdzić, choć przesadnym fanem nie jestem. Jakbym nie powątpiewał na chama, za każdym przesłuchaniem odnotowuję u siebie pożądane reakcje w typie: banan na twarzy, machanie dawno obskubaną z piór banią, mówienie do żony: „weź „pacz”, jakie to zajebiste”, a przede wszystkim chęć dalszej eksploracji „Brotherhood Of The Snake”, celem wynajdywania kolejnych szczegółów i szczególików, które za każdym kolejnym przesłuchaniem wychodzą niczym grzyby po deszczu gdzieś w Rycerce Górnej.

Mimo destrukcyjno–hitowej mocy, to płyta do wielokrotnego użytku i odkrywania. Gdzieś od miesiąca nowy Testament walczy o swoje życie na rynku. Już w dniu premiery sypnęło entuzjastycznymi recenzjami, ale nie wierzcie im zbytnio, i tutaj sorry koledzy z wielkich portali i czasopism. Ta płyta to coś więcej niż tylko majstersztyk metalowego napierdalania. To, jak gdzieś kilka pięter wyżej wspomniałem, także rzecz dla miłośników muzyki w ogóle. Ludzików szukających nie tylko wrażeń, ale i lubiących odkrywanie nienarzucających się na pierwszy rzut ucha elementów. Pozostaje mi więc nie tylko zaprosić do oczywistego moshpitu, ale i raczenia się „Bractwem” ze słuchawkami na uszach.

Megakruk

Ocena: 10/10

Data premiery: 28 października 2016 r.

Wydawca: Nuclear Blast

Twórcy:

  • Chuck Billy – wokale
  • Eric Peterson – gitara
  • Alex Skolnick – gitara
  • Steve DiGiorgio – bas
  • Gene Hoglan – perkusja

Lista Utworów:

  1. Brotherhood Of The Snake
  2. The Pale King
  3. Stronghold
  4. Seven Seals
  5. Born In A Rut
  6. Centuries Of Suffering
  7. Black Jack
  8. Neptune’s Spear
  9. Canna-Business
  10. The Number Game

 

 

 

7 Komentarzy Testament -„Brotherhood Of The Snake”: Recenzja

    1. Megakruk

      Thrash Lover…..z rockmetal.pl? Witaj Bracie. Cieszę się, że spodobała się recenzja! To zaiste wspaniała płyta. Zapraszam Cię przy okazji do wpadania i czytania. Pozdrawiam.

      1. Thrash Lover

        Tak, to ja. Milo, ze mnie pamietasz :) Przywedrowalem az tutaj, bo zaczelo mnie denerwowac, ze na Rockmetalu jest tak zalosnie malo nowych recenzji :(
        Nie mialem pojecia, ze tutaj sa Twoje recki :)

        Wciaz podziwiam trafnosc Twojego wstepu do recenzji Testamentu, gdzie piszesz, ze chlopaki sa jakos zawsze pomijani. Zobacz jak to jest trafne. W Antyradiu wlasnie wybieraja plyte roku, w tekscie artykulu pisza o plycie Testament, ale w samym glosowaniu… zapomnieli jej dodac! Sam zobacz:
        http://www.antyradio.pl/Muzyka/Rock-News/Wybierz-plyte-roku-2016-wedlug-Czytelnikow-serwisu-Antyradio-pl-11979

  1. bimbasik

    Przeca to beznadziejna płyta – „jebanie” na siłę, bez polotu i zamysłu – poprzednia, owszem była świetna – tu – napisane na kolanie – zaś ostatnia Metallica – GENIALNA – nie wiem czemu ktoś z redakcji się czepia – nie znajduję słabych utworów – na równi z Black albumem

    1. Jaroszy

      Prostacki trolling albo zjebane ucho od napierdalania wiertarką udarową, wypadku ze skalpelem albo noszenia bananowej słuchawki bezprzewodowej w pracy, do której napierdalają pojebańce z rejestrem częstotliwości Senyszyn. W obu wypadkach benzadziejny to jesteś ty. Zalecam wizytę u laryngologa, lub jak mówi klasyk, „Kill yourself! Kill yourself! Why don’t you kill youreslf!?”

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *