Z Tedem rozmawia się naprawdę dobrze. Gitarzysta Death Angel od razu skraca dystans i traktuje Cię jak starego kumpla. Takie rozmowy zawsze są przyjemnością, mam nadzieję, że będziecie bawili się równie dobrze co ja. 

HR: Ted, niedawno graliście pierwszy od dawna koncert w Polsce. Jakie są twoje wrażenia z gry w naszym kraju?

Ted Aguilar: O tak, pierwszy od… 2012 roku jeśli dobrze pamiętam.

Tak, to był Metalfest w Jaworznie.

Ha! Wiedziałem, że dobrze pamiętam! Kłóciliśmy się o to z chłopakami przed koncertem. „To był 2013”, „nie, to był 2012”. Miałem rację!

Brakowało Ci grania w Polsce?

Jasne stary, fani w Polsce to wariaci. Świetnie było tu wrócić, w zasadzie dziwię się, że zajęło nam to tak długo. Zawsze kiedy wracaliśmy do Europy omijaliśmy Polskę i nie byliśmy z tego powodu zadowoleni. Fajnie, że udało się wrócić, zwłaszcza w tak mocnym line-upie.

Oba wasze koncerty były wyprzedane.

Serio? Wow, no sam widzisz, że Polacy to świetni fani.

Powiedz mi trochę o „The Evil Divide”. Trochę czasu minęło od jej premiery, ale myślę, że warto o niej pogadać. Jak oceniasz ją z perspektywy czasu?

Jesteśmy z niej wszyscy cholernie dumni. Wiesz, to dobra płyta. Świetna. Lubię ją, bo jest nieco odmienna od tego co nagrywaliśmy wcześniej. Jest tu trochę elementów klasycznego heavy metalu, coś co zawsze chcieliśmy zrobić. I oczywiście dużo thrashu. Muzyka jest świetna a teksty… no czyste „Evil Divide”.

Tak, teksty na tej płycie są bardzo ciężkie i gorzkie. Na przykład w Lost. 

Dokładnie, można się z nimi dzięki temu z nimi utożsamić i to jest świetne. Na świecie jest teraz wiele podziałów, religia, polityka, technologia, pieniądze… Wszystko nas dzieli, więc mamy nadzieję, że chociaż w muzyce możemy się zjednoczyć i być razem.

To pewna nowość, na poprzednich płytach nie byliście tak „politycznym zespołem”.

Wiesz, nie wydaje mi się, żebyśmy poszli tym albumem w politykę. Piszemy na temat tego co czujemy, co obserwujemy, o tym co nas otacza. O tym jak patrzymy na wydarzenie na świecie. Myślę, że nie jednak nie jesteśmy politycznym zespołem. Zdajemy sobie sprawę z takich skojarzeń, ale my po prostu mamy rękę na pulsie i widzimy co się dzieje. W ten sposób po prostu wyrażamy siebie. Na przykład „Lost”. Każdy w swoim życiu był w jakimś momencie zagubiony. Ty pewnie też miałeś w życiu czas, kiedy czułeś się zdołowany, gdy wszystko szło źle, ale podniosłeś się z tego. To dosyć osobiste doświadczenia. Wiem, że niektórzy postrzegają to „politycznie”, ale to właśnie mi się podoba, że odbiór tej płyty zależy mocno od punktu widzenia.

Czujesz, że nadeszły dobre czasy dla thrashu? W latach dziewięćdziesiątych był duży kryzys, nawet Death Angel się rozpadł, a teraz?

Tak, też tak myślę. Było parę zespołów, które trzymały się na powierzchni w tym okresie, jak na przykład Kreator. Jasne, mieli trudny okres, ale dawali radę i wydawali kolejne płyty. Wiesz, mam poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Na początku lat osiemdziesiątych wszyscy byliśmy wkurzonymi dzieciakami, scena szybko się rozwijała. Naturalne było, że przyszedł czas, kiedy ta fala wyhamowała. Niektórzy szukali życia poza muzyką, inni próbowali się w innej stylistyce muzycznej. W końcu wszyscy za tym zatęsknili, fani chcieli znowu szaleć i stąd mamy te nowe, dobre czasy dla thrashu.  Mimo, że już jesteśmy dorośli.

Czym różni się granie thrashu kiedy jesteś młody i zbuntowany, od grania go jako dorosła i doświadczona życiem osoba?

Przede wszystkim chodzi o to, żeby kochać to co robisz. Kochamy grać thrash i chcemy to robić. Będąc dorosłym nie jest trudno znaleźć rzeczy, które Cię wkurzają. Kiedy jesteś młody, buntujesz się przeciwko światu dla zasady, ale będąc starszym łatwo znajdujesz powody do wkurzenia. Inspiracji nie brakuje (śmiech).

Byliście w trasie z Testamentem i Annihilatorem. Długo się znacie? Jak doszło do tej spektakularnej trasy?

Nie wiem jak to było z Annihilatorem, ale nas po prostu zaprosił Testament. Odezwali się, że planują trasę w Europie i zapytali, czy chcemy w to wejść. Granie z nimi to zawsze przyjemność, znamy się od czasów młodości, więc backstage jest bardzo spokojny, o nic się nie kłócimy i spędzamy ze sobą czas. A z Jeffem i resztą graliśmy po raz pierwszy. Dla fanów to był świetny skład.

Teraz wrócicie z Exodusem, Sodom i Suicidal Angels. Znowu będziecie grali dosyć krótki set. To dla Was spory problem?

Ogromny! Strasznie ciężko jest ułożyć set, dużo o tym dyskutujemy, ja chcę grać to, Rob chce coś innego, kto inny proponuje jeszcze inny numer. Szaleństwo. Oczywiście gramy sporo z „The Evil Divide”, ale głównym założeniem jest dać mocny koncert. To co gramy ma skopać wszystkich. Zwłaszcza, jeśli występujesz z samymi mocnymi zespołami. Wiemy, że Exodus i Sodom dadzą czadu, więc musimy zrobić to samo.  Jak sam widzisz, przygotowanie listy kawałków trochę nam zajmuje, ale masz pewność, że się nie zawiedziesz.

Zagracie na najbliższej trasie „Kill as One”?

Nie wiem stary, nie wiem! Nie mogę Ci tego zdradzić. Ale na pewno nie zabraknie kawałków z „Ultra Violence”.

Czytałem, że Damien [basista Death Angel] spędza sporo czasu na zwiedzaniu miast w których gracie. A Ty co robisz w czasie wolnym?

To zależy, jeśli mamy czas to lubimy pokręcić się po okolicy. Damien to kocha, non stop się gdzieś włóczy i zwiedza. Jeśli mam czas, często dołączam do niego z Robem. Lubimy doświadczyć tego co kraj ma do zaoferowania, zjeść lokalne jedzenie, zobaczyć architekturę, poznać ludzi. To jedna z pozytywnych stron grania w zespole. Podróżowanie po świecie. To bardzo otwiera umysł i jest pouczające, rozwijasz się i poszerzasz horyzonty.

Ostatnio byliście u nas zimą, teraz przyjedziecie w grudniu. Trochę zimniej niż na wybrzeżu, to nie problem?

O tak, zimy w Europie są mocne. Dopóki nie ma gór śniegu nie jest źle.

Dołączyłeś do zespołu przy jego reaktywacji w 2001. Mógłbyś opowiedzieć mi jak dołączyłeś do zespołu?

Byłem fanem Death Angel od wczesnych lat osiemdziesiątych i znałem się z chłopakami, imprezowaliśmy razem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych grałem w lokalnym zespole S1ft. Rob i Mark odezwali się do mnie i Andy’ego [Galeona, perkusisty DA w latach 01-08], który też grał w okolicy w kapeli o nazwie Swarm. Kiedy Death Angel robił reunion z okazji Thrash of Titans,  oryginalny gitarzysta [Gus Pepa] mieszkał na Filipinach. Rob zadzwonił do mnie, czy chcę do nich dołączyć. Dwie próby, koncert i siedemnaście lat później wciąż jestem w DA i rozmawiam z Tobą.

Wcześniej grałeś z Damienem i Willem w Scarecrow. To był Twój pomysł, żeby dołączyli do zespołu?

Nie, to zabawne, ale to był pomysł Marka. Kiedy Andy odszedł i potrzebowaliśmy zastępstwa, to Mark zasugerował Willa. Stwierdziłem, że to świetny pomysł. Ludzie myślą, że to mój pomysł bo byliśmy kumplami z poprzedniego zespołu, ale to naprawdę nie ja.

Co myślisz o nowych thrashowych składach, takich jak Havok czy Crisix. Śledzisz młode zespoły? Mogą zostać klasykami?

Tak myślę! Znam te zespoły i robią robotę. Zwłaszcza Havok ma duży potencjał, mogą stworzyć swój własny styl tak jak Slayer, czy Megadeth w przeszłości. Cieszę się, że ta nowa fala podtrzymuje ogień.

Na łamach naszego portalu staramy się promować lokalną scenę i wspierać podziemie na ile to możliwe. Masz jakieś rady dla młodych zespołów, które dopiero zaczynają swoją karierę?

Przede wszystkim graj razem ze swoimi kolegami. Dzisiaj łatwo jest tworzyć muzykę osobno, nagrywać ją we własnym mieście i sklejać w studio, ale uważam że to ważne, by spotykać się na sali i po prostu razem dawać czadu. Energia, która bierze się ze wspólnego grania, chemia, dyskusje o muzyce. My tak robimy, jest w tym taka magia, kiedy bierzesz gitarę, podkręcasz wzmacniacz i gracie razem.

To tworzy chemię?

Tak, dokładnie! Poznajesz swoich kolegów z zespołu, ich zwyczaje, zachowania. Lepiej się rozumiecie. Piszcie muzykę razem, grajcie razem.

A co w trudnych chwilach? Grasz na gitarze bardzo długo. Miałeś momenty zwątpienia?

Jasne, w latach dziewięćdziesiątych! (śmiech). Pewnie, miałem momenty zwątpienia, był czas kiedy schowałem gitarę i pracowałem w innej branży, ale dzięki tej przerwie zatęskniłem i jeszcze lepiej się bawiłem wracając do grania.

No i na koniec muszę spytać, bo mamy w redakcji skrajne opinie na ten temat. Wolisz „Dystopię” Megadeth, czy „Hardwired” Metalliki? 

Wybieram Hardwired. Jestem bardziej fanem Metalliki, kocham oba zespoły, uwielbiam Megadeth, łączą tak dużo różnych stylów. Dave ma w składzie lepszych muzyków, a Meta pisze lepsze piosenki, przynajmniej tak uważam. Ale oczywiście postawię „Rust in Peace” wyżej niż „Load” (śmiech).

View this post on Instagram

Kicking off #KillianOnCommand

A post shared by Death Angel (@deathangelofficial) on

No cóż, tutaj się z Tobą nie zgadzam, ale wracając do Death Angel, widziałem was w Belgii na Alcatraz…

Wow, serio?

Tak, byliście wtedy świetni. Wspominam o tym, bo pamiętam słowa Marka, że to dla Was szczególny festiwal i lubicie tu wracać. Nie podejrzewam Was o mówienie tego samego na każdej imprezie, więc ciekaw jestem dlaczego akurat ten fest jest dla Was wyjątkowy.

Alcatraz to jeden z moich ulubionych festiwali. Wiesz, są różne festy. Są wielkie imprezy, gdzie jest masa ludzi, ale prawie nikogo nie znasz. Promotorem Alcatraz jest nasz wielki fan, znamy się i lubimy. Czujemy się tam jak w domu, wszyscy traktują nas jak rodzinę. Znamy cały personel, to jest naprawdę jak drugi dom. Kiedy tam jesteśmy wszyscy krzyczą „hej, witajcie w domu”. Nawet burmistrz tak nas witał! To jak odwiedziny u przyjaciół. Nie jest tak duży jak Wacken, ale jest wystarczający żeby świetnie się bawić. Scena ma świetny wystrój, stylizowany na więzienie. Wszystko mi się tam podoba stary.

Obok terenu festiwalu jest krematorium.

Tak, dokładnie! To też dodaje klimatu, graliśmy tam cztery razy i zawsze jest świetnie. Impreza się rozwija, jest coraz większa. Catering, backstage, garderoby… Uwielbiam ten fest stary.

Wolisz mniejsze imprezy i klubowe koncerty niż na przykład Wacken?

Tak. Alcatraz to fajny rozmiar festiwalu. Kluby lubię najbardziej, bo jesteś wtedy twarzą twarz z fanami. Jedyne co mi się nie podoba na festiwalach, to czasami zbyt duży dystans między sceną a publiką.

Na Wacken jest cholernie daleko.

Dokładnie! Wiesz, lubię grać na dużych imprezach, ale jesteśmy trochę zwierzakami. Gdybym musiał wybierać, to najbardziej lubię koncerty klubowe.

Wielkie dzięki za tę rozmowę.

Nie ma sprawy stary! Pozdrowienia dla wszystkich fanów Death Angel w Polsce i do zobaczenia!

Ps. Death Angel zagra 3 grudnia 2018 roku we wrocławskim klubie A2 w towarzystwie Sodom, Exodus i Suicidal Angels.

Bilety dostępne są na www.pwevents.pl

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *