W piątek na sklepowe półki zawitał 6. pełnoprawny krążek Suicidal Angels. No… i co z tego? Naprawdę się pytam – no, co? Do tej pory też zachodzę w głowę, po co w ogóle napisałem tę recenzję. Bo o czym tutaj pisać? Że znowu greccy piewcy jedynego słusznego thrashu na modłę Slayera wydali kolejny album, będący niczym innym jak zgrabną kalką klasycznych dokonań mistrzów chłosty z przepięknych lat 80.? A tam kalką mistrzów, oni już od paru płyt kopiują samych siebie, co samo w sobie jest dosyć zabawne, bo jak widać, można nie mieć ani krzty własnego stylu, ale wciąż powtarzać patenty, zasłyszane przez ludzi już kilka płyt wcześniej. Nie swoje, ma się rozumieć.

Suicidal Angels, photo

Zapewne teraz spodziewacie się tony pomyj wylanych na biednych artystów z kraju sera feta. No, ale czy to jest tak, że ja tego kwartetu nie lubię? Nie, wręcz przeciwnie. Te chamskie zrzynki ze starego Slayera i Sepultury brzmią niezwykle szczerze, agresywnie i pomimo braku oryginalności, zjadają większość nowej fali na śniadanie, ale z ostatnim Suicidal Angels mam pewien problem. Wszystko fajnie, że kolesie nie silą się na nikomu niepotrzebne innowacje, ponieważ thrash metal, to jednak średnia muzyka do eksperymentowania i zacierania gatunkowych granic między nią a – chociażby – ambientem. Na czym więc ów szkopuł polega?

Suicidal Angels, photo

Panowie gdzieś w okolicach przełomowego dla nich pod względem popularnościowym „Bloodbath” wyczerpali chyba formułę tego agresywnego, intensywnego thrashu, raz po raz śmiało nawiązującego do początków death metalu, a wydane 2 lata temu, usypiające „Divide and Conquer” oraz najnowszy longplay perfekcyjnym tej smutnej teorii potwierdzeniem. Od czasu wspomnianego linijkę wyżej albumu niejednokrotnie ziewam przy słuchaniu Aniołków. Słyszę opętańczo prędki riff i ze znudzeniem wymalowanym na twarzy, stwierdzam: „o, taki sam był na dwójce”, gdzieś pojawia się kanonada perkusyjnych przejść, okazyjne zmiany rytmu – „kurczaczki, na „Eternal Domination” był gdzieś dokładnie taki sam motyw”. Przykłady tego typu mogę wymieniać bez końca, ale chyba sobie odpuszczę. Chłopaki usilnie próbują pokazać, że coś tam nowego zainkorporowali do swojej hermetycznej łupaniny, ale jedynym wyraźnie wybijającym się niuansem są szybkostrzelne, diabelsko precyzyjne solówki nowego nabytku Nicka i spółki – Gusa Draxa. Dwudziestoośmioletni wirtuoz 6. (w jego przypadku 7.) strun znany m.in. z gry w niemieckim Paradox bardzo fajnie wpasował się do grupy, a jego perfekcyjne opanowanie instrumentu robi spore wrażenie. W końcu można z czystym sumieniem rzec, że Grecy znaleźli sobie naprawdę porządnego wioślarza.

www.youtube.com/watch?v=oWZOOW_VQc0

Nie będę wracał do „Divisions of Blood” zbyt często, a może i w ogóle, kto wie? Na chwilę obecną dodam tylko, że chyba włączę sobie najnowszą EP florydzkiego Gruesome. Ci to już rżną na potęgę z wiadomo-kogo, ale nie robią tego 30. album z rzędu i to właśnie dlatego mam banana na twarzy przy „Dimensions of Horror”.

6/10

Łukasz Brzozowski

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *