Tobby Knapp – człowiek, którego można by bez cienia wątpliwości wskazać jako przykład heavy metalowych sił witalnych i ostoję kreatywności. Członek Waxen, Where Evil Follows, dawny członek Bleeding Ground, Onward i wielu innych. Jedne z nich budziły podziw, inne pogardę. O jednych pamiętamy, o drugich nie, za jednymi tęsknimy (ja szczególną estymą darzyłem Onward), o drugich wolimy zapomnieć. Jest jednak wśród nich projekt, który na dobre ma szanse wbić się do heavy metalowej encyklopedii sław – Sue’s Idol. A płyta, o której będzie dziś mowa, stanowi pieczęć na pakcie z diabłem, nosząc zastanawiającą nazwę „Six Sick Senses”.

heavyrock

Jeśli pod kątem muzyki metalowej można coś powiedzieć o roku 2016, to to, że jest wyjątkowo udany. Szczególnie dla heavy metalu, rozumianego jako oddzielny gatunek muzyczny, a nie suma gatunków wywodzących się z muzyki ekstremalnej. Doskonałym dowodem na to jest druga płyta ekipy z Las Vegas, zatytułowana „Six sick senses”. Wydana w lutym 2016 roku, przeszła w Polsce w zasadzie bez echa. I źle się stało! Płyta zawiera nietuzinkową, rozbudowaną muzykę heavy metalową, przywołującą pamięć takich zespołów jak Vicious Rumor, Heathen, Helstar, Iced Earth, Metal Church czy nawet W.A.S.P albo Iron Maiden. Panowie płynnie połączyli heavy, thrash, power metal w spójną całość, nie przekładając melodyjności nad ostrość, próbując eksperymentów wokalnych, o czym później.

Płytę otwiera tytułowy utwór. Intro przypomina trochę to, z utworu Heathen – „Hypnotized”. Wiecie monolog, akustyczna gitara, towarzysząca jej gitara na pełnym przesterze oraz nagły „atak”, po którym wchodzi zwrotka. Kawałek jest dość mroczny, bardzo melodyjny. Na pierwszy plan wysuwa się modulowany głos Shane’a Wacastera, który notabene jest także perkusistą zespołu. Utwór sam w sobie jest bardzo gęsty, głównie za sprawą gitar Tobiego Knappa, Dana Domboviego oraz basisty Steve’a Habecka. Z grubsza wprowadza on nas w nastrój płyty: mroczny, melancholijny, nieprostoliniowy metal, okraszony niepokojącymi melodiami, modulowanym wokalem oraz niesztampowymi riffami. Jest już dobrze, a to dopiero początek!

Drugi utwór – „DMO” jest charakterystyczny z dwóch przyczyn – jest najcięższym na płycie oraz posiada kontrastujące z dzikością utworu basowe solo, zagrane przez Habeck’a. To jazda bez trzymanki, dla ludzi bez skrupułów, od ludzi bez muzycznego umiaru. Czołówka płyty. Dodatkowym smaczkiem jest tutaj chór, towarzyszący riffowi przewodniemu oraz podniosły, przeciągany refren. Jeśli po pierwszym utworze, ktoś miał wątpliwości, czy warto tej płyty słuchać, tak po „DMO” powinien się ich wyzbyć. Lecimy dalej!

 „Halls of Mourning” to jeden z  najkrótszych utworów na płycie, jednocześnie bardzo rozbudowany. Thrash metalowe intro, heavy metalowa zwrotka, wykonane w neo-klasycznym stylu solo oraz Judasowe outro. Wow. Krótko, zwięźle i na temat. Nie ma tu jednak tego uczucia zapchaj-dziury. To nie utwór robiony na pałę, by zapełnić miejsce na płycie. To dobry kawał gęstego grania.

Czwarty na płycie „Scion Pariah” najbardziej ze wszystkich odwołuje się do klasyki amerykańskiego-brytyjskiego heavy metalu. Od opartego o power chordy intra, po melodyjny i dynamiczny refren, przez Judasowo-W.A.S.Powy riff przewodni. Co jest ciekawe utwór nie jest jednostajny. Są w nim zwolnienia, przyśpieszenia, łamanie melodii, harmonijne gitary, skoczny refren, solo mające charakter outro. Prawdziwa gratka dla ludzi, lubujących się w spotkaniach klasycznego grania z nowymi rozwiązaniami. Dość jednak o „Scion Pariah”. Czas na najlepszy moim zdaniem utwór na płycie.

„Kill or be Killed” nie powinien się nigdy kończyć. Jakby trwał w kółko półgodziny, byłoby super. Na prawdę. Zacznijmy jednak od początku. Intro jest tu dziwne. Z jednej strony pojawia się tu orkiestra, za którą odpowiada szara eminencja dzieła – Mitch Dematoff, z drugiej riff w intro jakoś tak perfidnie przypomina ten ze wstępu do utworu „A World to Win” zespołu Gorgoroth. Celowe nawiązanie do Black Metalu, czy zbieg okoliczności, wynikający z nawiązania do klasyki heavy metalu? Myślę, że to drugie. Jednak nie to jest najmocniejsza stroną Utworu. Refren. Prosty, podniosły, majestatyczny. Wpadający w ucho, a jednocześnie nie tandetny i nie nachalny. Solo. Nikt mi nie powie, że nie było ono stylizowane na Running Wild oraz Helstar. Jest genialne w swej prostocie. Można mu zarzucić brak skomplikowania, czy technicznego kunsztu. Jednak każdy kto wyrazi taką opinię, powinien wyjąć kija z dupy. Knapp to nie tylko świetny gitarzysta – to także zdolny kompozytor, potrafiący wyczuć, w którym miejscu, jaki dźwięk jest potrzebny.

Słuchając szóstego na płycie „Luna Sees”  miałem niejasne wrażenie, że panowie postanowili bezczelnie przeszczepić któryś z riffów Judas Priest, ciągnąć go przez niemal cały utwór, wrzucić zagrane na pałę solo, dać trochę szeptów przed refrenem i powiedzieć słuchaczowi „Pierdol się”. Serio. Ten kawałek to taki policzek, cios w twarz po „Kill or be Killed”. Wbija się klinem w tyłek i nie chce wyjść. Mierzi po uszach. Ale jest w nim coś fajnego. Może właśnie ta pierwotność, agresja, krypto-plagiat tworzą jego magię. To chyba najlepszy sposób, by powiedzić antyfanom „Ch.j Ci w dupę nygusie”.

„Metal Octane” oraz „Gears of War” są skomponowane w podobny sposób. To pędzące przed siebie, thrash/ heavy metalowe utwory, w których wyraźny jest wpływ black metalu, szczególnie dobrze słyszalny w „Metal Octane”. To zdecydowanie najbardziej rozbudowane pod kątem instrumentów kawałki, z najbardziej skomplikowanymi solówkami i urozmaiconym wokalem. Są jednak męczące na dłuższą metę. A w każdym razie, dla człowieka, który obcuje z Sue’s Idol po raz pierwszy, mogą takimi być. Tutaj muzycy przestają tylko dawać, zaczynają także wymagać. I bardzo dobrze, bo muzycy z takim warsztatem, mogą zaintrygować słuchacza nie tylko, łatwością w tworzeniu melodii i klimatu, ale także techniką i kunsztem.

Od „Taste this Evil” można dostać ciarek na plecach. Ten kawałek z powodzeniem mógłby znaleźć się na którejś płycie Kinga Diamonda. Także ze względu na charakter wokalu Wacastera, w tym utworze. To kawałek, w którym melancholia, zostaje zastąpiona grozą, smutek – przerażeniem. Niepewność jutra, niepewnością o swoje życie. Po nim następuje dwuminutowe wtrącenie – „A Minor Requiem”, w którym główną rolę odgrywają klawisze. One też zapowiadają koniec płyty. Oto przed nami ostatni kawałek.

„Lady Painted Death” . Dobry kawałek na koniec. Stanowi sumę wszystkich dotychczasowych utworów. Jest kompilacją wszystkiego, co kapela zawarła na płycie i tak też powinien być odczytywany – jako klarowne zakończenie jednej z najbardziej obiecujących płyt 2016 roku.

Nie ma dzieła idealnego, tak jak nie ma idealnej osoby. Warto jednak próbować. „Six Sick Senses” nie jest płytą sztampową. Jest różnorodna, rozbudowana, sięgająca do różnych wzorców, śmiało czerpiąca ze skrajnie różnych źródeł. Jest długa, nieosłuchanego człowieka może zmęczyć. Jednak bez wszelkich wątpliwości jest jedną z ciekawszych płyt wydanych w 2016 roku. Zdecydowanie warto ją polecić.

Jeremi „Jerry” Kołecki

8/10

Data premiery: Luty 2016

Wydawca: Crushing Notes Entertainment

Twórcy:

  • Dan Dombovy – Gitara
  • Shane Wacaster – Perkusja, Wokal
  • Toby Knapp – Gitara Główna
  • Steve Habeck – Gitara Basowa
  • Mitch Dematoff – Klawisze

Lista Utworów:

  1. Six Sick Senses
  2. DMO
  3. Halls of Mourning
  4. Scion Pariah
  5. Kill or Be Killed
  6. Luna Sees
  7. Metal Octane
  8. Gears of War
  9. Taste This Evil
  10. A Minor Requiem
  11. Lady Painted Death

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *