Zabawna sprawa z polskim pagan metalem. Z jednej strony mamy LGBT folk metal prezentowany przez Netherfell. Z drugiej epicki black metal z naleciałościami ściółki leśnej prezentowany przez absolutnie kultowy Graveland. Gdzieś na peryferiach nieśmiało wraca do ludzkiej świadomości nordycki Norden, choć narazie bez szansy na reaktywację (ponoć). Ale nie tylko. Ostatnio swoich sił zaczęła próbować „death metalowa” Pravia (recenzowana na łamach Heavyrocka pragnę przypomnieć). Nowymi płytami zaatakował Saltus (o którym nie można nic złego powiedzieć. A jak ktoś powie to nie jest Polakiem). Na scenę wbiła się lekko rock and rollowa Morhana, grająca muzykę dla dzieci, które nie chcą chodzić do kościoła, a brutalnego metalu się boją. I tak się toczy ten pagan. Są oczywiście kapele, które fenomenalnie rokują (Helroth. Koniecznie obczajcie kurwa Helroth), są też takie, które powinny się rozpaść (nie powiem które). I nagle. Niczym Łysy z Brazzers między dziewice, wbija się Strzyga. Z tą różnica, że ten pierwszy zrobiłby to z tęgim kindybałem w łapie. Ci drudzy…..z zmarszczonym siusiaczkiem. Ale hej! Nie wszystko od razu. Nawet Joey DeMaio miał kiedyś suchą klatę!

heavyrock

8 lipca 2017 roku światło dzienne ujrzała debiutancka płyta polskiego zespołu thrash metalowego Strzyga, zatytułowana „Świt bogów”. Bardzo dobrze rozumiem dystans, z jakim ludzie do tej płyty podchodzili. Nie dość, że pisanie tekstów o tematyce pogańskiej, w pewnych kręgach uchodzi za homoseksualne, to jeszcze muzykę do nich tworzą ludzie wykonujący gatunek metalu, kojarzony ze spodniami zbyt ciasnymi nawet dla Mieszka II (pozdro dla kumatych). Pytanie: czy jest źle? Odpowiedź: No tak średnio, bym powiedział. Ta płyta spełnia pewną rolę: ma wprowadzić powiew świeżości na polską scenę pogańską. I już nie ważne, że powiew będzie trochę trącił soczystym bączurem (Do napisania tego zdania, zainspirowało mnie, słuchanie w czasie tworzenia recenzji utworu Warlorda – „Winds of Thor”). Ta kapela chce wprowadzić na polską scenę coś nowego. I to należy uszanować. Jak to wyszło. No. Ten. RÓŻNIE.

heavyrock

Zacznijmy od analizy muzycznej. Tu nie można wiele zarzucić. Jest to dobrze zagrany thrash metal kojarzący się z początkami Anthrax, Destrucion, gdzieniegdzie przebija się Slayer oraz Exodus z czasów „Bonden by Blood”, jeśli ktoś usłyszy wpływy Venom czy Blasphemy, to również ma rację. Dzika, mocna, niezbyt skomplikowana muza. Ale nie o poziom techniki tu chodzi. Można oczywiście czepiać się pewnej powtarzalności przy tworzeniu riffów, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że to szukanie dziury w całym. Ta muzyka przyjęła barbarzyńskość. I faktycznie, muzycy konsekwentnie się tego trzymali. Czekam na sesję zdjęciową w skórzanych majtach, w lesie.

Teksty to zupełnie inna kwestia. Ja wiem, że muza pogańska generalnie słynie z cringe’u, ale bez przesady. Pamiętacie jeszcze słowa wykrzykiwane przez Graveland? Albo Saltus? Albo Wojnara? Przecież to były dojrzałe literacko wersy, przemyślane, bez zbędnych metafor czy epitetów. A nad nimi wszystkimi górowało Signum Triste. Ale o tym później, bo jest pewien szczegół, o którym warto wspomnieć. Wszystkie teksty, z wyjątkiem tego w „Intro” to cringe straszny. Serio. Kiedy gość (Mateusz Kujawa) stara się głosem Kupczyka z czasów „Kawalerii”, albo Toma Arayi z czasów „Show No Mercy” wykrzyczeć słowa „STRZYGAAAAAAAA”, „DEMONY NOCYYYYYYY”, „STARE BOŻYSZCZEEEEEEE”, żenada chwyta za tyłek. O takich utworach jak „Vinda Snekka” czy „Kawałek Szkarłatnego Księżyca” w ogóle nie gadajmy, bo infantylność wali po ścianach. Bardzo fajnym tekstem za to jest „Starsza Krew”. Chociaż powiedzmy sobie szczerze: Panowie mieli tu wybitnie ułatwione zadanie. Pisanie tekstów inspirowanych światem Andrzeja Sapkowskiego, przy aktualnym zaklimatyzowaniu się jego uniwersum w pop-kulturze, jest po prostu łatwe, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę osłuchanie się z dialogami oraz treściami listów/ ksiąg, występującymi w grach z serii „Wiedźmin”.

Pozostaje jeszcze kwestia wspomnianego wcześniej „Intro”. Trzeba powiedzieć jasno, że tekst w nim zawarty, nie jest autorstwa chłopaków ze Strzygi (Dlatego jest taki dobry!!!). Jego autorem był znany z legendarnego Signum Triste – Zerivan. Fanom pogańskiego grania nie trzeba przedstawiać ani tego zespołu, ani tej osoby. Należy powiedzieć uczciwie, że porywając się na ten kawałek Strzyga postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. I podołali. Niemałą rolę odegrała tu skomponowana przez Justynę Szatny (znaną z zespołu Iscariot) muzyka. Jeśli z jakiegoś powodu warto kupić tę płytę, to właśnie „Intro” jest tym powodem (paradoks prawda?).

Zabawnie jest ze Strzygą. Z jednej strony człowiek chce im dać buzi w czółko za próbę stworzenia czegoś nowego, z drugiej strony głos rozsądku każe poczekać jeszcze chwilę, aż panowie muzycznie dojrzeją. A w ogóle to trzeba poklaskać wokaliście za płynne przechodzenie między czystym wokalem, a growlem. Tu wyjątkowo nie ma czego się uczepić. Ta płyta zdecydowanie nie może pretendować do ligi 2017 roku. Z drugiej strony jest czymś nowym dla polskiego pagan metalu. Strzyga jest jedną z tych kapel, które warto śledzić. Mają potencjał. Mają tez lirycznego raka. Jest on jednak uleczalny. Nie serio, cringowe teksty fajnie brzmią po angielsku, ale po polsku to po prostu nie przechodzi. Poczekajmy na rozwój wydarzeń.

Ocena: 5/10

Skład:

Mateusz Kujawa – Wokal

Paweł Kosmala – Gitara prowadząca

Maciej Czyż – Gitara rytmiczna

Adrian Stempak – Perkusja

Jakub Konieczny – Bass

Justyna Szatny (gościnnie) – Klawisze w intro

Setlista:

  1. Upadek Arkony
  2. Gniew Arkony
  3. Strzyga
  4. Wiła
  5. Vinda Snekka
  6. Starsza Krew
  7. Kawaleria Szkarłatnego Księżyca
  8. Kolovrat

 

Jeremi „Jerry” Kołecki

 

 

2 Komentarze Strzyga – „Świt Bogów”: Recenzja

  1. Rob

    Hmmm… Trisomia, powiadasz?

    Ale konkretnie któraś – czy tylko chciałeś, recenzencie, błysnąć jakimś nieoklepanym tekstem?

    Wikipedia dość wyczerpująco opisuje rodzaje trisomii, wynikające z nich schorzenia oraz aberracje z nimi związane. Zanim więc ponownie sięgniesz po nieszablonowe zwroty i zechcesz być oryginalnym recenzentem – zwróć się „my dear Jerry” najpierw do wujka Gugla albo cioci Wikipedii. Unikniesz konfuzji, konsternacji oraz kilku innych uczuć, których opisy zaczynają się na „kon-„.

    Reply
  2. jerry

    Mój drogi Robie,

    Jeśli masz kija w dupie oraz zdystansowane przywołanie ciężkiej choroby zespołu Downa, wywołuje o Ciebie aż taką potrzebę pisania sprostowań…..które każde zna, to moje recenzje po prostu nie są dla Ciebie ;)

    #MowaPotoczna #WyjmijKijaZDupy

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *