Pomimo bardzo niemiłego postępowania nowej tourmenedżerki Exodusa, która usiłowała nie dopuścić do przeprowadzenia w Poznaniu wywiadu, nowy-stary wokalista kalifornijskich bogów thrashu zgodził się ochoczo. Siedząc w klimatyzowanym autobusie, w oparach aromatycznej fajki i przy dobrym piwie, pogadaliśmy znacznie dłużej niż w 2004 roku. Wtedy bowiem rozmowy nie było, Zetro zbiesił się… brakiem „wkładu” do fajki. W sumie dobrze, że nie pamięta siebie sprzed ponad dekady. 

Vlad: Witaj ponownie, po jedenastu latach. Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Polsce?

Zetro: Pamiętam, że wciągnąłem jakąś drobną dziewczynę na scenę, ponieważ nie dawała sobie rady w moshu. I to by było na tyle. Po pierwsze, minęło sporo czasu. Po drugie, lata promocji „Tempo Of The Damned” to dla mnie mroczne czasy, niewiele sobie przypominam.

www.youtube.com/watch?v=sws98Z2LVkw

 

Nagrałeś najlepszą płytę w życiu, po czym opuściłeś zespół. Pamiętam jak bardzo byli na ciebie wtedy wkurzeni, rozmawiałem z nimi dwa miesiące później.

Uwierz, byli strasznie wkurzeni przez dobre dziesięć lat (śmiech). Tak czasem bywa. Nie możesz być wszędzie i to właśnie mi się zdarzyło. Miałem dzieciaki, rodzinę, musiałem się nimi opiekować. Nie mogłem być gdzieś daleko, bo potrzebowali mnie emocjonalnie i finansowo. Chciałem mieć te dzieci, więc moim obowiązkiem było zająć się nimi właściwie.

Gary mówił mi w 2010 roku, że ostatecznie wybaczył ci i znów zostaliście kumplami. Kiedy, twoim zdaniem, to nastąpiło?

Myślę, że w 2009. Pojawiłem się na koncercie i zaprosili mnie do zaśpiewania „Toxic Waltz” wraz z Robem. Supportowali wtedy Arch Enemy. Od tego czasu wszystko wróciło do normy.

www.youtube.com/watch?v=5hIzdG4zIlg

 

Kiedy zacząłeś myśleć o powrocie do Exodusa?

Nigdy o tym nie myślałem.

Nigdy, przenigdy?

Nigdy. Zajmowałem się Hatriot. Co ma być to będzie, nie przejmowałem się plotkami i sugestiami. Nie otwierałem codziennie gazety z myślą o ujrzeniu ogłoszenia „Exodus szuka wokalisty”. Gdyby coś się wydarzyło, wtedy miałbym o czym myśleć.

Jak więc ów powrót wyglądał z twojej perspektywy?

Dostałem telefon z menedżmentu. Powiedzieli, że chcą bym zaśpiewał kilka nowych numerów. Nowych numerów Exodusa. Zapytałem dlaczego, ale nie chcieli odpowiedzieć. Tak to wyglądało. Pojechałem do studia, zaśpiewałem. Zażarło. Wtedy znów ludzie z menedżmentu zaczęli pytać, czy nie wróciłbym do zespołu na pełen etat. Czy nie miałbym jakichś pozamuzycznych problemów. Odparłem, że jestem gotów. Poczułem się wspaniale. Znów będę śpiewał te wszystkie świetne kawałki. Oto jestem. To już ponad rok, szóstego czerwca minęło dwanaście miesięcy.

www.youtube.com/watch?v=6c69S3pD8qI

Ależ to zleciało!

Dokładnie!

Bezproblemowo?

Całkowicie! Chłopaki lubią się dobrze bawić, ja też. Dziś przyznaję szczerze: ostatnim razem nie byłem najłatwiejszym człowiekiem. Zbyt wiele kwestii odwracało moją uwagę od muzyki. Nie mogłem się skoncentrować. Jak na cholernej kolejce górskiej, ale ta moja, podskakując, wciąż podążała w dół. Zostałem godnie zastąpiony, a teraz wracam silny. Silniejszy niż kiedykolwiek!

Wspomniałeś o Hatriot. Jak doszło do sformowania kapeli?

Poznałem gitarzystę Kostę Varvatakisa. Grał on w garażu z moim synem Nicolasem i był chętny do stworzenia nowej ekipy. Nick był wtedy bębniarzem Oskorei, więc dołączył dwa lata później. Kosta, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i Cody, mój drugi syn, stworzyli pierwszy skład Hatriot. Pozycja drugiego gitarzysty zmieniała się wielokrotnie, a za bębnami ostatecznie zasiadł Nick.

Musisz być dumny ze swoich synów, nieczęsto zdarzają się dwupokoleniowe zespoły.

O tak, zdecydowanie jestem. Dziś są już dorośli, więc to ich wybór. Mogę w tym momencie wyjawić, że nie będę już śpiewał w Hatriot. Na trzeciej płycie wokal przejmie Cody.

A to niespodzianka! Przy okazji, dobrze ich wychowałeś.

Tak, wychowałem ich na metalu!

Nie znalazłem żadnych informacji na temat innego twojego zespołu: F-Bomb.

Był to projekt, w którym śpiewałem w latach 1999-2000, gdy nie miałem przydziału. Grał ze mną Perry Strickland z Vio-lence i kilku innych kolesi. Pragnąłem utrzymać kontakt z muzyką i tyle. Nie traktowaliśmy tego poważnie.

Jakieś nagrania?

Jedynie taśmy z prób, nic oficjalnego.

Czy Tenet i Dublin Death Patrol wciąż funkcjonują?

Oba zdechły.

Tak sądziłem. Co słychać u twojego brata, który grał w DDP?

Wszystko w porządku, ale już nie rzępoli. Zostawia to mnie. Chciał to uczynić jeden, jedyny raz. Poczuć jak to jest wydać swoją muzę. Na tym skończył „karierę”.

Od początku wydawało mi się, że ten projekt miał na celu zacieśnienie więzów rodzinnych u Souzów i Billych (śmiech).

Zgadza się. Przestał istnieć, bo Chuck też stał się zbyt zajęty. Menedżment Testamentu i Exodusa, jak zapewne wiesz.

Skoro wspomnieliśmy o Chucku, pogadajmy o Legacy. Kilka lat temu rozmawiałem z Gregiem Christianem, który powiedział mi, że byłeś jego kontaktem z nową kapelą.

Tak.

Opowiedział o waszym pierwszym spotkaniu. Kabriolet, wielki blant…

Dokładnie! Podjechałem pod spożywczak, w którym się umówiliśmy. Wsiadł, dostał zaraz jointa do ręki. Włączyłem mu naszego reha. Zajechaliśmy na salkę. Podłączył się i zagrał co należy. Tak tworzyła się historia!

www.youtube.com/watch?v=FJnDQngDZrY

Twoje przenosiny do Exodusa wywołały niemiłą atmosferę na scenie Bay Area, nieprawdaż?

Fakt. W 1986 roku Paul Baloff był symbolem Exodusa. Ludzie nie wyobrażali sobie kogokolwiek innego za mikrofonem. Przez kilka miesięcy rzeczywiście nie było miło. Nie trwało to szczególnie długo. „Pleasures Of The Flesh” było spoko, a po „Fabulous Disaster” nikt już nie czuł różnicy.

Dlaczego zespół zaczął się sypać w epoce „Force Of Habit”?

To nie była nasza wina, takie czasy nastały. Nasz gatunek metalu musiał na trochę przysnąć. Wszystkie zespoły zmieniały styl na „alternatywny”. Thrash był spychany w niebyt, szykanowany. Pierdolone brzmienie Seattle było tym, czego szukano. Ale cóż, to gówno grane dla pieniędzy nie potrwało długo. Zdechło. Wtedy wróciło to, czego nam potrzeba. Żywe gitary, ciężkie riffy. Tak, jak powinno być.

Zespół reaktywował się dwukrotnie: w 1997 i 2001. W obu przypadkach nie było ciebie w nim. W jakich okolicznościach dołączyłeś do Exodusa po śmierci Paula?

Podobnie jak teraz, zadzwonił do mnie menedżer i zaprosił na próbę.

Biznes… A kto zajmuje się twoim biznesem, gdy jesteś na trasie?

Czasy się zmieniły. Moje dzieciaki wyrosły a ja nie jestem już żonaty z ich matką. Mają własne domy. Mam wspaniałą kobietę, która mnie wspiera. Jest świetnie zorganizowana i to ona dba o moje sprawy biznesowe i rachunki. Exodus zaś znów stał się moją pasją i pracą.

Wróciłeś, ze swoim charakterystycznym głosem. Jak forma? Oglądałem kilka ubiegłorocznych występów na youtube. Nie dawałeś sobie rady z czystymi partiami Roba… Dośpiewywał ci Tom, co nie brzmiało zbyt dobrze.

(śmiech) A słyszałeś, jak on masakrował moje numery?

Tak, lecz pytam o co innego.

Nie zgadzam się, że było kiepsko. On brzmiał gorzej w kawałkach z mojej ery.

Było. Dlatego pytam o formę, bo jako fan mam pewne obawy…

Dziś się przekonasz! Ostro ćwiczyłem i śmiem twierdzić, że odwalam kawał zajebistej roboty.

zetro2

Trzymam cię za słowo. Na koniec: twoja ulubiona przekąska na pacmana.

(śmiech) Jestem maniakiem słodyczy. Uwielbiam czekoladę. Cukierki, właściwie wszystkie. Nie wiem, czy są tu dostępne moje ukochane specjały. Reese’s Peanut Butter Cups. W Ameryce masło orzechowe jest bardzo popularne jako składnik słodyczy. Tak więc te orzechowo-czekoladowe pyszności to mój pierwszy wybór, gdy pacman atakuje.

Dzięki za rozmowę!

 

Dla Heavyrock.pl rozmawiał i pacmana przywoływał Vlad Nowajczyk

Mrówczą pracę spisywania wywiadu ze słuchu wykonał Jeremi „Jerry” Kołecki

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *