Rok 2018 przyniósł nam niespodziewanie kompletne przemeblowanie składu Sodom. Fanów thrashu do czerwoności rozgrzała informacja o powrocie Franka Blackfire. Warto też zaznaczyć, że zespół pierwszy raz w swojej długiej i pokręconej historii został kwartetem. Rozpoczęta wiosną trasa koncertowa okazała się być bardzo udaną, a żeby nie zasypywać gruszek w popiele, zaserwowano nam jeszcze Epkę.

Przyznać trzeba, że okładka zaskakuje – czarno-biały obrazek utrzymany jest bardziej w black/deathmetalowej stylistyce. Na mnie wywarł jednak pozytywne wrażenie.

Przejdźmy jednak do zawartości albumu. Pierwsza w kolejności wypada kompozycja tytułowa. Na początek dostajemy ciężki riff, następnie utwór przyspiesza, wchodzi Angelripper, który wyraźnie postawił na niższe rejestry (wrocławski koncert udowodnił, iż obecnie w nich czuje się najlepiej), do tego w jego głosie pojawia się mocna chrypa. Złowrogie wrażenie spotęgowano nałożonymi na wokal pogłosami – tak jakby wydobywał się z jakiegoś piekielnego kotła! Myślę, iż zamysłem było tu przywołanie skojarzeń z początkiem twórczości zespołu, tyle tylko, że instrumenty brzmią bardzo współcześnie, cyfrowo. Dostajemy wiec nieco dziwną hybrydę. Jednym może się to podobać, innym mniej. Ja w kwestii brzmienia wolałbym uchylić się od oceny.

Muzycznie Partisan jest udaną, urozmaiconą kompozycją. Nowy perkusista – Husky, gra bez przesadnej ekwilibrystyki, jednak przejścia wychodzą mu bardzo ciekawie, podobają mi się talerzowe ozdobniki, którymi wypełnia zwolnienia w utworze. Zespół buduje napięcie na zasadzie kontrastów – w środkowej części utworu pojawia się uspokajające adagio, po którym następuje gwałtowny wybuch solówki. Warto też zwrócić uwagę na chwytliwy refren – aż mamy ochotę wstać z krzesła i krzyczeć razem z Wujem Tomem Partisan! Partisan! Breaking through the realms of God!

Moją ciekawość wzbudził następny numer –Conflagration. Angelripper zapowiadając go na koncercie, przedstawił nowego gitarzystę rytmicznego, Yorcka Segatza, jako autora. Nie słyszałem wcześniej o tym muzyku, więc kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać… Utwór otwiera szybki, prosty riff, który zostaje powtórzony przez grający solo bas. W myślach przelatuje nam Ausgebombt. Numer okazuje się prosty, wręcz nieco punkowy. Nie jest jednak prymitywnie! Tom znów śpiewa w niższych rejestrach. W środkowej części także następuje zwolnienie tempa – zespół raczy nas dłuższym gitarowym motywem, kojarzącym się z Nuclear Winter, czy Tired and Red. Znów czekamy na energetyczne solo, które jednak nie zostaje zagrane. Zupełnie tego nie rozumiem! Utwór wydaje się być przez to niepełny, mniej żywiołowy. Na pochwałę zasługuje jednak efektowne zakończenie, gdy głos Toma przechodzi w pełen dramaturgii, niemal teatralny krzyk. Aż czujemy biegające po plecach ciarki…

Na deser dostajemy koncertowy klasyk Tired and Red z Rock Hard Festival – odbył się tam pierwszy występ zespołu w obecnym składzie. Wykonanie bardzo energetyczne, zespół prezentuje się jako sprawna, koncertowa maszyna. Tylko brzmienie niezbyt mi pasuje. W finale Blackfire krzyczy C’mon, let’s dance! i… koniec! Jedynie kwadrans muzyki. Trochę mało, nawet jak na Epkę. W kuflu zostało jeszcze sporo piwa. Ręka mimowolnie wędruje więc w stronę przycisku play

Autor: Janek Mełech

1 Comment Sodom: „Partisan” – recenzja

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *