Anglicy mają takie ładne powiedzonko – The sky is the limit – wszystko jest możliwe, nie ma żadnych granic, wystarczy tylko chcieć. No i kiedy siadałem do napisania relacji z Red Smoke Festival 2015 ten właśnie idiom przyszedł mi na myśl, bo to w sumie inspirująca historia.

Kiedy pomyślimy sobie o organizacji własnego festiwalu nie mając w tej kwestii żadnego doświadczenia, napotykamy całą masę problemów. Większość ludzie pewnie by się poddała – skąd wziąć na to pieniądze, kto na taki fest przyjdzie, a co jeśli nie przyjdzie nikt i stracimy kupę forsy, a co na to miasto, a jakie zespoły będą chciały przyjechać, a co jeśli nie będzie chciał przyjechać nikt itd. itp. Wychodząc z typowo polskiego założenia NIE UDA SIĘ, łatwo się zniechęcić. A jak się okazuje, warto uparcie dążyć do celu.

Zebrało się kilku gości, którzy w miasteczku o liczebności porządnej mormońskiej rodziny postanowiło zorganizować festiwal. Nikt wcześniej tego typu imprezy w Polsce nie zrobił:

Prekursorami imprez w tego typu klimatach byli organizatorzy Days Of Ceremony, tyle, że to wszystko było w zamkniętych pomieszczeniach. My jesteśmy pierwsi, którzy zrobili to na otwartej przestrzeni.

Mówi mi dwójka organizatorów RSF – Jędrek Wawrzyniak oraz Łukasz Jankowski

Była to już 3. edycja festiwalu – poprzednie dwie wyglądały nieco inaczej.

Główna idea festiwalu na początku była taka, żeby młode kapele brały udział w konkursie, w którym do wygrania była sesja w studio nagraniowym. Na drugą edycję oprócz zrobienia konkursów, zaprosiliśmy też kilka kapel z takich około-psychodelicznych klimatów. Formuła nie do końca się sprawdziła bo raz, że nie przyjechało zbyt wiele zespołów – nie wiem, może nagroda była dla nich mało atrakcyjna – a dwa, że było nie do końca w klimacie, bo przy konkursie kapel zgłaszały się przeróżne ekipy. W tym roku zdecydowaliśmy się zrobić normalny festiwal i jak widać to zażarło.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o organizację festiwalu, była to pierwsza liga. Choćbym chciał, nie mam się do czego przyczepić. No bo co napiszę? Że w toi – toiach śmierdziało? Przecież zawsze śmierdzi, a i tak można było skorzystać z tradycyjnej toalety umieszczonej na tyłach amfiteatru.

Wielkim plusem była kameralność imprezy – po 3 dniach znałeś praktycznie wszystkich, w każdej chwili mogłeś podejść sobie do chłopaków z zespołów, przybić piątkę, porozmawiać i wypić piwo. Wyobrażacie sobie coś takiego na jakimkolwiek „dużym” festiwalu? Bo ja nie. A tu proszę. Stoisz pod sceną podczas koncertu Samsara Blues Experiment, a za tobą wokalista Cheap Wine, bardzo już pod wpływem, przegrywa nierówną walkę z grawitacją i próbuje łapać się twojej koszulki. Kiepsko mu to wychodzi. Ląduje na ziemi.

No a Cheap Wine to jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Mają ci goście niesamowity power i jeżeli oni nie zrobią kariery, to ja już nie wiem kto zrobi. Przebrani ni to za hipisów ni to za francuskich żołnierzy z 19 wieku, na czele z wokalistą, który jest połączeniem Iggy’ego Popa i Jima Morrisona – krwi na scenie nie było, nagich narządów rozrodczych też nie, ale nieśmiała inspiracja tą dwójką jak najbardziej zauważalna.

Na wyróżnienie zasługuje też trójmiejski Sautrus, który porwał publiczność zebraną w pleszewskim amfiteatrze – na pewno jakiś tam wpływ miała aura towarzysząca temu koncertowi. Robiło się już ciemno, a dym i gra świateł dodawały uroku tej post-Black Sabbathowej muzie.

Generalnie, dzień festiwalowy powinien trwać od 20 do, powiedzmy, 4 rano. To zresztą problem wszystkich tego typu imprez, bo zupełnie inaczej ogląda się występ zespołu grającego w pełnym słońcu, a inaczej przy świetle księżyca.

Nie będę opisywał każdego koncertu z osobna, bo wszystkie były świetne (mówię poważnie), a nie chcę iść w banał, no i żeby nie było tl;dr – będę się streszczać.

Najlepsze koncerty, to dwa ostatnie koncerty. Wedge oraz Greenleaf Obiektywny nie jestem, bo na te dwa występy po prostu najbardziej czekałem – nie zawiodłem się Zarówno jedni jak i drudzy roznieśli Pleszew. Wedge to czysty rock and roll z domieszką psychodelii – koncertowa maszyna. Greenleaf to już starzy wyjadacze i – mimo wszystko – moim zdaniem, półka wyżej niż pozostałe zespoły. Głowy uciąć sobie nie dam, ale zagrali chyba wszystkie numery z najnowszego albumu, a do tego kilka największych hitów jak ‚Stray Bullit Woman’ czy ‚Agents Of Ahriman’. Do tego przyznać trzeba, że wokalista Arvid Jonsson, miał świetny kontakt z publiką, dla której na bis zaśpiewał kawałek Jeffa Buckleya ‚Be Your Husband’ – a capella – tak jak w oryginale.

Red-Smoke-Festival-10-12.07.2015-plakat-1

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *