Skoro ostatni tydzień został w moich tekstach niemalże całkowicie przejęty przez kanadyjskie zespoły, zostanie kanadyjskimi zespołami także zakończony. Kto był, ten wie, kto nie był, ten niech żałuje, bo w łódzkim Magnetofonie gościliśmy wczoraj doborowe towarzystwo. Na trasie Maple Meltdown 2018 Striker oraz Skull Fist zagrali dwa koncerty w Polsce, w tym jeden przy wsparciu warszawskiej grupy Aquilla.

Czwartkowy wieczór nigdy nie zachęca do wyjścia z domu, a już w szczególności do dwugodzinnej podróży do Łodzi po zatłoczonej autostradzie. Nie wyobrażałam sobie jednak przeżycia tego półmetka weekendu bez koncertu, na który czekałam od dawna. Moje pierwsze spotkanie ze Skull Fist i Striker na żywo, oraz drugie z Aquillą, nie mogło odbyć się lepiej.

Po niefortunnym falstarcie i problemach z dźwiękiem, Aquilla wystartowała ze swoim kosmicznym materiałem. Przedstawienie straciło troszkę uroku przez kilkukrotne poprawki nagłośnieniowe i problemy techniczne, ale finalnie odbyło się od początku do końca tak, jak miało. Pożegnanie ze starym składem i przywitanie nowych członków nie zdarza się w końcu codziennie. Na miejsce Stana Glaciera wstąpił Kris Invader, a nowym basistą został Hippie Banzai. Było trochę śmiechu i trochę łez, a publiczność bardzo entuzjastycznie przyjęła wszystkich członków. A dlaczego Łódź? Prawdopodobnie dlatego, że wszyscy naraz nie zmieściliby się na scenie w żadnym małym klubie! Oprócz powszechnie znanych numerów, takich jak Sunrider czy Breaking The Night z EP-ki The Day We Left Earth, chłopaki zaprezentowali także Skeletala, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył oraz Sotu, czyli nowy, dotąd niegrany numer . Czy to zapowiedź nadchodzącego albumu?

Właściwie wszyscy spodziewali się usłyszeć Strikera przed Skull Fistem. Najwyraźniej zespoły postanowiły zrobić psikusa organizatorom i zamienić się miejscami w rozpisce czasowej. Lepiej niech fani się nie spóźniają. Nie ulegał wątpliwości fakt, że to właśnie ekipa Zacha zbierze pod sceną największy tłum. Pełna obaw po usłyszeniu plotek o rzekomej kiepskiej formie wokalnej frontmana, odetchnęłam z ulgą gdy usłyszałam Ride The Beast. Nawet jeśli czuł się gorzej, to absolutnie nie było tego słychać. Setlista składała się głównie z numerów z Chasing The Dream oraz Head of The Pack, co ucieszyło entuzjastów speed metalu i nigdy niewyżytą polską publiczność. Way Of The Road jest albumem dobrym, ale w szybkości i energetyczności nie dorównuje starszym kolegom z dyskografii. Nie zabrakło oczywiście You Belong to Me, ale pozostałe kawałki chłopaki zostawili na następną, nadchodzącą trasę, o której plotki (rozpuszczane przez nich samych) krążą od jakiegoś czasu po sieci.

Godzinna setlista okazała się być wyjątkowo krótka. Fani na koncertach Kanadyjczyków mają dosłownie Hour to Live. Skull Fist dobrego materiału ma tak dużo, że aż trudno pogodzić się z tym, że grają w większości jedynie swoje najpopularniejsze numery. Z drugiej strony, może to właśnie dlatego ich koncerty są takie dobre. Być może schodzą ze sceny po idealnej ilości numerów, bez przeciągania, z energią, zostawiając ogromny niedosyt. Bardzo chciałabym zobaczyć ich znowu, jak najszybciej!

Strikera, który zagrał jako ostatni, słuchałam już dosyć zmęczona, stojąc z tyłu sali i rozmawiając z JJ’em. Publiczność mocno się przerzedziła, ale widać było, że zespół świetnie się bawi. Uwielbiam oglądać tak zaangażowanych muzyków, a jeżeli okazuje się po koncercie, że są dodatkowo cudownymi ludźmi, to przyznaję dodatkowy plusik do wizerunku. Ze Strikerem nie jestem tak osłuchana, jak ze Skull Fist, ale z ich koncertu jestem jak najbardziej zadowolona. Oczywiście, zarówno tu, jak i w relacji twierdzę, że zarówno ich najnowszy materiał studyjny, jak i setlista, zawierają dłużyzny. W szczególności pod koniec czułam się już nieco znużona, bo nie wszystkie numery były tak rozgrzewające jak bym sobie tego życzyła. Na szczęście Kanadyjczycy nie pominęli starszych nieco Phoneix Lights, Locked In czy chociażby Crossroads. To dopiero nazywa się kawałek-petarda! Właśnie takie charakterystyczne dla Strikera heavy-thrashmetalowe brzmienie lubię najbardziej. I mimo że to nie oni byli moimi faworytami tego dnia, oba występy były świetne i pod względem poziomu muzyczno-widowiskowego stawiam je na równi.

Pierwszorzędne towarzystwo, zespoły z najwyższej półki, atmosfera jak w latach 80’tych i afterparty, na którym niestety nie udało mi się zostać – to wszystko składa się pięknie w jeden z lepszych koncertów tego roku. Warto czasem przypomnieć sobie, dlaczego trzeba wspierać młode zespoły i jaki potencjał energetyczny w sobie mają. Oby do następnego!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *