W telewizyjnym programie „The Talk” żona Ozzy’ego Osbourne’a, Sharon, postanowiła opowiedzieć historię, której kulisów nie znają nawet jej dzieci. Okazało się, że kiedy w wieku 27 lat zaczęła umawiać się z żonatym wówczas Księciem Ciemności, podczas jednej z imprez postanowiła wyznać mu swoje bezgraniczne uczucia przy pomocy… noża kuchennego.

Spotykałam się z Ozzym od pewnego czasu. Pracowaliśmy razem i spotykaliśmy się jednocześnie. On był żonaty i miał dwójkę dzieci, a ja byłam młoda, samotna, wolna i dzika.

Kiedy się ze sobą spotykaliśmy najpierw sporo piliśmy. Wiecie, tak to po prostu wyglądało. Mieliśmy właśnie kolejną sesję romansu, picia i imprezowania. To było około 4. nad ranem kiedy spytał mnie: „Jak bardzo mnie kochasz? Nie wiem czy ta znajomość przetrwa”. Odpowiedziałam: „Zrobiłabym dla ciebie wszystko. Cokolwiek. Totalnie cię uwielbiam”. On na to „Jak bardzo mnie kochasz?”. „Oddałabym za ciebie swoje życie”.

„Ok, udowodnij to”, powiedział Ozzy. To nie był on. To byłam ja, ja i jeszcze raz ja. Ja mam skłonności do bardzo dramatycznych zachować, o czym zresztą wszyscy wiecie. Jeśli coś powiem, lubię obracać słowa w czyny. Powiedziałam więc: „Pokażę ci jak bardzo cię kocham. Umarłabym dla ciebie”. Podeszłam więc do stolika należącego do serwisu pokojowego, zapełnionego frytkami, burgerami i stekami. Oczywiście leżał tam też nóż do steków. Wzięłam nóż i powiedziałam: „Właśnie tak mocno cię kocham”.

Ciach, ciach, ciach, na moim przedramieniu. I, niestety, cięłam nieco zbyt głęboko, moja ręka nie chciała przestać krwawić. Powiedziałam więc: „Skarbie, myślę, że powinniśmy wezwać karetkę. To nie chce przestać krwawić”. Bardzo szybko wytrzeźwiałam. Pogotowie przyjechało na miejsce, a ja powiedziałam: „Po prostu mi to zabandażujcie”. „Nie, to jest próba samobójcza” – odpowiedzieli. „Właściwie to nie, jestem zwyczajnie pijana. Nie wiedziałam, co robię” – odparłam.

Zabrali mnie do szpitala. Byłam gdzieś w okolicach Indianapolis podczas, gdy trwała trasa. Powiedziałam im: „Nie, obiecuję. To nie była próba samobójcza. Przysięgam”. Wezwano później lekarzy psychiatrów, policję, a mnie uziemiono w szpitalu.

Blizny na przedramieniu zostały mi do dziś. Zostałam zamknięta w szpitalu za bycie zbyt dramatyczną i pijaną w tym samym czasie. Nikt nie mógł nic zrobić. Ozzy nie był moim mężem, więc nie miał żadnych praw do widzenia się ze mną. Od lekarzy zależało czy uznają, że brzmię wystarczająco normalnie by mnie wypuścić. A to, że nie jestem chora, było mi bardzo trudno udowodnić. „Proszę, mogę teraz wyjść? Autobus jedzie dalej w trasę, muszę dojechać do kolejnego miasta. Chcę wyjść”. „Nie” – odpowiadali.

Jeśli więc słuchają mnie ludzie, którzy lubią się ciąć by komuś coś udowodnić lub pokazać, pozwólcie, że wam coś powiem – blizny to coś, co ukrywam ze wstydem. Opowiadam wszystkim, że zostałam zaatakowana przez psa, którym tak naprawdę byłam ja, i twierdzę, że rzucił się na mnie Doberman, a to są ślady po ugryzieniach. Za każdym razem, gdy byłam u lekarza musiałam powiedzieć: „Tak, to przez psa”. Nie, to się stało przy pomocy noża do steków. Brudnego noża. Pijana, starająca się zachowywać dramatycznie. I wiecie co? Blizny nie odchodzą – one zostają na zawsze. To jest coś w stylu: „Dorośnij. Po prostu dorośnij”. Spójrzcie na to. To jest smutne i patetyczne na 61-letniej kobiecie. Niech to będzie dla nas wszystkich ostrzeżenie.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *