Setheist – zespół z Lublina, który powstał w 2013 roku. Bliżej prawdy byłoby stwierdzenie, że został reaktywowany, tudzież odrodził się z istniejącego wcześniej Seth (na skutek dołączenia do składu frontmanki – Maksyminy). Mówią o sobie, że grają melodic metal upiększony kobiecym wokalem. Już po około roku wspólnej pracy wydali EP-kę The Flash Of Creation, która była całkiem niezła. Nie próżnowali też z koncertami.

Mamy rok 2017 a Setheist wypuszcza swój debiutancki album długogrający, o którym tu własnie będzie mowa. Miesiąc później, dzięki pokonaniu licznej konkurencji w eliminacjach, zespół wygrywa występ na Woodstocku. Te dwa fakty powinny świadczyć o wysokim poziomie debiutantów i gotowości do występów nawet na największych scenach. Nie mnie to oceniać jednak. Ja tu jestem z powodu krążka They.

fot. Marek Kowalski

fot. Marek Kowalski

40 minut i 33 sekundy, czyli 9 utworów, które mogą wzbudzić zachwyt, mogą się spodobać, mogą skłonić do zagłębienia się w nie, mogą być akceptowane tylko w przypadku „muzyki w tle”. Na pewno zbiorą wiele bardzo rożnych opinii na swój temat.

Zanim przejdę do omawiania zawartości, chciałam zwrócić szczególną uwagę na okładkę. Bardzo gratuluję zespołowi wyboru projektu, a grafikowi jego wykonania. Tego typu składy często przesadzają z tym, co się dzieje w artworkach. Często jest namazane, średnio wyraźne i wszystko w jakichś ciemnych tonacjach. Setheist zrobił to bardzo subtelnie. Grafika nawiązuje do tego, że w całym zamieszaniu bierze udział kobieta. Kojarzy mi się to trochę z grafikami Behemotha, a to chyba dobrze dla zespołu.

Przejdźmy jednak do najważniejszego, czyli do muzyki którą nas raczy lubelski skład.

fot. fb Setheist

Początkowo powątpiewałam, czy faktycznie słusznie określają się melodyjnym metalem. Ja bym raczej nazwała to rock metalem, lub hard rockiem. Oczywiście z domieszką melodyki żeńskiego wokalu. Jednak solówki, jakimi jesteśmy częstowani przez cały album, faktycznie nadają melodii i w zasadzie bardzo mocno zmieniają charakter całego brzmienia. Panowie częstują nimi bardzo hojnie, ale ze smakiem. Jest to wszystko idealnie wyważone. W zasadzie ani razu nie miałam uczucia przesytu nimi. A zaznaczę, że za takimi kombinacjami nie przepadam.

Moją ulubioną w całym tym zamieszaniu jest sekcja rytmiczna. Chapeu bas za nienarzucającą się, lecz pełną charakteru i wyraźnie podkreśloną perkusję. Na szczególne uznanie zasługuje ten, którego zwykle nie słychać. Basista. Po pierwszym przesłuchaniu albumu bardzo się ucieszyłam z wyraźnie zaznaczonej i mocno poprowadzonej linii basowej. Bardzo lubię, kiedy zespół pozwala sobie na wyróżnienie brzmienia grubych strun. Nie zawsze jednak to pasuje. Trzeba potrafić wyczuć temat. Poza tym uważam, że Konrad Lisicki jest bardzo dobrym fachowcem, fajnie bawi się dźwiękami i pozwolił sobie na delikatne solówki basowe, co też zawsze propsuję.

Gitara rytmiczna nadała oczywiście hard rockowego charakteru całości, idealnie poprowadziła i ukierunkowała brzmienie materiału. Pan gitarzysta doskonale wie, jak robi się te rzeczy z instrumentem. On przede wszystkim to rozumie – co i jak gra. Nie jest to może jakieś odkrywcze granie, ale bardzo świadome i przemyślane.

Czas więc na nasza gwiazdę, czyli Maksyminę Kuzianik – wokalistkę. Sprawa z Maxi jest taka, że ja już ją słyszałam nie raz – na koncertach. Słyszałam ją w występach zarówno z zespołem jak i w gościnnych dogrywkach. Z tą dziewczyną jest tak, że ona absolutnie ma potencjał, śpiewa przyzwoicie, ale jeszcze dużo pracy przed nią. Wielu moich kolegów zachwyca się Maxą i jej głosem, ale ja uważam (za co pewnie dostanę od nich bęcki), że jeszcze niestety nie ma czym. Na albumie nie wypadła dobrze. Wszystko jest takie spłycone, gdzieś wepchnięte w tył. To brzmi, jakby wyśpiewała wszystko w jednej tonacji. Ja na pierwszej linii słyszę gitarę, nawet bas i gary, a Maxa gdzieś tam jest za nimi. Brakuje mi siły przebicia. Wiem, że dziewczyna potrafi dużo, słyszałam ją na żywo, słyszałam ich EP-kę, na której Maksymina wypadła o niebo lepiej. Tu wydarzyło się coś niedobrego. Ja bym chciała, żeby ona szła w zaparte w tym co robi. Żeby się doskonaliła, bo za kilka lat możemy w końcu mieć zajebisty zespół metalowy z laską na wokalu. Taki do pokazania światu. Muzyków już teraz bym mu bez problemu pokazała, ale Maxa musi jeszcze popracować.

Pomimo średniego przekonania do Maxy mam ulubiony kawałek z płyty, w którym jej wokal nawet mi się podoba. Chodzi o pozycję tzrecią, pt. „33.” Sprawdźcie to koniecznie. Całość czeka na Was poniżej recenzji.

Zastanawiam się jak podsumować całość. Już wiem: To co ja napisałam, to jest wyłącznie moja subiektywna opinia. Mam wielki szacunek i sympatię do zespołu, ponieważ znam ich w zasadzie od początku działalności. Płyta płytą, a koncerty koncertami. Powtórzę tylko tyle, że w tym roku grają na Przystanku Woodstock. To świadczy o poziomie jaki reprezentuje Setheist. Trzymam kciuki, życzę sukcesów, Was zapraszam do zapoznania się z materiałem i zespołem.

Mikaka

Lista utworów:

1. Vanishing People
2. The Greatest Story Ever Told
3. 33.
4. What Is Hidden & What Is Not
5. The Other Side
6. Swines
7. Fetus In Fetu
8. Stranger
9. The Truth Is Out There

Maksymina ‚Maxi’ Kuzianik – vocals
Tomek ‚Longo’ Ciecieląg – guitar
Tomek ‚Kieł’ Lato – guitar
Tomek ‚Długi’ Krawczyk – drums
Konrad ‚Tomek’ Lisicki – bass

ocena 6,5/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *