Muzyka Maiden towarzyszy mi niemal całe życie. Przeszedłem wszystkie etapy, od stopniowego poznawania dyskografii, przekopywania się przez B-sides, covery, projekty poboczne i przeczesywanie internetu, kupowanie wszelkich produktów sygnowanych logo zespołu (do dziś mam piórnik z czasów szkolnych ozdobiony buźką Eddiego). Wreszcie nadszedł etap najprzyjemniejszy, czyli koncerty. Najpierw tylko w Warszawie, potem w innych polskich miastach, aż w końcu zaczęły się europejskie wojaże za Dziewicą. Opisywany dziś lizboński koncert był moim osiemnastym w życiu i szóstym na trasie Legacy of the Beast. I był jednym z najlepszych!

Przed Maidenami zaprezentowały się zespoły Tremonti i The Raven Age, z synem Steve’a Harrisa na wiośle. Oba zespoły stylistycznie do Maidenów nie pasują, oba entuzjazmu nie wzbudziły.

Publika zadrżała, gdy z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki „Doctor Doctor”. Nareszcie! Na scenę utrzymaną w klimacie zasieków wojskowych, w towarzystwie dmuchanego samolotu Spitfire, wbiegli Maideni, a publika po prostu oszalała! Atmosfera w stolicy Portugalii była znakomita, cała hala żyła koncertem, a Bruce bardzo chętnie oddawał publice refreny. Po otwierającej Bitwie o Anglię („Aces High”) przenieśliśmy się płynnie do szturmowania dostępnej tylko Orłom fortecy („Where Eagles Dare”), szaleństwo zaczęło się Dwie Minuty Przed Północą i podczas Troopera, gdzie Bruce stoczył efektowny pojedynek z Eddiem. Prawdziwą perełką pierwszej części setu jest walka o szkocką wolność w „Clansmanie”! Ukłony do ziemi za odkurzenie tego wałka. Ciary przechodziły, gdy kilkanaście tysięcy gardeł skandowało „Freedom!”.

Szybka zmiana scenografii i z okopów trafamy do świątyni. To tło dla „Revelations„, ale przede wszystkim dla jednego z najwybitniejszych utworów, który zespół nagrał po zjednoczeniu. Mowa o przejmującym „For The Greater Good of God”. W przeciwieństwie do nieco przypadkowej publiki na festiwalach, Portugalia przyjęła tego kolosa znakomicie. W tym samym klimacie pozostaje, po kolejnej przebierance Bruce’a, legendarny „Sign of the Cross„.  Mimo całej sympatii do Bayley’a, Dickinson wnosi numer na wyższy poziom. Po drodze był jeszcze „Wicker Man„, a granym po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat Lotem Ikara spadamy wśród miotanych przez Bruce’a płomieni prosto do piekła. Scenę przy okazji „The Number of the Beast” i „Iron Maiden” nawiedza też nowy, znacznie mroczniejszy Eddie. Mniej więcej wtedy właściciel jednej z kartek „Pick Please” został jej pozbawiony, gdyś okoliczni fani ocenili, że nie czas to, ni miejsce, na manewry godne chorych córek z olx ;) . Poza tym rodzynkiem publiczność była niesamowita, ludzie bawili się znakomicie, ale nawet tak podekscytowani ludzie zachowywali niezbędne minimum kultury, więc było dużo przyjemniej niż w naszym kraju.


Koncert kończyliśmy żelaznymi klasykami. W końcu, po „Run To The Hills” światła zapalają się, muzycy rozrzucają fanty, a Eric Idle śpiewa optymistyczne przesłanie o jasnej stronie życia.

Koncerty Iron Maiden to już nie tylko wydarzenia muzyczne. Trasa Legacy of the Beast to efektowne show, na scenie bardzo wiele się dzieje, wystrój sceny imponuje, ale sercem tych znakomitych występów jest sześciu genialnych muzyków. Gotowi na Kraków? Up the Irons!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *