Niecałe 20 lat temu, 11. Kwietnia 1996 r., wejherowskie trio w postaci Suclagusa, Nantura Aldarona i Thoarinusa wydało „Wicher”. Jeden z najważniejszych tworów w historii polskiego black metalu. Album wyjątkowy, przepiękny, doniosły, majestatyczny, ponadczasowy. Rzecz, która spokojnie konkurowała z „jedynką” Behemoth, a samo Sacrilegium było w tamtych czasach zespołem mającym ogromne szanse, by zaistnieć poza granicami Polski (w środku lat 90. Fenriz z Darkthrone planował z nimi wspólną trasę obfitującą w kilka małych koncertów, lecz coś się popsuło i ciekawy plan spalił na panewce), ale niestety wszystko wyszło dosyć niekorzystnie dla chłopców z Kaszub. Po legendarnym „Wichrze” panowie wydali dwa demosy oraz split z North i Neasit, a w nowym tysiącleciu rozpadli się, słuch o nich zaginął.

Sacrilegium, band photo

Teraz, 20. marca, mija właśnie 3. dzień od premiery najnowszego dzieła Sacrilegium. Czy zespół udowodnił, że po niemalże 2. dekadach odstępu między debiutem da się nagrać krążek, który mu dorówna, przebije? Czy będzie to stuff z miejsca zyskujący uwielbienie fanów black metalu? Takie pytania ciekawią mnie najbardziej, ponieważ „Anima Lucifera” to krążek bardzo dobry, zrobiony z pasją, szczerą chęcią do zasiania rozpusty, fakt. Jest jednak pewien szczegół, dosyć istotny. Mianowicie, druga pełnoprawna płyta Sacrilegium nie ma zbyt wiele, wspólnego z „Wichrem”. Można tu nawiązać pewne nawiązania do kultowego debiutu, chociażby rozmarzone „Preludium” świadomie będące przywołaniem wspomnień towarzyszących przy gitarowo-klawiszowej introdukcji „W Dolinie Rwących Potoków”, natchnione i przepiękne, oryginalne pasaże w średnich tempach, gdzie aż roi się od wyrazistych, zapamiętywalnych melodii, ale to na tyle.

Sacrilegium, band photo

Różnice między „jedynką” a „Anima Lucifera” przeważają w znacznej mierze. Po pierwsze – brzmienie. Niepodrabialny leśny klimat zastąpiono współczesnym soundem. Już widzę, jak bardzo krzywią Wam się mordki, ale spokojnie. W tym przypadku zmiana jest uzasadniona. Dlaczego? Kompozycje „Sacrilegium” uległy znacznej zmianie. To już nie jest mocno pagan blackowa motoryka kawałków znana z „Wichru”. Kawałki są znacznie szybsze, mknące przed siebie z prędkością światła. Napędzane szybkostrzelnymi riffami, poganiane kanonadą rozszalałych blastów. Klawisze, których jest na „Anima Lucifera” całkiem sporo nie pełnią tutaj takiej funkcji, co na krążku sprzed 20. lat. Klawiszowo-gitarowye pasaże to odległa przeszłość. Teraz panowie zainkorporowali ten niezwykle kontrowersyjny w black metalu instrument jako narzędzie drugoplanowe, co nie znaczy, że mniej ważne. Aż prosi się, by przywołać niezapomniane „Anthems to the Welkin at Dusk” Emperor. Tutaj mamy dokładnie to samo, nawet pod względem kompozycyjnym można dostrzec pewne (chociaż nieliczne) podobieństwa do dwójki Emperor. Zmiany dosięgły także wokali (co jest akurat dosyć oczywiste) oraz tekstów. Jeśli ktoś pragnie dawki pogańskich filozoficznych liryk, może być mocno skonsternowany.

Sacrilegium, logo

Kurczę, powroty po latach to jedna wielka niewiadoma. Niektóre kapele mogą wydać rzecz absolutnie niedorastającą do pięt dokonaniom z odległej przeszłości, aczkolwiek trzymającą wysoki poziom, inne mogą je przebić (wyjątkowo rzadka sytuacja), a jeszcze kolejne wydać kaszanę, która nic im nie przyniesie, ale za to zabierze masę wielbicieli. Sacrilegium definitywnie należy do tej pierwszej grupy. „Anima Lucifera” nie stoi nawet koło „Wichru”, ale profesjonalnego podejścia i chwytliwości w tych kompozycjach odmówić chłopakom nie jestem w stanie.

 

7.5/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *