2016 rok przyniósł nam płyty, na które znaczna rzesza słuchaczy metalu wyczekiwała. Dostaliśmy nowy Thermit, dostaliśmy powrót Destroyer 666, nową płytę Grand Magus (co do której mam masę zastrzeżeń), czy nowe DevilDriver, oraz długo wyczekiwaną płytę solową Abbatha z kultowego Immortal. Można by wymienić jeszcze wiele tytułów, jednak chyba żaden z nich nie wzbudził tak wielu emocji, zarówno negatywnych jak i pozytywnych, co obiecana płyta Sabaton. Jedni reagowali erekcją, inni pełnym politowania uśmiechem, a jeszcze inni uznali z góry płytę za żenadę, przemilczając temat. Byli też tacy, którym uśmiech z twarzy nie schodził na samą myśl, że oto szwedzka gwiazda ponownie zabłyśnie. Przed Wami 8. album studyjny Sabaton – „The Last Stand”. Okazał się on zbiorem utworów tak wybitnie dobrych… jak i wybitnie złych. Zaczynamy!

heavyrock

19 sierpnia 2016 roku światło dzienne ujrzała najnowsza płyta Sabaton – „The Last Stand”. Długo myślałem nad napisaniem tej recenzji, bowiem polskie słownictwo nie zna słów, które wyrażają zarazem duży zachwyt i pewne rozczarowanie. Nie można jednak zwlekać. Za wiele jest do opowiedzenia. Przede wszystkim kapela postarała się połączyć nowe ze starym. Muzycznie jest to tęsknota za czasami „The Art of War”, tak w kompozycji utworów jak i w schemacie tworzenia riffów. Jest jednak sporo nowych elementów. Naleciałości folk metalu, więcej chórów, bardziej techniczne, gitarowe sola, odejście w pewnym stopniu od „ciężaru” znanego z poprzedniej płyty „Heroes”, większy nacisk położono na marszowe zagrania perkusyjne, jeszcze lepsze od tych znanych z „Attero Dominatus” czy „Carolus Rex”, wymieszanie tematyki związanej z wojnami XX wieku z czasami wcześniejszymi. Są także autoplagiaty, ale umówmy się – każda kapela z długim stażem, a niemal dwudziestoletni staż Sabaton należałoby do takich zaliczyć, popełnia je i byłoby hipokryzją wypominać to Sabaton, nie wypominając tego innym.

Płytę otwiera poświęcony bitwie pod Termopilami utwór o prostym, acz sugestywnym tytule „Sparta”. Abstrahując na razie od sfery muzycznej należy wspomnieć, że utwór wprowadza nas w tematykę bitew, które nie miały prawa się udać, a w których walczyli ludzie nie bojący się śmierci, którzy wygrywali, bądź przegrywali za wartości, w które wierzyli. Za rodziny, które kochali. Za ojczyznę, której musieli bronić. A byli w tej walce sami, bez pomocy. To jest istota tej płyty. Walka za wszelką cenę, nawet jeśli jej wynik mógł od samego początku być przesądzony. Sam utwór z kolei jest pełnym majestatu hymnem ku chwale króla Leonidasa i 300 Spartan, którym przyszło walczyć za Helladę, gdy Persowie bili do jej bram. Na pewno znajdą się tacy, którym będą przeszkadzać bez cienia wątpliwości akcentowane bardziej niż kiedykolwiek klawisze. Tylko czy w Sabato, kiedykolwiek ich zabrakło?

Drugi utwór na płycie – „Last Dying Breath” – stoi jakby w muzycznym kontraście do swojego poprzednika. Jest żywiołowy, dynamiczny, mniej majestatyczny, a bardziej rozpędzony. Nasuwa trochę na myśl czasy „Attero Dominatus”. Tematyka utworu jest też bliższa temu, z czym Sabaton kojarzą starzy fani. Opisuje on wydarzenia z 1915 roku, gdy major Dragutin Gavrilovic bronił Belgradu przez zjednoczonymi wojskami Niemiec i Austrowęgier, mając do dyspozycji jeden batalion i 340 ochotników przeciw dobrze zorganizowanej, uzbrojonej armii okupacyjnej. Utwór naprawdę dobry, zionący jakimś duchem Judas Priest czy Accept. Z resztą co się dziwić, panowie wyrastali ze szkoły tych dwóch gigantów.

heavyrock

Trzeci utwór to dla mnie absolutnie negatywny fenomen na tej płycie. Nie potrafię dojść do tego, co panowie, a Joakim szczególnie, mieli w głowach, gdy go nagrywali, publikowali i wywindowali. Mowa tu o „Blood of Bunnockburn”. Z jednej strony mamy tutaj doskonale znany wątek walki Szkotów dążących do niepodległości pod dowództwem Roberta Bruce’a oraz Edwarda Bruce’a, z imieniem Williama Wallace’a na ustach, z drugiej zaś zespół rzuca nam w twarz tandetną melodią (której pozytywnym aspektem są chyba tylko dudy na początku utworu), krępująco słodką kompozycją instrumentalną oraz partiami wokalnymi, aspirującymi do hitów radiowych RMF FM. Nie mogło być za dobrze, a dotąd było.

Kolejne dwa utwory są ze sobą ściśle powiązane nie tylko tematycznie, lecz także kompozycyjnie. Pierwszy z nich, „Diary of The Unknown Soldier”, to 52-sekundowa inwokacja, wprowadzająca nas w podniosły nastrój „The Lost Battalion”. Oba utwory razem skupione są wokół wydarzeń mających miejsce w Lesie Argońskim, gdzie pomiędzy 2 a 8 października 1918 roku 550 amerykańskich żołnierzy z 77 Dywizji zostało okrążonych przez wojska niemieckie. Mimo utraty 197 ludzi i wzięciu do niewoli / zniknięciu niemal 150, udało się grupie 194 osób przełamać linię niemiecką, wydostając się z okrążenia. Na cześć tamtych wydarzeń ochrzczono ich mianem „Zaginionego Batalionu”. Trzeba uczciwie powiedzieć, że utwór traktujący o tych wydarzeniach jest jednym z najlepszych na płycie. Podniosły. rozbudowany. melodyjny, stosunkowo ciężki, utrzymany w umiarkowanym tempie, okraszony wspaniałym chórem w refrenie. Sabaton oddał godny hołd żołnierzom amerykańskim, komponując przy tym, bez wszelkiej przesady, jeden z najlepszych utworów w swojej karierze.

www.youtube.com/watch?v=7jTgkTEDDog

Kolejny na liście „Rorke’s Drift” to tęsknota za początkami zespołu. Riff przewodni nasuwa nawet na myśl „Metalizer” czy „Metal Crue”, albo „Metal Machine”. Oczywiście zaraz odezwą się napaleńcy krzyczący, że Sabaton i tak cały czas gra to samo, więc o czym ja w ogóle tu piszę. Uważam jednak, że trzeba być głuchym, by nie zauważać (usłyszeć) zmian, jakie zaszły na płaszczyźnie muzycznej w tej kapeli, więc może pozostawmy ten wątek. Sam utwór, mimo nawiązań do poprzednich dokonań zespołu, tematycznie stanowi pewną egzotykę. XIX wiek. Rok 1879. Plemię Zulusów. Południowa Afryka. Brzmi nietypowo? W odniesieniu do Sabaton pewnie tak. Sama opowieść związana z tym utworem już sama w sobie jeży włosy na głowie. Oto na bazę brytyjską napada rozwścieczona horda 4 000 Zulusów chcących przybyszów z Europy wyrżnąć w pień. A na posterunku było wówczas raptem 139-150 Brytyjczyków. Wiecie co jest ciekawe? Czarnoskórzy stracili 550 wojowników, Brytyjczycy raptem 17. Po tej bitwie 11 żołnierzy nagrodzono Krzyżem Wiktorii, najważniejszym odznaczeniem wojskowym w Wielkiej Brytanii.

Po „Rorke’s Drift” Sabaton daje nam w pysk kawałkiem, którego refren prześladował wszystkich, którzy śledzą poczynania kapeli na portalu YouTube. Mowa tu o tytułowym „The Last Stand”. Kawałek z wszech miar… stanowiący kwintesencję Sabatonu. Niby jest nijaki, przewidywalny, urozmaicony chyba jedynie niesamowicie podniosłym i majestatycznym refrenem, wzmocnionym chórem. Jest w nim coś takiego, że chce się go słuchać. Może to melodyjne solo, może agresywny riff przewodni, może ekspansyjne klawisze, może rytmiczna perkusja, może ten stary, dobry wokal Joakima. Nie jest to ani najlepszy, ani najgorszy kawałek, nie jest też zapchajdziurą. To po prostu doskonałe świadectwo sabatonowego rzemiosła.

www.youtube.com/watch?v=Ylyqoxh-cXk

Kolejny utwór to pędzące diabelstwo poświęcone tematyce, przez którą Polaków z kompleksem małego penisa będą kukle swędzieć. Mowa tu o „Hill 3234”. Utwór jest mroczny, szybki i agresywny. To granie, które Sabaton nie zawsze uskutecznia, ale jak już to z pełną gracją i zawsze w innym stylu. Pamiętacie utwór „Wehrmacht”? Albo „Inmate 4859”? To jeden z tych, mrocznych wałków. A co do tematyki utworu, to traktuje on o zwycięstwie Sowietów nad Mudżahedinami. 39 Sowietów nad prawie 400 Mudżahedinami. Mowa tu o obronie wzgórza 3234, mającej miejsce w 1988 roku, w czasie interwencji radzieckiej w Afganistanie.

O utworze, który następuje po „Hill 3234”, boję się pisać. Nie dlatego, że jest zły, lecz dlatego, że tak bardzo mi się spodobał i problemem będzie zachowanie zdrowego dystansu oraz obiektywizmu. Mowa tu o „Shiroyama”. Jest banalnie prosty, niemal tandetnie melodyjny, klawisze idą kropka w kropkę z gitarami. A jednak coś w nim jest. Wpada w ucho, jest bardzo podniosły, bo i traktuje o tematyce, którą należałoby godnie uczcić. Został umiejscowiony niemal na końcu płyty, tak by fani musieli na niego zaczekać. To dobry utwór. Zdecydowanie nie najlepszy. Nie najbardziej wyszukany. Bardzo charakterystyczny dla Sabatonu. A jednak jestem w stanie zrozumieć każdego, kto z uporem maniaka będzie klikał przycisk „replay”. Ten utwór to wspaniała opowieść o tym, jak w czasach dynastii Meiji zmieniła się Japonia oraz jak upadła chluba i duma tego kraju – Samurajowie. To opowieść o tym, jak 500 obrońców feudalizmu i wartości przodków przeciwstawiło się niemal 30 000 zwolennikom okcydentalizacji Kraju Kwitnącej Wiśni. 

Zafascynowanie polskich fanów muzyką Sabaton sięga daleko głębiej, niż tylko do płyty „The Art of War” oraz utworu „40:1”. I, pomimo wszelkich zarzutów kierowanych w stronę zespołu za domniemane lizusostwo i chęć zarobienia na polskiej naiwności, grono przyjaciół i osób zafascynowanych muzyką Sabaton z każdym rokiem rośnie. Tym razem zespół dał nam utwór, symboliczny, z pewnych względów wyjątkowy. Mowa tu o „Winged Hussars”, utworze poświęconym szarży Husarii pod Wiedniem w 1683 roku. Wówczas chluba polskiej jazdy przepędziła ogromne siły Imperium Osmańskiego, przeliczane na 138-300 tys ludzi. Muzycznie utwór w pełnej krasie nawiązuje do czasów „Art of War”, szczególnie w warstwie instrumentalnej. Główny riff jest tutaj  z resztą zabójczo podobny do tytułowego kawałka z „Art…”. Znajdą się na pewno ludzie, którzy potraktują ten autoplagiat jako pretekst do jeszcze większej beki z zespołu. Z mojego punktu widzenia należałoby potraktować to jako typowy dla Sabatonu zabieg, w którym większą rolę odgrywa tekst, aniżeli instrumentalium.

Płytę zamyka przepełniony melancholią utwór „The Last Battle”. Jest on poświęcony bitwie pod fortem Itter, znajdującym się na terenie Austrii w górach Tyrolskich. Tak całkowicie uczciwie odnoszę wrażenie, że ten kawałek zaburza porządek płyty. Jest wolny, melancholijny, stonowany, główny akcent położono na klawisze. Podejmuje też chyba najtrudniejszą tematykę, mianowicie sojusz wojsk Wehrmachtu i USA przeciw oddziałom SS. Całego przebiegu tych wydarzeń nie będę wam jednak przybliżał. Sabaton wziął na warsztat temat z wszech miar trudny i myślę, że każdy z pasjonatów historii powinien zgłębić go indywidualnie. Ogromny szacunek dla nich za to. Pojawia się jednak problem, bo tym utworem kończy się płyta.

Ocena jej nie jest łatwa. Z jednej strony otrzymujemy dobrze znane z muzyki Sabaton utarte schematy, z drugiej zaś czuć powiew świeżości oraz pewną dojrzałość. Ta płyta zsumowała dotychczasową karierę zespołu, dając wskazówkę, jaki kierunek mogą obrać w przyszłości. Pojawiło się kilka autoplagiatów, pojawiły się nowe rozwiązania, pojawiły się odważniejsze posunięcia muzyczne oraz – co dla mnie najważniejsze – dobrze napisane teksty. To dobra płyta, do której warto będzie wracać. Sabaton znowu pokazał, że jeszcze sporo ma do powiedzenia i z tej sceny nie zniknie.

Jeremi „Jerry” Kołecki

Ocena: 7,5/10

Data premiery: 19 sierpnia 2016

Wytwórnia: Nuclear Blast

Skład zespołu:

Pär Sundström – gitara basowa

Joakim Brodén – wokal prowadzący

Thobbe Englund – gitara

Chris Rörland – gitara

Hannes Van Dahl – perkusja

Lista Utworów:

1.”Sparta”

2.”Last Dying Breath”

3.”Blood of Bannockburn”

4.”Diary of Unknown Soldier”

5.”The Lost Battalion”

6.”Rorke’s Drift”

7.”The Last Stand”

8.”Hill 3234″

9.”Shiroyama”

10.”Winged Hussars”

11.”The Last Battle”

 

 

2 Komentarze Sabaton – „The Last Stand”: Recenzja

    1. Jerry

      Kawałek „Last Stand” został opisany przeze mnie głównie muzycznie, a że analiza wyszła dość długa, stwierdziłem, że by nie męczyć za bardzo czytelnika, wątek fabularny pominę. Oczywiście, jeśli ktoś będzie miał takie życzenie, mogę historię z Rzymu roku 1527 przybliżyć :)

      Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *