Najnowsza propozycja zespołu, już „tylko”, a może od zawsze, „tylko” braci Sakisa i Themisa Tolisów ma dwie podstawowe zalety. Po pierwsze nikt nie musiał zaryzykować ani jednej eurodrachmy, by zapoznać się z jej zawartością, bo premierę zgodnie z panującym trendem miała za free, via internet. Po drugie: po jej przesłuchaniu skołowani słuchacze ani nie splują jej za poziom, ani nie wywyższą pod grecki Olimp za jakąś wybitną zajebistość… właśnie dlatego, że będą zdezorientowani. Grecy z Rotting Christ, już od czasu powrotu do łask szerszej publiki, czyli wydanej prawie 10 lat temu płyty „Theogonia”, ani myślą zmieniać trajektorii swojego „Gnicia”, znów nagrywając kunktatorsko, „podobnie” zabarwiony materiał. „Podobnie”, bo mimo, że trzon tej muzyki niezmiennie oparty jest na sprawdzonej formule melodyjnych riffów i tekstowemu utwierdzaniu ziemian w przekonaniu, że Lucyfer woli leżakować w towarzystwie obnażonych cycków Bogiń, gdzieś na Korfu, niż straszyć po kościołach, to jednak nie brak tutaj starań w celu pokombinowania, z i tak wysokim poziomem patosu i bogatym repertuarem środków wyrazu.

rottingchristritualscd

Po spokojnym wysłuchaniu „Rituals” trochę mnie to jednak martwi, bo podobnie jak było to w przypadku „Aelo”, Sakis Tolis przegiął chyba pałę z dźwiękowym nadawaniem swoim piosenkom wymiaru nowej, satanistycznej „Iliady”, czy „Odysei”. Pompa i tytułowe, „rytualne” uwznioślenie, miejscami przesłania obraz trzonu tej muzyki, którym od zawsze był black metal z naleciałościami heavy. Sam zastanawiam się, czy jest to jakieś rozwinięcie tematyczne konwencji zapoczątkowanej na poprzedniej płycie – „Kata Ton Daimona Eyatoy” – czy kolejna niepotrzebna próba dorównania w skali artystycznego rozbuchania krajanom z Septicflesh. Jeżeli to pierwsze, to obawiam się, że wszystko w tym temacie opowiedziano w poprzednim rozdziale życia Rotting Christ; jeżeli to drugie, to po co kopać się z Koniem Trojańskim, skoro tak dobrze robiło się po prostu swoje? Wprawdzie na sam początek, „Rituals” podstępnie obiecuje skopać dupę, rozpędzonym, rozbzyczanym, greckim przyłożeniem, lata temu rozpropagowanym w naszym kraju dzięki płytom Varathron czy Nightfall, to okazuje się to jedynie krótkim sprintem w progi greckiej, a może nawet globalnej tragedii. Po wybrzmieniu ostatnich sekund „In Nomine Dei Nostri”, który spokojnie mógłby uzupełnić skład pamiętnej „Theogonii”, podnosi się kotara w amfiteatrze i wybucha granat z tłustą, aspirującą do miana muzycznej mantry wzniosłością. O ile w takim „Ze Nigmar”, można jeszcze przysiąść pod ciężarem stalowego, pochmurnego zwolnienia i ataku męskiego chóru, to już na wysokości trzeciego w stawce – „Les Litanies De Satan (Les Fleurs Du Mal)”, nerwowo drapię się po dupsku, zastanawiając się, czy to przypadkiem nie ta sama piosenka, tylko zgrana od tyłu i dla picu zaśpiewana po francusku.  Oto i cała bolączka „Rituals”. Choć materiał rozpisano na 10 rozdziałów, to wciąż mam wrażenie, że słucham co najwyżej dwóch kompozycji, wyczerpujących do cna asortyment pomysłów, przy tym całkowicie zaspokajających mój głód na takie granie. Inną sprawą są gęste nawiązania do greckiego folkloru, które na wysokości „Tou Thanatou” niebezpiecznie ocierają się o jarmarczny kicz. Nie jestem w stanie czynić z tego poważnego zarzutu, bo taką estetykę w metalu albo się kocha, albo nienawidzi, ale zawsze jest ona gdzieś tam obecna. Pragnę tylko przypomnieć, że na poprzednim materiale, dzięki udziałowi duetu wokalnego sióstr Suzany i Eleni Vougioukli, takie fajerwerki odpalało się z większą klasą, nie powodując u słuchacza efektu przymrużenia oka.

Mimo wykrytych mankamentów, niepodobna nazwać „Rituals” płytą słabą. Ze względów formalnych wszystko zgadza się tutaj jak w zegarku. To chyba najlepiej  i najpotężniej brzmiąca pozycja w historii twórczej Rotting Christ. Tonaż dźwięku idealnie spasowany do rozbudowanej wagi kompozycji, imponująca, inspirowana klipami Celtic Frost oprawa graficzna, czy sprawnie roztaczana atmosfera magii, zaklęć i rytuałów. Problem leży jednak w przedobrzeniu i bolesnej monogamii kompozycyjnej, powodującej bardzo ciekawe zjawisko. Jeżeli spożywasz „Rituals” na wyrywki, po jednym kęsie dziennie, to odkryjesz, że czy będzie to rozwleczony „Konx Om Pax”, czy hitowy „Devadevam”, zawsze odczuwasz przyjemność z odsłuchu, natomiast jednorazowe podejście do całego materiału może okazać się barierą nie do pokonania, a wręcz prowokować odruch nerwowego poszukiwania przycisku przewijania na odtwarzaczu. To trochę jak próba zeżarcia greckiej karydopity, która tłustością i słodkością zalepia ci przełyk w dwie sekundy. W konsekwencji, kiedy patrzysz na cały talerz tego przysmaku, morzą Cię mdłości, następnego dnia jednak i tak sięgasz po to do kawy. Jak we wstępie, ani tak, ani siak, czyli pewnie średnio. Zresztą sami oceńcie. Dziękuję za uwagę.

 

Megakruk

Ocena:

6/10

Wydawca: Season Of Mist

Premiera: 12 lutego 2016 r.

Twórcy:

  • Themis Tolis – instrumenty perkusyjne
  • Sakis Tolis – gitara, gitara basowa, wokale

Lista utworów:

  • In Nomine Dei Nostri
  • זה נגמר (Ze Nigmar)
  • Ἐλθὲ κύριε (Elthe Kyrie)
  • Les Litanies de Satan (Les Fleurs du Mal)
  • Ἄπαγε Σατανά (Apage Satana)
  • Του θάνατου (Tou Thanatou) (Nikos Xylouris cover)
  • For a Voice like Thunder
  • Konx om Pax
  • देवदेवं (Devadevam)
  • The Four Horsemen (Aphrodite’s Child cover)

 

5 Komentarze Rotting Christ – „Rituals”: Recenzja

  1. XIXCAS

    Jak dla mnie Rituals to jest wlasnie owa „wybitna zajbistosc” i laduje na jednej pólce obok Tiamat wildhoney czy Samael Passage… spokojnie lykam calosc a pozniej jeszcze wlaczam replay, intesywnosc tej muzyki mnie powala czego dawno dawno nie doswiadczylem w black metalu.

  2. zeus

    Jak dla mnie ta płyta osiągnęła poziom mistrzostwa. Po usłyszeniu kawałka „(Ze Nigmar)” Musiałem od razu kupić tą płytę. Cała twórczość trzęsie ziemią w posadach. Mocna, brutalna i mroczna .. dla mnie 11/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *