Felieton gościnny Czytelnika serwisu

Kolejny już rok mija i, podobnie jak w poprzednich pojawiają się pełne uzasadnionego smutku podsumowania – to był fatalny rok dla muzyki. Artyści mają to do siebie, że odchodzą, czasem nawet, ze względu na intensywność prowadzonego życia, trochę wcześniej. Smutne to, ale „takie jest odwieczne prawo natury”.

Innym prawem natury może być to, że na miejsce wielkich artystów pojawiają się nowi, którzy podobnie jak tamci, zaczynają w podrzędnych klubach dla garstki znajomych. Kto wie, może w tym tygodniu, w Twoim mieście jest gig? Gra kapela, która mogłaby za rok czy pięć być znana (marzy o tym, ale przecież tego od nich nie usłyszysz). Tyle, że ani Ty na niego nie pójdziesz (bo już ich słyszałeś, albo Ci się nie chce), ani nie pojawi się na nim jakiś Grubas, który mógłby im pomóc. My sami i inni, którzy tak ubolewają nad odejściem sław, często nie robimy nic, aby ktoś kiedyś mógł sławy zastąpić. No, powiedz szczerze, czy zrobiłeś w tym roku cokolwiek, co pomogło w jakikolwiek sposób jakiejś kapeli? Jeśli tak, to świetnie! To dzięki Tobie jest jeszcze czego posłuchać.

Uprawianie muzyki, podobnie jak innych sportów, sporo kosztuje. I nie to jest zwykle sedno problemu dla samych artystów. Problemem często jest to, że nie otrzymują oni wystarczająco mocnego sygnału, że robota którą robią jest dobra, że jest dla odbiorców wartościowa, że jest im potrzebna. Ktoś powie – przecież sami powinni to wiedzieć! Oczywiście, że wiedzą, są tego pewni jak nikt inny na świecie. Ale samochód z gratami nie pojedzie na dobrą muzykę. Kiedy w grę wchodzi kasa, a wchodzi zawsze, wydawanie jej jest inwestycją. Dobrze, jeśli towarzyszy temu jakaś choćby tląca się tylko nadzieja, że kiedyś jednak na to paliwo będzie. Bo jak długo można dokładać do interesu, który dodatkowo pochłania często cały wolny czas? W pewnym momencie marzenia o wielkich scenach są już po prostu naiwnością, nie dają się obronić. Można tak pociągnąć kilka lat i w większości przypadków na tym musi się skończyć – coś trzeba jeść, gdzieś trzeba spać. „Jeśli chcesz zarobić na muzyce, sprzedaj graty”.

13116119_1288705777823662_5623143151239265613_o

Zarzucić coś można w zasadzie każdemu – kapelom, odbiorcom, blogerom, właścicielom klubów, dziennikarzom. Ciekaw jestem, ilu początkujących (czy nawet takich z pewnym scenicznym doświadczeniem) artystów usłyszało słowa wsparcia od któregoś z tych zrozpaczonych dzisiaj „dziennikarzy muzycznych”? „Róbcie to, bo to jest dobre – zrobię co w mojej mocy, żeby Wam pomóc”. „Napiszę o Was raz na jakiś czas”. Pewnie niewielu. Tu i tam pojawi się pojedynczy art, który w dłuższej perspektywie nie będzie miał znaczenia. Działania dziennikarzy trafią zresztą w końcu na nas, odbiorców tych samych do których trafiają kapele. A skoro z naszej strony odzewu nie ma…

Kiedy muzyki jest tyle, że z godziny na godzinę pojawia się coś nowego (i równie szybko znika), ważne jest, żeby docenić dziennikarzy i serwisy muzyczne, którzy filtrują, promują niezłe, rokujące treści. News o śmierci wielkiego artysty będzie się klikał i stworzenie go potrwa 2 minuty. Znalezienie dobrego bandu może potrwać dłużej i trzeba przy tym wykonać jakąś pracę. Wymaga też pewnego poczucia smaku i po prostu bycia fachowcem. Jest ryzykiem. Jeśli news o nowej, ciekawej kapeli czy płycie nie będzie się „klikał”, to w przyszłości takich newsów nie będzie. Bo skoro nie ma dla kogo robić roboty, to po co ją robić? To inne odwieczne prawo natury.

Nie jest oczywiście tak, że już teraz „robić nie ma komu”. Są dobrzy dziennikarze, pisma, są też niezależne serwisy, same kapele też często nieźle sobie radzą z własną promocją. Warto jednak mieć świadomość, że tym, bez czego ani dziennikarz muzyczny, ani bloger ani kapela się nie obejdzie jest aktywność fanów. To, co robił czy robi (bo są na to pieniądze) wytwórnia czy duży serwis muzyczny, musimy teraz robić razem, musi to zrobić 1000 osób a nie jedna. Kasa zresztą też odpływa tam, gdzie jest aktywność.

Na ogół (jasne, że nie zawsze) będzie tak: albo ktoś usłyszy o kapeli, bo mu ją podeślesz, albo usłyszy, bo zobaczy opłaconą reklamę, albo nie usłyszy wcale. Albo usłyszycie z kumplem dobry band w małej knajpie na gigu, który zorganizują (albo Wy zorganizujecie), albo usłyszycie tę samą kapelę jako support, za który być może zapłaciła (https://www.facebook.com/ipay4gigs/posts/349255788508972), albo nie usłyszycie jej wcale. Aktywność fanów, albo kasa, albo nic.

pay_with_likes

Zarzucić coś można każdemu, ale tutaj nie chodzi mi, wbrew pozorom, o przerzucanie odpowiedzialności. Pisać mi to wygodnie, bo taki rzyg odwraca uwagę od tego, że sam robię niewiele. Z tym, co robią inni, poza może zwróceniem uwagi na część problemów, nic nie mogę zrobić. Mogę natomiast i muszę zastanowić się, co ja zrobiłem, żeby było lepiej w takim zakresie, w jakim to możliwe. Żal po utracie wielkiego artysty jest o tyle wygodny, że poza uronioną łezką nic z tym faktem nie można już zrobić. Więc może jednak „niewiele” wystarczy? Może, gdyby więcej osób robiło „niewiele”, byłoby inaczej? Może Ty też zrób „niewiele”, ale zrób cokolwiek?

Kliknięcie lajka, komentarz, udostępnienie numeru, czy tekstu może być tym „niewiele”. To jest konieczność. Treści często dostajemy za free a tym, co możemy zrobić jest pomoc w ich promocji. I znów, ktoś powie – dobra muzyka się obroni, nie potrzebuje promocji. Nie obroni się, bo bez naszej aktywności, pomocy nie wyjdzie nawet na ring. Najpierw jest walka o samą uwagę odbiorców, a jej wynik nie zależy tylko od jakości muzyki.

Nasza aktywność – od kliknięcia lajka po obecność na koncercie – jest kluczem. Bez tego, ale też bez naszej złotówki czy pięciu za rok czy dwa spotkamy naszego dobrze rokującego wokalistę na kasie w Macu. Zniknie ze sceny podobnie, jak znikają dzisiaj wielcy artyści. I lepiej na tym wyjdzie niż na graniu. Albo w ogóle tego nie zauważymy i ze spokojnym sumieniem będziemy mogli narzekać nad upadkiem muzyki. Mówić, że „kiedyś to była muzyka”.

Możemy mówić, że spadła jakość muzyki, że rok 2016 był dla muzyki fatalny. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy nie mówimy tak, żeby poczuć się lepiej? Zrzucić winę z siebie na „realia”? Bo nie kiwnęliśmy nawet palcem, żeby było inaczej. Właśnie tak to wygląda: kiedy nie klikasz lajka pod tekstem, kiedy nie udostępniasz numeru, kiedy nie piszesz, że czyjaś muzyka jest dla Ciebie ważna, kiedy nie idziesz na koncert, kiedy nie kupujesz płyty, gdzieś na świecie mały wokalista zaczyna rozwozić pizzę. W przeciwieństwie to tych wielkich, nie pozostawi po sobie nic. Bo Ty tego nie chciałeś.

Piotrek Jaskółka