Każdy z nas ma w swojej dyskografii płyty, do których nie chce za bardzo wracać, a tym bardziej się do nich przyznawać. Jedne towarzyszyły nam w początkach z cięższą muzyką, przy innych przeżywaliśmy okres skrajnej fascynacji. Wspominając je, przez umysł może przejść nostalgiczny uśmiech politowania… Choć bardziej prawdopodobne, że powrócą do Ciebie myśli samobójcze, jak po kiepskim samogwałcie w okresie nastoletniego odrzucenia.

Od tego nie da się uciec. Jako, że nasza redakcja nie chowa się po kątach i stawia czoła nawet najbardziej paskudnym sytuacjom, postanowiliśmy zaprosić Was na HeavyRockowe guilty pleasure. Na pierwszy ogień wypchnęliśmy Rifferiona. No…

 

  • Nickelback – How You Remind Me

Ok. To pierwszy utwór z wyraźną gitarą, który zwrócił moją uwagę. Byłem na letnim obozie po podstawówce i podobało mi się wszystko – muzyka, klip w Teleexpresie, kupiłem kasetę i koszulkę z fajnym okiem. Na szczęście do następnego LP Nickelback poznałem cięższe dźwięki. A wspomniany utwór zdążyły zajechać wszystkie rozgłośnie radiowe i stacje muzyczne. Kto by pomyślał, że ten hit potrafił lecieć w moim walkmanie 20 razy dziennie.

 

  • Limp Bizkit – My Generation

Kawałek zapodany przez trochę starszego kumpla, w podobnym okresie. Do dziś uważam, że można ten numer posądzić o rodzaj groove’u. Hip-hopu nigdy nie rozumiałem, ale LB wyrzuciłem dopiero, kiedy poznałem klasyków thrashu i heavy metalu. Często wrzucałem zamiast soundtracku do bijatyk na PC. Do tego nadawał się najlepiej.

 

  • Crazy Town – Butterfly

Pamiętam, jak na zajęcia z angielskiego trzeba było przyjść z wybranym kawałkiem, powiedzieć dlaczego wybrało się właśnie ten i omówić jego tekst. Cóż… muzycznie wtedy mi się podobało. Jako, że językowo byłem słaby, tekst wydał mi się odpowiedni. Z jakiegoś powodu utwór towarzyszył mi cały semestr. A! Dzięki niemieckiej MTV mogłem powiedzieć, że mieli zajebisty, psychodeliczny klip. Idealny dla mojej gimbazowej głowy.

 

  • Tokio Hotel – Durch Den Monsun

Jeśli już mówimy o MTV… w domowym odbiorniku działały 2 narodowe kanały, a z satelity łapał się jedynie niemiecki program muzyczny i drugi, równie niemiecki, z rozebranymi paniami. Nielegalny szkolny obieg zgrywanych CD jeszcze raczkował, gazety wychodziły raz w miesiącu i tylko to szajsowate MTV wydawało się oknem na świat. Chłonąłem wszystko, co było inne, nowe, a oprócz wszędobylskiego nu-metalu znalazłem to… Kolega w klasie później mówił, że ma plakat tej fajnej wokalistki i ciepło o niej myśli.

 

  • Sum 41 – In Too Deep

Punk nie jest częścią mojego muzycznego DNA. Pamiętam tłumy zachwycające się w tamtym okresie The Offspring i „American Idiot” Green Daya. Ci bardziej zbuntowani i „true” kolesie słuchali Sum 41. Musieli być zajebiści, skoro grali, gdy Metallica zostawała MTV Icon. Gdyby wyprodukować prochy subsydiujące hormonalny obłęd w mózgu nastolatka, byłby to ulubiony zasiłek państwa dla zubożałego narodu. Do dziś nie wierzę, że byłem tak bardzo „true” zbuntowany.

 

Bonus:

Jest jedna płyta, którą uważam za znakomitą i do dziś ma swoje miejsce w mojej playliście. Nie wątpię, że wiele osób uznałoby ją za dno tamtego okresu i swój prywatny guilty pleasure. Dla mnie to bardzo niedoceniona, szczera płyta. Do dziś puszczam, kiedy dopada mnie przysłowiowy, słowiański wkurw. Tak tylko zostawię dla zainteresowanych:

Rifferion

1 Comment Rock w sercu, Metal we krwi – muzyczne guilty pleasure

  1. Brodzislaw

    Kiedy zaczynałem słuchać to nagrywałem na szpule ZK 147 „przeboje” w stylu OMD :) Ale jak po raz pierwszy usłyszałem Killem All to …wydała mi się za wolna.
    PS. Oknem na świat w czasie podstawówkowo-licealnym był dla mnie program Muzyka Młodych

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *