Rob Zombie udzielił niedawno wywiadu dla stacji radiowej 93.9 KWSS z Arizony. Muzyk mówił o zmianach personalnych w jego zespole i wyjaśnił, że wcale nie jest ciężki we współpracy. Najciekawsze fragmenty rozmowy tłumaczymy poniżej:

O tym, dlaczego w jego zespole ma miejsce tak wiele zmian personalnych:

Zawsze jest jakiś inny powód. Musisz znaleźć ludzi, którzy mają taki poziom dojrzałości, aby zdać sobie sprawę, że gdzieś indziej nie zawsze jest lepiej. Tak jak, powiedzmy, John 5 (aktualny gitarzysta zespołu Roba – przyp. red.). On był w milionach kapel – wszystko od Marilyna Mansona po Davida Lee Rotha – i mówi tak: „Jestem w tej kapeli. Zostaje tu”. Jest już w tym zespole od 10 lat. John ma takie zdanie: „Wiem, że nigdzie indziej nie będzie mi lepiej”. Tak samo jest z innymi chłopakami.

Czasami masz w zespole ludzi, którzy są dziecinni. Nie rozumieją niektórych rzeczy. Myślą w stylu: „Zamierzam teraz stworzyć swój własny zespół”. Ale nigdy tego nie robią. Potem dzwonią do mnie i pytają: „Hej, czy mogę wrócić?” A ja na to: „Nie, zastąpiliśmy cię. Odszedłeś. Czego chcesz ode mnie?”

Muzycy są dziwni. Mają prawdziwy talent do robienia najdurniejszych możliwych rzeczy dla ich kariery. Dajesz im dwie opcje wyboru, a oni zawsze wybiorą tą złą, zawsze. To po prostu ludzka natura, tak myślę.

Rob mówił też o tym, czy jest ciężki we współpracy z innymi muzykami:

Nie, jestem łatwy we współpracy. To jest problem. Wiem, że ludzie są w zespołach, w których są traktowani jak gówno, ale i tak pozostaną w tej kapeli przez 16 lat, jak jakaś zbita gospodyni domowa. To jak syndrom sztokholmski, coś w tym stylu. Zniewaga, którą przyjmowali, stała się dla nich niemal przyzwyczajeniem.

To duże odkrycie znaleźć ludzi, którzy są dojrzali i znają swoją rolę w zespole. Ale niektóre osoby takie nie są. Jeśli piszesz utwory, to świetnie. Ale jeśli twoje kawałki są gówniane, nie wykorzystamy ich i powinieneś o tym wiedzieć. Nie powinieneś być na tyle pewny siebie, żeby to forsować.

Nigdy nie chciałem, żeby ktoś kiedykolwiek odchodził z kapeli. Stoję przed występem z innymi członkami zespołu, zaraz wchodzimy na scenę i rozpoczynamy koncert. Mówię wtedy: „Spójrz, tam jest 30 tysięcy ludzi. Zgarniasz więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek zarobiłeś przez całe swoje życie, to wielki zespół”. A oni zaczynają swoje projekty poboczne, grają w barach przed trzema ludźmi przez kilka tygodni. I potem dostaję częsty telefon: „Hej, stary, mogę wrócić?” Odpowiadam wtedy: „Nie, zastąpiłem cię kimś, kto jest 10 razy lepszy od ciebie”.

Śmieszne jest to, że gdy ktoś jest najbardziej trwałym członkiem zespołu, to ta osoba zawsze jest postrzegana jako zły koleś – na przykład Kerry King czy Lars Ulrich – podczas gdy tak nie jest. Slayer zniknąłby 20 lat temu gdyby nie Kerry King. Gość żyje i oddycha Slayerem, tak samo jak Lars żyje i oddycha Metalliką. Czasami jednak widzi się to ze złej perspektywy. Oni nie są złymi kolesiami. Oni trzymają to wszystko razem. To dziwne. Sukces zawsze obraca się przeciwko tobie.

Cały rozmowę możecie przesłuchać poniżej:

Rob Zombie: "Muzycy mają talent do robienia najdurniejszych możliwych rzeczy dla ich kariery"

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *