Polsce brakowało dobrego festiwalu metalowego. Tej tezy chyba nie trzeba ani rozwijać, ani wspomagać argumentami — to jest fakt, nad którym wielu ubolewało. Ogłoszenie powrotu Mystic Festival do świata koncertów zwróciło uwagę. Nie tylko dlatego, że pojawiło się coś nowego, ale również z powodu historii tego festiwalu. To przecież właśnie na nim można było oglądać takich gigantów, jak choćby Iron Maiden. Oczekiwania względem organizatorów były więc naprawdę wysokie. Ogłoszenia kolejnych zespołów, które miały pojawić się na zmartwychwstałym Mystic Festivalu, budziły skrajne emocje. Były głosy twierdzące, iż impreza i jej kształt to strzał w dziesiątkę. Zdarzali się też ci, którzy wieszczyli małą frekwencję i finansową porażkę. Aż do 25 czerwca mogliśmy tylko podejrzewać, co tak naprawdę zobaczymy na terenie Tauron Areny i w jej pobliżu.

W końcu nadszedł pierwszy dzień festiwalu. Przybywających na niego przywitały wielkie „rogi” stojące przy bramkach, gdzie ochrona sprawdzała bilety. Po uzyskaniu opaski upoważniającej mnie do dwudniowego pobytu na festiwalu postanowiłem zwiedzić lokalizację. W sumie można było się bawić na trzech scenach (The Shrine, Park Stage i Main Stage), których nie oddzielały zbyt duże odległości. Później okazało się to o tyle pomocne, że pijąc piwo w strefie gastronomicznej przed Park Stage, bez problemu można było usłyszeć, że rozpoczyna się koncert na The Shrine po drugiej stronie areny. Wokół samego budynku rozmieszczone były stragany z płytami i wszelkiego rodzaju merchem w naprawdę przyzwoitych cenach. Każda ze scen miała swój punkt gastronomiczny, dzięki czemu kolejki po jedzenie lub picie (te były akurat drogie, chociaż nie było aż tak źle) dało się wytrzymać. W jednej z takich stref były leżaki i drzewa, przez co można było się poczuć trochę jak na pikniku. Muszę przyznać, że organizatorzy wymyślili to tak, by uczestnicy wydarzenia czuli się przyjemnie i swobodnie.

 

Przejdźmy jednak do tego, co najważniejsze, czyli do koncertów. Nie przyszedłem punktualnie In Twilight’s Embrace, ale widziałem prawie cały koncert. Przed Polakami stało duże wyzwanie: grali jako jeden z pierwszych zespołów na festiwalu i jako pierwszy na The Shrine, w słońcu i dla jeszcze nierozruszanej publiki. To zdecydowanie nie najlepsze warunki na zaprezentowanie odbiorcom, często tak naprawdę przypadkowym, black metalu. Zespół zagrał krótki, półgodzinny koncert, który jako osoba niezaznajomiona z jego twórczością mogę uznać za przyzwoity. In Twilight’s Embrace trafiło na nieśmiałą publikę, która prawdopodobnie w zdecydowanej większości nie kojarzyła ich utworów. Wszystko to chyba powodowało lekką frustrację lidera zespołu, który wydawał się mocno spięty lub niezadowolony sytuacją (choć być może jest to jedynie mylne wrażenie, nigdy wcześniej nie widziałem koncertu tego zespołu). No cóż, c’est la vie. Być może komuś spodobała się twórczość In Twilight’s Embrace i wybierze się na ich koncert w klubie, gdzie na pewno wszystko wygląda lepiej.

Na kolejny gig czekałem z niecierpliwością. Power Trip to dla mnie znakomita załoga, która może stanowić nadzieję metalu. Co prawda ich muzyka nie jest odkrywcza i obcując z nią, ma się to wrażenie „gdzieś już to słyszałem”, jednakże w tym przypadku jestem tolerancyjny i w ogóle mi to nie przeszkadza. Rozstawiali się sami, z minimalną pomocą technicznych i po krótkiej przerwie między koncertami wystartowali. Występ otworzyło „Soul Sacrifice”, które w tej roli sprawdza się znakomicie. Potem poleciał killer „Executioner’s Tax (Swing Of The Axe)”, który jest bodajże najbardziej znanym utworem Teksańczyków. Power Trip to koncertowa bestia. Wokalista co chwila wymachiwał statywem niczym toporem i skakał po scenie, czym trochę przywodził mi na myśl Phila Anselmo z najlepszych lat. Zespół zaprezentował repertuar obejmujący głównie ostatni album, znakomite „Nightmare Logic”, ale nie zabrakło również numerów z debiutanckiego „Manifest Decimation” (kawałek tytułowy kosi aż nieprzyzwoicie). Usłyszeliśmy też jedną nową, jeszcze niewydaną kompozycję. Zdecydowanie czekam na nowy materiał, bo zapowiada się dobrze i po staremu. Power Trip gwarantowało zabawę przez czterdzieści pięć minut. Może to niewiele, ale gig był na tyle długi, że jestem z niego zadowolony. Trochę zdziwiło mnie, że basista rzucił wszystkie kostki w jedno miejsce. Nigdy się nie spotkałem z czymś takim, ale może wśród publiki znajdywała się jakaś bardzo ładna osoba.

Kolejnym zespołem, którym byłem zainteresowany, był Testament grający wewnątrz areny. W przerwie między koncertami postanowiłem przejść się na wystawę prac graficznych Zbigniewa Bielaka, ale nie byłem w stanie jej znaleźć, a ochroniarze nie potrafili mi udzielić żadnych informacji na temat miejsca, którego szukałem. Szkoda, tym bardziej że spóźniłem się na połowę pierwszego utworu weteranów thrashu, czyli „Brootherhood Of The Snake”. Amerykanie co prawda wciąż promują album o tym samym tytule, jednakże zagrali z niego tylko dwa utwory: wspomniany już przeze mnie tytułowy i kolejny w secie „The Pale King”. Resztę setlisty wypełniały sprawdzone strzały, dzięki którym miło spędziłem tę godzinę. Miejsce w drugim rzędzie zapewniło mi dobry widok na to, co działo się na scenie. Testament wydawał się zadowolony z koncertu i publiki, ta zaś dobrze bawiła się na hitach pokroju „Into The Pit”, „Electric Crown”, czy też „Disciples Of The Watch”. Nie jestem fanem tego zespołu, ale ich występ zdecydowanie mi się podobał i myślę, że jeszcze kiedyś się na nich przejdę.

 

Po koncercie techniczni zajmowali się przygotowywaniem sceny na występ Amon Amarth. Scenografia robiła dość duże wrażenie (jak się okazało, moje poglądy na temst wystrojów metalowych koncertów dobitnie zweryfikował drugi dzień festiwalu) i przez to wydawało się, że to oni są headlinerem pierwszego dnia festiwalu. Niestety nie dane było mi zobaczyć całego koncertu wikingów. Wytrzymałem połowę występu. Muzyka wykonywana przez ten zespół jest niesamowicie wtórna i jednowymiarowa, przez co zwyczajnie mnie nudzi, a pirotechnika i pojedynki technicznych przebranych za wikingów to zdecydowanie zbyt słabe argumenty za oglądaniem całego show Amon Amarth, chociaż sporo osób było odważniejszych ode mnie i zdecydowało się na obejrzenie całego koncertu. Podziwiam.

 

Po opuszczeniu areny nieco zwiedziłem festiwal i zahaczyłem o koncert Batushki, ale z racji tego, że jest to Batushka z Krysiukiem, a z uwagi na niedawne wydarzenia nie chcę robić mu publiki, zajrzałem tam tylko po to, by zobaczyć, jak się to prezentuje na żywo. Strefa przed sceną była cała w ludziach, więc inni jak widać podchodzą do sprawy w odmienny sposób.

Trochę się naczekałem na tego Slipknota, bo nie dość, że budowa ich sceny zajmuje dużo czasu, to mieli jeszcze jakieś dziesięć minut opóźnienia, ale było warto. Wielu wynosi ich na piedestał muzyki, inni uważają za najgorszy syf, ja jestem gdzieś tam pośrodku i twierdzę, że to dobry zespół, chociaż na dłuższą metę męczący. Jeśli jednak już płacę za cały dzień, to nie odmówię sobie ich koncertu. To była dobra decyzja, bo Knot dał naprawdę dobry występ. Zaczęło się energicznie, od „People=Shit”, dzięki czemu publika była kupiona już od pierwszych dźwięków gigu. Zresztą miłośnicy kapeli z Des Moines mieli powód do radości, grupa ostatni raz wystąpiła u nas na początku 2016 roku. Slipknot zaprezentował profesjonalne show. Ich scena była naprawdę duża, w końcu musiała zmieścić dziewięciu muzyków. No właśnie, muzycy. Nie rozumiem, dlaczego w tym zespole jest tyle osób. Na dobrą sprawę do wykonywania takiej muzyki wystarczyłyby dwie gitary, wokal, bas i perkusja. Slipknot ma jeszcze dwóch dodatkowych członków obsługujących „instrumenty perkusyjne” (po prostu walą w jakieś beczki, co nie dodaje do koncertu niczego szczególnego) i dwóch DJ-ów, z czego jeden irytował mnie przez cały koncert. Za swoim zestawem był może trzy razy, głównie zajmowało go chodzenie po bieżni i coś, co chyba można nazwać tańcem. Dwa dni później widziałem King Crimson liczący siedem osób, ale w nim to ma jakiś sens, przy nim Slipknot sprawia wrażenie zespołu dającego pracę bezrobotnym. Takie uwagi zostawmy jednak w spokoju i skupmy się na samej muzyce. To w końcu dzięki niej przyjemniejsze wspominam ten gig. Slipknot zaprezentował hity (choć nie wszystkie) wymieszane z rzadszymi numerami i nowościami. To była dobra setlista i pomimo tego, że nie znałem wszystkich utworów, jakie zagrali autorzy „Iowy”, dobrze się bawiłem na ich koncercie. Na pewno duża w tym zasługa wokalisty, Coreya Taylora, który zaśpiewał wręcz niewiarygodnie dobrze. Brzmiał tak, jak na płytach. Słychać było, że naprawdę się przyłożył do tej trasy. Pod względem wokalnym był to prawdopodobnie jeden z najlepszych gigów, jakie widziałem. Taylor okazał się też być bardzo charyzmatycznym frontmanem. Publika reagowała bardzo żywiołowo na wszystko, co mówił. Corey sprawiał wrażenie zadowolonego z tego, co działo się w Tauron Arenie. To właśnie prawdopodobnie przez pryzmat jego osoby zapamiętam ten koncert, a jeśli będę miał okazję, to przejdę się na Stone Sour, w którym również udziela się wokalnie.

 

 

DZIEŃ DRUGI

 

I w końcu nadszedł dzień drugi. Dla mnie ten ważniejszy i na który czekałem nie miesiące, ale jak okazało się po jednym z ogłoszeń całe lata.

Oczywiste dla mnie było, że ten dzień spędzę koczując pod Park Stage. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć Lost Society, w innym przypadku raczej bym ich ominął. Przegapiłbym wtedy całkiem niezły występ. Finowie pokazali, że nie straszne im otwieranie festiwalu i na scenie czuli się bardzo pewnie, chociaż przecież to zespół anonimowy w porównaniu do tych, które miały po niej stąpać niedługo po nich. Zespół miał do wykorzystania tylko pół godziny i starał się je jak najlepiej wykorzystać. Było ostro i szybko, ale kiedy trzeba również melodyjnie. Za to odpowiadał między innymi ostatni singiel, „No Absolution”. Lost Society zdecydowało się na zaprezentowanie głównie autorskiego materiału, ale trafił się też jeden cover, „Guerrilla Radio” autorstwa Rage Against The Machine. Chociaż już zupełnie mnie nie interesują klimaty, które upodobali sobie Finowie, to nie mogę narzekać na ich koncert.

 

Z uwagi na minimalistyczną oprawę występu pierwszej kapeli, Hatebreed rozłożyło się bardzo szybko i nie musieliśmy długo czekać na to, aż wejdą na scenę. Ci dostali trochę więcej czasu, bo czterdzieści pięć minut. Moje nastawienie do tego koncertu było raczej negatywne, gdyż z tego, co kojarzyłem, to Hatebreed znacznie odbiegało od mych muzycznych upodobań, ale szybko uległo ono zmianie. Zespół aż kipiał energią, a muzyka okazała się dla mnie przyswajalna. Nie powiem, bym padł na kolana i został fanem tej grupy, ale na pewno miło zaskoczyli i zaskarbili sobie moją przychylność do tego stopnia, że w pewnym zakresie zacząłem aktywnie uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wydawali się bardzo pozytywnie nastawieni i myślę, że występ sprawiał im radość. Niestety tu ujawnił się pewien problem związany z miejscem, przy którym stała scena. Podczas gdy ludzie kręcili się w moshpicie, w powietrzu w roznosił się pył i było go naprawdę dużo. Trochę to przeszkadzało, no ale cóż zrobić. Tak czy inaczej, występ Hatebreed uznaję za pozytywne zaskoczenie i jestem z niego zadowolony.

Kolejnym punktem programu było Carcass. Oni również musieli zmieścić się w czterdziestu pięciu minutach. Setlista legendy death metalu opierała się na starociach z „Heartwork” i „Necrotism”, ale nie zabrakło też nowszych numerów. Carcass nie marnowało ani sekundy, utwór leciał za utworem. Nawet kontakt z publiką był minimalny, trafiła się tylko jedna pogawędka. Jeffrey Walker przemówił dopiero pod koniec, całą resztę koncertu wypełniały brutalne uderzenia lecące na nas prosto ze sceny. To również był udany gig, chociaż mam wrażenie, że miejscami wokal mógłby być lepszy. Chociaż na pewno dla wielu uczestników festiwalu był to jeden z najlepszych koncertów, mnie trochę zmęczył i nie żałuję tego, że zespół dostał tak mało czasu. Ciekawostką było zachowanie Walkera, który średnio co pół minuty rzucał kostki w stronę publiki (niestety dość nieumiejętnie, przez co większość podawać musiała ochrona). To było bardzo miłe, także i mnie trafiła się taka pamiątka z koncertu Carcass (dzięki, Damian!).

 

Na ten gig czekałem z zainteresowaniem. O 19:30 sceną zawładnąć miał Emperor. Co prawda było jeszcze jasno, a jak wiem już z pierwszego dnia festiwalu, słońce raczej nie pomaga black metalowi, ale okazało się, że nie stanowiło to żadnej przeszkody dla Ihsahna i jego świty. Chwilę po czasie weszli na deski Park Stage i wystartowali z „Ye Entrancemperium” pochodzącym z „Anthems To The Welkin At Dusk”. Większość koncertu upłynęła pod znakiem właśnie tej płyty, bowiem Emperor od pewnego czasu gra ją w całości. Zespół był bardzo zgrany i doskonale poradził sobie z odtworzeniem jednego z ikonicznych albumów black metalu. Oglądanie ich było ciekawym zajęciem nie tylko z uwagi na repertuar, jaki zaprezentowali. Image grupy jest zaskakujaco mało metalowy, a już na pewno bardzo odległy od tego, co zobaczyć można na koncertach kapel wykonujących podobną muzykę. Na próżno szukać tu corpse paintów lub widowiskowych strojów. Kostiumami muzyków Emperor są czarne koszule i koszulki, a w przypadku klawiszowca bomberka. W czasach efektownych przebieranek pokroju tych, które upodobał sobie choćby Nergal, takie rozwiązanie jest nieco zaskakujące, ale na przykładzie gigantów z Norwegii widać, że dobra muzyka obroni się sama. Nie przeszkodzi jej ani koszula, ani słońce. Czy przed sceną były osoby, które po dwóch ostatnich utworach („I Am The Black Wizards” i „Inno A Satana”, tym razem spoza „Anthems…”) mówiły „To było przeciętne”? Szczerze wątpię. Nie wiem, jak Emperor spisał się na Mystic Festivalu w 1999 roku, ale dwadzieścia lat później pokazał prawdziwą klasę. I chyba to słowo najlepiej określa to, czego byłem świadkiem.

 

Anglicy mają taki termin „witching hour”. To czas, w którym rzekomo złe moce są najpotężniejsze. Przyjęło się, że chodzi o którąś z godzin po północy, ale w Krakowie „witching hour” wybiła o 21:45, kiedy umilkły ostatnie dźwięki puszczanego z głośników „The Wizard” Uriah Heep, a kurtyna zasłaniająca wnętrze sceny opadła i ukazała nam się imponująca scenografia występu, który Polska zapamięta na długo. Rozległo się intro „St. Lucifer’s Hospital”, a po chwili na scenę wjechał szpitalny wózek, na którym to siedziała jakby omdlała postać ubrana na czarno. Niedługo potem wstała, zaczęła się rozglądać, chwyciła za mikrofon i wskazała na perkusistę, który kilka razy zabił w talerze, po czym rozległ się przeszywający gitarowy riff. Tak rozpoczął się pierwszy od sześciu lat polski koncert jedynego i niepowtarzalnego króla horroru — Kinga Diamonda.
Na start poleciało „The Candle” z debiutanckiego „Fatal Portrait”, co totalnie mnie zaskoczyło, bo zespół pominął charakterystyczne intro, które prawie zawsze towarzyszyło temu numerowi. Nie minęła minuta, a ja już byłem kupiony. W końcu na scenie stał wokalista, który poniekąd ukształtował mój gust muzyczny i którego niesamowicie sobie cenię. Nie dość, że tam stał, to śpiewał „The Candle”, które kocham. I jak tu być spokojnym? Jak tu starać się ogarnąć wzorkiem wszystko, co dzieje się na potężnej scenie (tym razem King zdecydował się na trzypiętrową) i co robi reszta muzyków, skoro to dzieje się naprawdę? Nie mam bladego pojęcia, wtedy nawet nie próbowałem. To wszystko jawiło mi się jak jakiś inny, nieco przerażający, ale wciąż niesamowicie piękny świat. Świat, którym rządzi Duńczyk w biało-czarnym makijażu. „The Candle” świetnie sprawdziło się w roli koncertowego otwieracza i doskonale pokazało, czego należy się spodziewać tego wieczoru. Muzyka Kinga Diamonda to nie tylko legendarny falset, to także świetne riffy i solówki, za które odpowiadają panowie Andy LaRocque i Mike Wead, którzy robili wszystko, byśmy wynieśli z koncertu jak najlepsze wrażenia, a otwieracz stanowił ku temu znakomitą okazję. W oczy rzucał się też ruchliwy basista Pontus Egberg, który co prawda gra w kapeli dopiero od kilku lat, ale zdecydowanie zdążył się już w niej zadomowić. Na scenie z łatwością można było zobaczyć też żonę Króla, Livię, która pomaga mu odtwarzać trudne partie wokalne. Po „The Candle” przyszła kolej na krótkie powitanie z publiką i zapowiedź kolejnego utworu, „Voodoo”. Kolejne zaskoczenie, tym razem przez wzgląd na miejsce w setliście. To, że numer nie jest klasykiem, nie miało żadnego znaczenia. Publika była zaangażowana tak samo, jak podczas innych kawałków. Utworowi towarzyszyła inscenizacja opętania podczas szamańskiego rytuału, w której to udział brała Jodi Cachia współpracująca z Kingiem już od dawna. Tym razem wcielała się w postać zawładniętej przez duchy kobiety, ale była to tylko jedna z wielu ról, jakie odegrała podczas koncertu.
Z mroków Luizjany przenieśliśmy się do 1845 roku i podróżny Johnatana LaFey oraz Miriam Natias, czyli do utworu „Arrival”, poprzedzonego wyrecytowany, przez publikę intrem „Funeral”, podczas którego Diamond „pochował” małą Abigail w trumnie. Ten numer otwiera jedną z najlepszych płyt metalowych z najlepszych lat gatunku, a to oznacza, że fani byli zachwyceni obecnością kompozycji w setliście. Ja również, ale tak naprawdę białko w mózgu ścięło mi się chwilkę potem, przy pierwszych dźwiękach „A Mansion In Darkness”. Kocham ten kawałek całym sercem i po cichu liczyłem, że pomimo wielokrotnego grania go przez ostatnie lata zespół zdecyduje się na pozostawienie go w repertuarze. Po raz drugi pojawiła się Cachia, tym razem w roli Miriam zwiedzającej nawiedzoną posiadłość, w której rozgrywa się historia znana z „Abigail”. Tu jej obecność była mniej zaakcentowana, ale znakomicie dopełniała warstwę dźwięku sączącego się z głośników.
Po odświeżeniu fragmentu nieszczęśliwej historii właścicieli przeklętego domostwa puszczono przerywnik „Let It Be Done” i tu zaczęła się jazda…„Behind These Walls”! Jestem zdania, że „The Eye” to najlepszy album Kinga Diamonda, ale niestety z uwagi na pewne pozamuzyczne wydarzenia zespół nigdy nie ruszył w trasę, by go promować, przez co większość utworów znajdująca się na płycie nigdy nie została zaprezentowana na żywo. W tym do niedawna „Behind These Walls”. Ogromny szacunek do pana Petersena i jego załogi za wyciągnięcie go z odmętów dyskografii, zasługiwał na to. Nota bene na scenie znów pojawiła się aktorka, tym razem jako zakonnica będąca jedną z bohaterek historii opowiadanej na „Oku”. W mojej pamięci już na zawsze zapisze się chwila, kiedy po utworze Diamond powiedział, że na tej trasie grają ten utwór po raz pierwszy. Wtedy krzyknąłem „Finally!”, a King to usłyszał i skwitował „Yes, I agree!”. Niesamowity moment w życiu fana.
Emocje były ogromne, a przecież do końca gigu jeszcze trochę. Zapewne bardziej przypadkowa część publiczności nie znała „Behind These Walls”. Co więc należy zrobić w takich okolicznościach? Zagrać przebój, a za taki spokojnie można uznać „Halloween”. Miło było go usłyszeć, bo w końcu wersję studyjną przemieliłem milion razy, ale utwór ten bladł na tle innych. Po jego zakończeniu przyszła kolej na nowość – „Masquerade Of Madness”. Utwór znajdzie się na nowej płycie, która prawdopodobnie będzie nazywała się „The Institute”, ale na razie nie został nigdzie wydany (z najlepszego źródła wiem, że nawet go jeszcze nie nagrano). Koncert był moją jedyną stycznością z nowym dziełem Kinga Diamonda, ale pierwsze wrażenie było pozytywne. Po świeżynce czas na coś przeciwnego. Scena na chwilę opustoszała, a z głośników zaczął się wydobywać przerywnik „Out Of The Asylum”. „Look…The old bitch is back…” – i wszystko wiadomo. Krótki wstęp na bębnach i lecimy z grubej rury, czyli z „Welcome Home” (perkusista Matt Thompson cały czas dawał z siebie tyle, ile tylko mógł, ale to w tym momencie miał swoje pięć sekund). Na scenie obecna była Jodi Cachia przebrana za demoniczną babcię przyjaźniącą się z duchami w domu Amon. Zabawnie oglądało się groteskowe interakcje między nią, a Kingiem. Należy jednak podkreślić, że teatralna warstwa gigu nie odwracała uwagi od samej muzyki i nie miała odciągać uwagi od ewentualnych potknięć muzyków, ona po prostu potęgowała już i tak ogromne wrażenia. Skoro Mickiewicz chciał łączyć teatr ze śpiewem, to dlaczego miałby tego nie robić King Diamond? Po „Welcome Home” jeszcze na chwilę zatrzymaliśmy się przy płycie „Them” i trafił się kolejny potężny strzał, chociaż tak niepozornie zapowiedziany. Petersen po prostu wypowiedział tytuł „The Invisible Guests”, a moje koncertowe marzenie się zrealizowało. To niesamowity cios, idealny do wykonwania na gigach. Słuchając dyskografii duńskiego wokalisty, można się nieźle zdziwić ilością utworów, które mają wielki potencjał koncertowy, a których unika. Dobrze, że postanowił odświeżyć „Niewidzialnych Gości”, najwyższa pora. Niestety nie jestem szczególnym fanem „Sleepless Nights”, a to ono było następnym kawałkiem zaprezentowanym przez zespół na Mystic Festivalu. Chociaż jest to bardzo popularny numer, to nigdy nie zaskarbił sobie mojej sympatii i trochę żałuję, że Mistrz Horroru poszedł na łatwiznę i to właśnie ta kompozycja stanowiła reprezentanta „Conspiracy”, w końcu na krążku jest też choćby „Lies” i „A Visit From The Dead”. Wiem jednak, że jakieś kotlety muszą się znaleźć nawet w najlepszym secie, a tu i tak było ich bardzo mało. Gdyby trzy lata temu ktoś mi powiedział, że w 2019 usłyszę „The Lake”, to bym go wyśmiał. I źle bym zrobił, bo usłyszałem. Żaden z niego hit, ale to zdecydowanie kapitalny kawałek, który zasługuje na więcej uwagi, niż mu się przeznacza. Tym razem na scenie znów pojawiła się zakonnica, podczas „The Lake” była nękana przez złego ducha próbującego odebrać jej krucyfiks. To właśnie ten utwór zamknął podstawową część koncertu Kinga Diamonda i choć dziwnie mu w tej roli, to spisał się w niej dobrze.
Zawsze trochę bawi mnie narzekanie na „brak bisów” w przypadku dużych występów (vide komentarze po gigu Slayera w Gliwicach). Wiadomo, że to z góry zaplanowana część sztuki i są tylko formalnością. Tak było też w tym przypadku, ale trochę czasu minęło, nim zespół wrócił na deski sceny. Nie tracili czasu, tylko od razu wystartowali z mocarnym „Burn”, podczas którego na stosie umiejscowionym u góry sceny „spalona” została czarownica. Potem wniesiono gitary akustyczne, a Andy LaRocque rozpoczął „Black Horsemen”. Kocham ten utwór i uważam, że stanowi jedno z najlepszych zakończeń płyt w historii. Był to również finał krakowskiego koncertu Diamonda. Król nie odpuszczał do samego końca i nawet w ostatnim numerze zaprezentował teatralną interpretację końca (choć jak wiemy niezupełnego) losu Abigail. Ta kompozycja to coś niesamowitego, jest idealna i dobrze, że to właśnie ona stanowiła podsumowanie tego genialnego show, którym uraczył nas Kim Bendix Petersen. Po koncercie sprawcy zamieszania żegnali się z fanami, dziękując im za gorące przyjęcie i rzucali ze sceny fanty (udało mi się zdobyć pałeczkę perkusyjną Matta). Spektakl trwał do samego końca, do momentu, w którym Diamond groteskowo poganiał Jodi do wyjścia przez drzwi, przez które wjeżdżając na wózku rozpoczął koncert, a którymi ostatecznie wychodząc go zakończył. Moja szczęka jeszcze długo była nisko przy ziemi. Dla mnie był to właściwy koniec Mystic Festivalu, ale…

 

…po krótkim spotkaniu przy piwie wraz ze znajomymi w ramach rozrywkowych zdecydowaliśmy się iść na część występu headlinera sceny głównej, czyli Sabatonu. Trafiliśmy akurat na „40:1”, po którym… Część osób opuściła salę. Cóż, to chyba całkiem dobrze tłumaczy popularność tego zespołu w Polsce, prawda? Już nigdy się do niego nie przekonam. Rozumiem słuchanie tego w celach humorystycznych, ale w innych? Nie ma mowy.

 

 

Mystic Festival okazał się imprezą, która spełniła moje oczekiwania w stu procentach. Kupując karnet z pierwszej puli, zastanawiałem się, czy nie przepłacam, ale teraz już wiem, że to był bardzo dobry interes. Nie wszystko, co widziałem, trafiło w moje gusta, ale całość oceniam zdecydowanie pozytywnie. Ogromny plus dla organizatorów za dystrybucję wody podczas upałów i kurtyny wodne, normalną ochronę, a także wszystko, co nie rzucało się tak bardzo w oczy, ale sprawiało, że uczestnicy dobrze się bawili. Jeśli czyta to ktoś z osób odpowiedzialnych za festiwal, to szczerze dziękuję za to, że przez te dwa dni polscy słuchacze metalu otrzymali choćby namiastkę tego, co jest na zachodzie. Jednocześnie mam nadzieję, że to dopiero początek nowego, lepszego życia Mystic Festivalu, a przyszłoroczna edycja okaże się jeszcze lepsza, niż ta opisywana przeze mnie powyżej. Oby tak było, poprzeczka została ustawiona wysoko.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *