Po 5 latach przerwy w wydawaniu albumów wreszcie ukazał się długo wyczekiwany przez fanów następca „Phantom Antichrist”. Kreator już od początku zeszłego roku promuje swoje najnowsze, długogrające dzieło. Koncertu na trasie „Gods of Violence” nie mogło zabraknąć w Pradze – czeskiej stolicy metalu, gdzie 28.01 w klimatycznym klubie MeetFactory otworzono na kilka godzin wrota do piekła. Po thrashmetalowym Kreatorze oraz równie fenomenalnym, deathmetalowym Vaderze nie można się spodziewać niczego innego, niż najwyższej klasy występu, rozgrzewającego publiczność do granic możliwości. Jako support zagrała Dagoba, reprezentująca francuską scenę metalcore.

Dobór pierwszego supportu uważam za nie do końca trafny. Mimo wielu argumentów „za” utrzymuję, że koncerty legendarnych zespołów reprezentujących „oldschoolowy” metal nie powinny być mieszane ze współczesną sceną ciężkiego grania, która wykształciła zupełnie odmienne gatunki muzyczne, nie przez wszystkich entuzjastów metalu lubiane. Mimo wszystko większość koncertów (raczej niestety) odbywa się w oparciu o taki schemat. Dagoba wywołała dosyć spory entuzjazm wśród publiczności i z pewnością dla fanów Kreatora zainteresowanych także metalcorem było to dobre rozpoczęcie wydarzenia. Ja jednak nie tego chciałam słuchać tamtego wieczoru i niecierpliwie czekałam na wejście głównych gwiazd.

Po  30 minutach w wykonaniu Dagoby przyszedł czas na Vader, który w tym roku obchodzi 35-lecie istnienia. W Pradze Polacy wystąpili zaś w ramach trasy „25 lat chaosu”, celebrującej ćwierćwiecze ich pierwszej płyty. Rozbrzmiało aż 10 utworów, jednak zabrakło sztandarowych numerów, takich jak „This Is The War”, „Wings”, czy „Triumph Of Death”. Setlista składała się wyłącznie z utworów z debiutanckiego longplaya „Ultimate Incantation”, który w założeniu ma na jubileuszowej trasie być za każdym razem grany w całości. Koncert rozpoczął się od „Dark Age”, death-thrashowego uderzenia, stanowiącego może nie najszybszy, ale dobry na rozkręcenie publiczności utwór. Jak się okazało, był to tylko rozbieg. „Vicious Circle”, „The Crucified Ones” to kolejne kawałki, które usłyszeliśmy. Ostatecznie muzycy Vadera zmieścili w wyznaczonym dla nich czasie scenicznym wszystkie utwory z debiutanckiego albumu – z pominięciem „Reign Carrion”. A szkoda, bo utwór ten w żadnym wypadku do słabszych punktów krążka nie należy. Cały koncert był bardzo dobry. Na uznanie zasługuje nie tylko sam występ, ale również nagłośnienie i światełka. Przez 45 minut w MeetFactory istotnie panował tytułowy chaos w starym stylu. Schodząc ze sceny, muzycy pozostawili lekki niedosyt, jednak można doszukać się w tym swoistego pozytywu. W końcu gwiazdy wieczoru, które tuż po nich miały pojawić się na scenie, potrzebowały sporej przestrzeni i pokładów energii do wykorzystania i spalenia w piekle, które niebawem miało się rozpętać.

Niedługo po „Marszu Imperialnym” kończącym koncert Vadera usłyszeliśmy (puszczane jeszcze z taśmy) dźwięki intra z „Phantom Antichrist”. Zaraz po „Mars Mantra” napięcie zostało podkręcone do maksimum. Kreator pojawił się na scenie z agresywnym „Phantom Antichrist”, po którym nie było żadnych wątpliwości, że muzycy są w świetnej formie i że właśnie zaczęło się coś, co wszyscy obecni będą pamiętać jeszcze długo po zamknięciu drzwi. Tuż po miłym przywitaniu praskich fanów zabrzmiały riffy „Hail To The Hordes”. Nie jest on najszybszym numerem z „Gods Of Violence”, ale zdecydowanie epickim. W wieczornym repertuarze z początku znalazły się także tytułowe kawałki z „Enemy Of God” oraz „Hordes Of Chaos”. Jednak zdecydowaną większość w pierwszej połowie stanowił materiał z 2 ostatnich krążków. Usłyszeliśmy więc „Totalitarian Terror”, „Fallen Brother” i „Satan Is Real”. Zamiast tego ostatniego zdecydowanie wolałabym przykładowo usłyszeć „Side By Side”, czy też „Death Becomes My Light”, które zostało puszczone z taśmy jedynie „na wyjście”. Mimo moich indywidualnych preferencji, „Satan Is Real” był świetnie zagrany i biorąc pod uwagę jego popularność, nie dziwi jego obecność na koncertowej liście. Wszystkie wymienione utwory sprawiały, że sala zamieniła się w pole bitwy, a ludzie przeistaczali się w wojowników odśpiewujących bitewne hymny, zjednoczeni uderzeniem płynącym ze sceny.

Jednak nie tylko nowościami Kreator żyje, a koncert nie może trwać dziesięć godzin, dlatego w drugiej części gigu w repertuarze pojawiły się w końcu kawałki, których fani słuchają od czasów „Endless Pain”, „Extreme Agression”, „Pleasure To Kill” czy „Coma of Souls”. Stylistyki zarówno nowszych, jak i starszych uzupełniały się tworząc nieziemską atmosferę i destrukcję, która przejęła kontrolę nad całym klubem. Jednym z obowiązkowych punktów było „Flag Of Hate”, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Była flaga, która od lat jednoczy wszystkich fanów niemieckiej, thrash-metalowej anihilacji w wydaniu Kreatora. Były „Phobia”, „Betrayer”, „Total Death” i nieco młodsze „Violent Revolution”. Podczas tej staroszkolnej części koncertu publiczności nie trzeba było zapraszać do tworzenia ściany śmierci i crowdsurfingu. Energia płynąca ze sceny wypełniała klub po brzegi, a gitary na te kilkadziesiąt minut zmieniły się w karabiny maszynowe. Przez wszystkie lata działalności zespołu klasyczne, niemal obowiązkowe na koncertach numery nie straciły na istotności i nie znudziły się nawet najstarszym fanom. Ostateczne zamknięcie przypadło wszech-wielbionemu „Pleasure To Kill”, które zostało odśpiewane przez wszystkich obecnych na sali tuż przed bezpowrotnym zniknięciem zespołu i pożegnalnym „We’ll come back!”.

Plusik należy się organizatorom i samemu klubowi. Nie była to duża sala, ale – mimo lekkiego ścisku – rozmiar klubu działał na korzyść wszystkich występów. Po koncercie udało mi się zamienić kilka słów z Mille Petrozzą, który, jak sam przyznał, nie był pewien, czy tak mała przestrzeń dobrze wpłynie na odbiór całości. Ale wpłynęła wręcz znakomicie! Nagłośnienie nie pozostawiało zbyt wiele do życzenia, a odległość barierek od sceny umożliwiała lepszy i badziej bezpośredni kontakt z muzykami, co sprawiło, że koncert był dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Tym, co jako jedyne nie podobało mi się w występie Kreatora, było oświetlenie i zdecydowanie zbyt duża ilość dymu, który zasłaniał całą scenę. W połączeniu z intensywnie i szybko migającymi reflektorami całość wyglądała nieco chaotycznie i nie zawsze patrzyło się na to z przyjemnością. Można by to usprawiedliwić, gdyby nie była tam ustawiona żadna scenografia. Jednak w tym przypadku zastanawiałam się, po co zespół zainwestował w całkiem ładną, nawiązującą do okładki albumu instalację, skoro i tak nic nie było widoczne, a czasem „znikali” nam także i sami muzycy. Przez „mgłę” przebijały się tylko ekrany LED-owe, na których wyświetlane były np. zdjęcia zmarłych legend metalu podczas wykonania „Fallen Brother”. Niedociągnięcie to jest jednak mało istotne, biorąc pod uwagę całość profesjonalnie przygotowanego i praktycznie idealnie zagranego koncertu.

28 stycznia mogę spokojnie zaliczyć do najlepszych, najbardziej udanych koncertowych wieczorów w życiu. Oprócz wysokiej klasy występów, bez większego problemu można było po wszystkim spotkać wszystkich muzyków pod klubem. To jest kolejny czynnik, który sprawił, że pokochałam Kreatora jeszcze bardziej, tak samo jak klub MeetFactory, do którego z pewnością będę wielokrotnie wracać.

Nenu

2 Komentarzy Relacja z Kreator/Vader/Dagoba – 28.01.2018, Praga

  1. sara

    „czas na Vader, który w tym roku obchodzi 25-lecie istnienia. W Pradze Polacy wystąpili w ramach trasy „25 lat chaosu””
    Vader nie obchodzi jak napisalas 25 lecia to jest 25 lecie wydania debiutu, naprawde takie bledy…

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *