Hydrozagadka w porównaniu do innych klubów, takich jak Progresja, czy Proxima wypada co najmniej miernie – bardzo mała scena (a raczej lekkie podwyższenie), niewielki metraż miejsca oraz stosunkowo ubogie oświetlenie. Mogłoby się wydawać, że praski lokal przystosowany jest do występów lokalnych kapel, a nie gwiazd światowej sławy. Nic bardziej mylnego. Amerykański zespół Helmet udowodnił, że zabawa w kameralnych okolicznościach wciąż niesie za sobą całą paletę zalet, a brak barierek i ochrony znacznie poprawia interakcję z publicznością.

Helmet_relacja

Koncert zaczął się niemalże punktualnie. Muzycy bez uprzedniego przywitania wbiegli na scenę aby sięgnąć po przygotowane instrumenty (warto tu wymienić pięknego, czarnego Gibsona Les Paula Dana Beemana). Siedem minut po godzinie dwudziestej na wypełnionej po brzegi sali Hydrozagadki rozległy się pierwsze dźwięku utworu ‚Wilma’s Rainbow’. Zgodnie z zapowiedziami P.W. Events Helmet rozpoczął odgrywanie płyty „Betty” w całości – op początku do końca. Warto w tym momencie zaznaczyć, że od wydania krążka minęło równo dwadzieścia lat – stąd też tytuł trasy „Betty – 20th Anniversary Tour Europe 2014”. A skoro jesteśmy już przy liczbach trzeba też dodać, iż był to trzeci występ zespołu w Polsce, oraz pierwszy w Warszawie.

Jak już wcześniej wspomniałem, pierwsza część koncertu przebiegała bez niespodzianek. Po otwierającym kawałku usłyszeliśmy pozostałe trzynaście kompozycji, wśród których warto wymieć świetnie zaśpiewany przez Page’a Hamiltona ‚Street Crab’ oraz ‚Beautiful Love’ napędzany przez perfekcyjnie nagłośnioną, wybijająca się spośród innych instrumentów gitarę basową Jona Fullera.

www.youtube.com/watch?v=Q9kg1Hq8k3U

W przerwach nie zabrakło także okazji do rozmów z publicznością: wokalista popijając jedno z serwowanych w lokalu regionalnych browarów krzyknął głośno „dziękuja” ze swoistym amerykańskim akcentem. Wśród rodzimych słów nie zabrakło także słynnego, oklepanego przez artystów „na zdrowje”, ale z drugiej strony widać było, że frontman nie odwalił kity i sowicie przygotował się do wizyty w Polsce. Świadczy o tym choćby pytanie „this is piwo, right?” z wymierzonym w butelkę wskazującym palcem. Rozbawieni konferansjerką uczestnicy w zamian odśpiewali donośne ‚sto lat’, a poruszony wokalista podarował swój złocisty trunek szczęściarzowi spod sceny. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek – po tej sytuacji wymiana piwa na linii scena-sala odbywała się już regularnie.

Druga część setlisty nie była już tak przewidywalna. Helmet porwał zgromadzonych sprawdzonym setem evergreenów. Nie zabrakło więc ‚Role Model’, ‚So Long’, czy znanego szczególnie młodszemu pokoleniu kawałka ‚Unsung’, który występuje w jednej z kultowych gier komputerowych. Będąc przy ilości lat uczestników, z przykrością muszę stwierdzić niewielkie zainteresowanie młodzieży tak istotnym zespołem. Średnia wieku była stosunkowo wysoka, więc brawurowej zabawy w pogo, czy innych tego typu szaleństw nie uświadczyłem. Chociaż trzeba przyznać, że nieliczna grupa śmiałków natrętnie uprawiała stage diving, który częściej jednak kończył się amortyzowanym upadkiem na głowach innych, niż tryumfalnym poniesieniem na fali.

Nie oznacza to wcale, że zespół po ćwierćwieczu istnienia stracił moc. Gitarowa ściana dźwięku przeszywała powietrze, a wcześniej wymieniony wyeksponowany bas targał trzewia. Nawet głos Hamiltona po tylu latach nabrał znacznie bardziej agresywnego brzmienia. Na uwagę zasłużył także zakręcony techniczny, który wyrastał spod ziemi zawsze tam, gdzie pękała struna. Uszkodzony instrument w ekspresowym tempie zastępował rezerwowym, a działo się tak nawet i w trakcie odgrywania głównego riffu.

Po niecałych dwóch godzinach zespół zszedł ze sceny, aby za chwile powrócić i zagrać garść bisów, wśród których zdecydowanie królował długo wyczekiwany utwór ‚In The Meantime’. Po występie muzycy chętnie wmieszali się w tłum przybijając piątki, ściskając fanów oraz podpisując koszulki i płyty. Mocną stroną wydarzenia było także stoisko z ciekawych merchem w zaskakująco niewygórowanych cenach.

Helmet_relacja 2

Choć na scenie dominowały głównie statyczne czerwone i niebieskie światła, a w przepełnionej Hydrozagadce szybko zapanował nieznośny zaduch, nie można źle wspominać sobotniego występu. Brak supportów również nie raził, gdyż amerykanie zaprezentowali rozbudowany, podwójny set, który zawierał śmiały przekrój ponad dwudziestoletniej działalności. Był to mój pierwszy koncert zespołu Helmet, i już dziś wiem, że z pewnością nie ostatni. Do takiej energii i mocy przekazu po prostu warto wracać.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *