Trudno mi było wierzyć w Tobiasa Forge’a. Ciężko było być dobrej myśli na temat nowego albumu Ghosta. W wywiadach przeprowadzanych miesiące przed premierą, szwedzki muzyk mówił różne rzeczy. Gdzieś tam wspomniał o tym, że nowy materiał będzie mroczny, miesiąc później stwierdził, iż być może Ghost pójdzie w kierunku wytyczonym przez „Square Hammer”. To ostatnie nie napawało mnie optymizmem. Z tęsknotą patrzyłem na zdjęcia i nagrania z czasów dwóch pierwszych płyt, gdy (wtedy jeszcze) zespół grał świetnego retro hard rocka osnutego okultystycznymi tekstami. A to wszystko spięte było kiczowatym, ale przemyślanym imagem. Jednakże co by nie mówić, na „Prequelle” czekałem z niecierpliwością. „Dam mu szansę” – pomyślałem. No i dałem, a efekt pracy Forge’a okazał się być…Inny od tego, czego się spodziewałem.

„Prequelle”, choć być może nie słychać tego podczas pierwszego odsłuchu, jest albumem koncepcyjnym. I nawet, jeśli nie na tej zasadzie, co płyty Kinga Diamonda, które dużo gorzej odbiera się słuchając ich na wyrywki, to nowy krążek Ghosta powinno się odsłuchiwać w całości. Płyta jest wręcz niesamowicie zróżnicowana, ale mimo tego spójna, co jest dużym plusem. Co do opowiadanej przez nią historii – nie będę się tutaj zagłębiał w ten temat. Chociaż nie należy do skomplikowanych, to dobrze poznać ją samemu. Zdradzę tylko, że miejscami…wzrusza. To ostatnie, czego bym się spodziewał po tym zespole. Ale przejdźmy do muzyki per se, bo to ona jest najważniejsza.

Czy faktycznie jest mrocznie?
Tak, ale nie w takim znaczeniu, na jakie wiele osób liczyło. Nie dostaliśmy drugiego „Opus Eponymous”.
Co zatem mamy?
Zaproszenie na imprezę w piekle od samego Lucyfera.

„Prequelle” okazuje się być najłatwiejszą do przyswojenia płytą Ghosta w historii. Z metalem ma już tak naprawdę niewiele wspólnego. Jeśli ktoś oczekiwał albumu wypełnionego kompozycjami pokroju „Con Clavi Con Dio”, czy „Mummy Dust”, to mógł się srogo rozczarować. Nowe dzieło Forge’a tylko miejscami pobrzmiewa echami cięższego grania. Należy zaznaczyć, iż są to bardzo dobre momenty płyty. Mowa tu o dwóch pierwszych pełnoprawnych utworach: „Rats” (poprzedzonego nastrojowym intro „Ashes”) i „Faith”. Ten pierwszy jest wręcz nieprzyzwoicie przebojowy. W wywiadach Tobias mówił, że chciał napisać utwór na miarę „I Don’t Know” Ozzy’ego Osbourne’a. Taki, który będzie w stanie porwać publikę liczącą tysiące osób. Skubany, osiągnął swój cel. „Szczury” to niesamowicie skoczny i porywający numer, który w swojej roli spisuje się doskonale. Nie skłamię pisząc, że jest to jeden z moich ulubionych kawałków tego zespołu. „Nowy” frontman zespołu, Cardinal Copia, od początku prowadzi Ghosta w klimaty wcześniej tylko delikatnie dotknięte. Jest żwawo i lekko, ale w doskonałym stylu. Drugi bardziej metalowy numer, zatytułowany „Faith”, należy do grupy najcięższych w dorobku grupy. Nie tracą na tym jednak melodie, na które Forge stawia od czasów debiutu. Zresztą tak melodyjnie, to w tym zespole jeszcze nigdy nie było.

 

Na „Prequelle” znajdziemy wiele numerów, które nie mieszą się już nawet w hardrockowej estetyce. Trudno umieścić w niej takie „Witch Image”, czy też „Dance Macabre”. Kiedy ich słucham, na myśl przychodzą mi lata osiemdziesiąte i ówczesny pop. Brzmi odrażająco? Dla niektórych może. Ja zaś kocham te czasy w historii muzyki i z nieskrywanym entuzjazmem często odpalam stare nagrania ówczesnych gigantów. Dlatego też Forge w całości kupuje mnie tym zabiegiem. Jestem w stanie postawić tezę, że trudniej napisać jest dobry numer oparty na takim schemacie, niż utwór będący zwykłym kawałkiem metalowym. Stąd wielki szacunek dla „człowieka za maską”, jemu się to udało. Nie zdziwię się, jeśli te piosenki wylądują w mojej playliście zaraz obok „Eye Of The Tiger”.

„Prequelle” trwa niewiele ponad czterdzieści minut, a pomimo tego zawiera dwa utwory instrumentalne. I o ile często takie zabiegi wydają mi się być pójściem na łatwiznę spowodowanym lenistwem wiążącym się z niechęcią do wymyślania kolejnych linii wokalnych i wersów tekstu, to tutaj instrumentale są jednymi z mocniejszych punktów płyty. „Miasma” jest niesamowicie nastrojową kompozycją, której fani Ghosta raczej nie mogli się spodziewać. Z tymi wszystkimi syntezatorami i riffami, robi wręcz piorunujące wrażenie. Oczywiście bardzo ważnym elementem tego numeru jest…Solo na saksofonie (tutaj gościnnie sędziwy Papa Nihil), które zostało bardzo umiejętnie wkomponowane w całość. Wydawać by się mogło, że „Miasmy” nie przebije już żaden utwór instrumentalny, ale to błędna myśl. „Helvetesfönster ” uderza w słuchacza z zupełnie innej strony, ale robi to wręcz znakomicie. Wydaje się być ukłonem w stronę złotych lat rocka progresywnego. Jak słusznie zauważył mój znajomy, chwilami podczas słuchania tej kompozycji, odbiorca czuje się jak w baśniowym ogrodzie. Tak naprawdę jest. Brawo, panie Forge.

 

 

Nowy krążek Ghosta to również ballady. Jest tu ich sporo, bo aż trzy. Pierwsza z nich, „See The Light”, to niestety najsłabsze ogniwo płyty. Nie jest źle, ale na tle całości i innych kompozycji ze swojej kategorii, numer ten wypada blado. Tak naprawdę jedyną wartą odnotowania rzeczą jest to, że tekst to po części wymierzenie środkowego palca w kierunku byłych kolegów z zespolu. Na szczęście mamy tu też „Pro Memoria”. Utwór, który pomimo swojej prostoty, chwyta słuchacza bardzo mocno i nie chce puścić. To jedyny numer, w którym pojawia się postać rogatego. Jest to jednak zupełnie inna istota niż ta prezentowana w tekstach z „Opus Eponymous”. Obecnie szatan w lirykach Forge’a przypomina raczej Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”, niż żądnego krwi pana ciemności. Zamiast straszyć mrokiem, ubrany w biały garnitur jedynie uprzedza: „Nie zapominaj o śmierci”. Śmierci, która towarzyszy nam w różnej postaci przez cały album. Temat ten pojawia się również w la grande finale płyty, balladzie „Life Eternal”. Nie jest to co prawda zamykacz na miarę „Monstrance Clock”, które już chyba do końca Ghosta będzie sprawdzało się w tej roli najlepiej, ale nie można narzekać.

To tyle na temat podstawowej wersji płyty, ale dostępna jest też edycja deluxe w jewel case, którą szczerze polecam. Nie dość, że mamy w niej okładkę 3D, która prezentuje się bardzo ładnie, to dostajemy też dwa bonusowe numery. Są to covery Pet Shop Boys i Leonarda Cohena. „It’s A Sin” autorstwa tych pierwszych nie jest czymś niezwykłym, bo brzmi podobnie do słynnego pierwowzoru. Co innego „Avalanche”. U Cohena była to ballada przeznaczona na gitarę akustyczną. Ghost zrobił z tego mroczny i mocarny utwór, który jest prawdopodobnie najlepszym coverem w historii zespołu. A do tego bije na głowę kilka utworów autorskich z „Prequelle”. Co uważniejsi fani wychwycą puszczenie oka do słuchacza w postaci nawiązania do innego numeru grupy z poprzedniej płyty.

Nowe wydawnictwo Ghosta nie jest dla każdego. Wiele osób odrzuci ten materiał uznając go za zbyt komercyjny i odcinający się od znanego dotąd stylu zespołu. Co do tego pierwszego: fakt, „Prequelle” może sprawiać takie wrażenie. Jednakże, jeśli poczyta się trochę wywiadów z Tobiasem Forgem, okaże się, że on po prostu robi to, na co w danej chwili ma ochotę. Gra muzykę taką, jakiej słuchał będąc dzieckiem. A że słuchał popu i soft rocka lat osiemdziesiątych, to wyszedł akurat taki album. Co do tego drugiego, to absolutnie się nie zgadzam. Każdy album Ducha brzmi inaczej i nagrany jest w innym stylu. „Meliora” nie była „Infestissumam”. „Infestissumam” nie było „Opus Eponymous”. Nie ma żadnego logicznego powodu, dla którego „Prequelle” powinno być drugą częścią któregoś z pierwszych trzech krążków. Dla mnie nowa płyta Ghosta jest prawdopodobnie jego najlepszą. Długo się wahałem, ale pomimo mojej miłości do debiutu, wszystko na to wskazuje. A być może to jedynie prequel do czegoś jeszcze lepszego? Cóż, tego według Forge’a dowiemy się najprawdopodobniej w 2020 roku. Ja na tę chwilę wiem jedno: jeśli Rockstar zdecyduje się umieścić nową odsłonę „Grand Theft Auto” w Vice City, to „Dance Macabre” musi znaleźć się w soundtracku tej gry.

PS: Błagam, jeśli wypowiadacie ten tytuł, to róbcie to poprawnie. Jest wzięty z francuskiego, więc brzmi on „prikel”.

9/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *