Po opuszczeniu szeregów Dream Theater, Mike Portnoy nie potrafił przez wiele lat znaleźć sobie miejsca. Mnóstwo gościnnych występów, pomocy kolegom po fachu, tworzenia miliona supergrup… Czy jedna z nich – Sons of Apollo – mogłaby stać się dłuższym przystankiem dla giganta perkusji? Premiera ich nowego krążka zatytułowanego MMXX napawa nadzieją, że tak!

Zespół postawił sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, gdy wydał debiut: Psychotic Symphony. MMXX jest godzien stawać w szranki z poprzedniczką. Nie mogliśmy się spodziewać niczego innego po składzie złożonym z doskonałych instrumentalistów: Billy Sheehan (Mr. Big), Derek Sherinian (ex-Dream Theater), Ron Thal (Guns N’ Roses), wspomniany już Mike Portnoy oraz bardzo sprawnego technicznie wokalisty – Jeffa Soto (Trans-Siberian Orchestra). 

Płytę otwiera pierwszy singiel promujący wydawnictwo – Goodbye Divinity. Osobliwe intro zbudowane na harmoniach gitarowo-syntezatorowych przeradza się w ciekawy riff, napędzany motoryczną grą Portnoya. Soto śpiewa mocno i idealnie wpasowuje się w tło, które tworzą mu koledzy. Mamy tu także świetną część instrumentalną. Po solówkach syntezatora i gitary, numer zamyka ten sam motyw, który został zastosowany w intrze. Chwila ciszy jest zaraz przerwana przez Portnoya, do którego zaraz dołącza Bumblefoot. Wither to Black to hard rockowy kawałek ze świetnym refrenem. Słychać, że panowie dobrze czują się w tej stylistyce, szczególnie Sheehan, który ciągle w tle zaczepia słuchacza zagrywkami, charakterystycznymi dla jego stylu. Asphyxiation to numer, w którym Thal częstuje nas nieco pokopanym, potężnym riffem. W zwrotkach i refrenach nie ma niczego nadzwyczajnego, jednak gdy dochodzimy do części instrumentalnej, zespół częstuje nas tym, co mają najlepsze. Po takiej dawce energii czas na zwolnienie – Desolate July to jedyna ballada na krążku. Wolne zwrotki prowadzono przez czyste klawisze, przerywane są przez refreny, w których Soto pokazuje potęgę i siłę swojego głosu. To całkiem niezły numer, ale według mnie jest najsłabszym na płycie i zdaje się… niepotrzebny. King of Delusion rozpoczyna świetne intro Dereka Sheriniana. Po minucie były klawiszowiec Dream Theater ustępuje Thalowi, który serwuje ciężki, kroczący riff, na którym świetnie zbudowano zwrotki. Tu znów należy pochylić się nad częścią instrumentalną, w której muzycy prezentują swoje umiejętności. W grze klawiszy słychać ogromne inspiracje dokonaniami Jona Lorda, Portnoy doskonale żongluje rytmem, co chwilę zmuszając słuchacza do zmieniania częstotliwości tupania stopą o podłogę. Następnym punktem programu jest drugi singiel promujący album Fall to Ascend. Portnoy, widocznie zainspirowany intrem perkusyjnym do Where Eagles Dare Maidenów, poczynił świetny wstęp, który doskonale zbudował scenę przed wejściem głównego motywu, który jest niezwykle chwytliwy, mimo że wydaje się banalny. Podczas zwrotek, ten sam riff, tym razem tłumiony doskonale współgra ze świetną partią perkusyjną. Pre-chorus bardzo przypomina mi partie, które Soto śpiewał dawno temu na pierwszych płytach Yngwiego Malmsteena. Po drugim refrenie znany już motyw przeradza się w szybką partię, która mogłaby się znaleźć, na którejś z płyt Dream Theater z lat 90 – tych. Doskonałe solówki mogłyby trwać i trwać. To mój ulubiony moment albumu. Ressurection Day jest chyba najbardziej progowym utworem na krążku. Wpadające w ucho unisono gitary i syntezatora jest szarpane połamanym rytmem narzucanym przez sekcję. Tym razem w partii instrumentalnej, poza wymianami zdań Sheriniana z Thalem, do głosu dochodzi też Sheehan, który serwuje słuchaczom szalone galopady po całym gryfie swojej basówki. W tych momentach słuchacz zaczyna czuć, że supergrupa to niekoniecznie po prostu zbiór wielkich nazwisk, ale zespół, ludzie, którzy potrafią wytworzyć między sobą więź i wykorzystać tą chemię do pisania materiału, który nie będzie po prostu kolejnym krążkiem sygnowanym nazwiskami. Jeśli ktoś w to nie wierzy, panowie zostawili na sam koniec bardzo smaczny kąsek, a raczej wielki kęs, bo finałowy New World Today jest 16-minutowym kolosem, który jest rozpoczęty niezwykle klimatycznym intro tworzącym kameralną i intymną atmosferę. Ten utwór to wielowątkowa, wartościowa forma, w trakcie której słuchacz nie może się nudzić. Patetyczne, epickie momenty przerywane są przez thrashowe motywy, podczas których podwójna stopa nie chce ucichnąć ani na moment. Soto śpiewa bardzo zróżnicowanie, mimo że operuje głównie w jednym rejestrze. W jednej chwili jest delikatny i emocjonalny, by zaraz zaryczeć i wyeksponować potęgę swojego głosu. Znów doskonała jest część instrumentalna. Niektóre motywy bez problemu odnalazłyby się w towarzystwie klasyków z Falling Into Infinity. Duet Portnoy-Sherinian nie odcina się od swoich korzeni i serwuje fanom Dreamów namiastkę tego, czego obecnie brakuje w twórczości zespołu. Pragnę zwrócić uwagę na solówki Bumblefoota, które nie są bezmyślnym sprintem po skalach i bezwartościową kanonadą nut. Są karkołomne, nasycone dźwiękami, ale sprawiają wrażenie przemyślanych i nieraz złapałem się na zachwycie nad jego umiejętnościami znajdowania pięknych harmonii i rozwiązań na gryfie.

MMXX to nie jest krążek bez wad. Niektóre kawałki nadają się do skrócenia, w niektórych przydałoby się troszkę więcej różnorodności i wielowątkowości. Niemniej jednak, jest to płyta bardzo dobra, przy której dobrze bawić się będzie fan progresu wychwytujący smaczki serwowane przez Portnoya, ale także ktoś, kto chce posłuchać dobrze zagranego heavy metalu natchnionego twórczością Deep Purple i innych hard rockowych tytanów. Nie jest to materiał przytłaczający. Czuć w nim ducha zespołu i dobrą zabawę, którą mieli muzycy w trakcie nagrywania płyty. Miałem bardzo duże oczekiwania, co do tego albumu i nie zawiodłem się. Będzie to niewątpliwie kandydat do “topek” płytowych na podsumowanie roku, a mamy dopiero styczeń! Czy 2020 mógł zacząć się lepiej?

Recenzował Blackmailer.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *