Przeszło trzy lata minęły od premiery świetnego Decision Day. W międzyczasie pod szyldem Sodom regularnie ukazywały się różnego rodzaju zapchajdziury, a Tom wymienił cały skład swojej formacji. Oczywiście, odnowiony zespół nie próżnuje. Panowie cały czas grają energetyczne i bardzo dobrze przyjmowane przez publiczność koncerty. Ich występ na Brutal Assault utwierdził mnie w przekonaniu, że do emerytury weteranom thrashu jeszcze bardzo daleko. Niestety, na nową studyjną płytę przyjdzie nam trochę poczekać. Na otarcie łez dostaliśmy mały teaser, w postaci kolejnego EP.

Uśmiech na twarzy wywołuje tytuł otwierającego utworu, który będzie również główną kompozycją na przyszłorocznym, pełnym albumie.

Genesis XIXSodom bezpośrednio nawiązuje do swojej nazwy. Ciekawe jednak, czemu dopiero teraz? Przecież historia Lota i zniszczenie siedlisk grzechu to tematy wprost idealne pod thrashową rozpierduchę!

Przejdźmy do zawartości muzycznej. Przede wszystkim rzuca się w uszy odejście od eksperymentalnego brzmienia z Partisan. Czy to dobrze? Myślę że tak! To, co jednorazowo zaintrygowało, po pewnym czasie mogłoby stać się męczące.

Płytę otwiera złowrogo brzmiące tremolo, pewnie zapowiadające zagładę Sodomy. Słyszymy Angelrippera śpiewającego w niższych rejestrach – tu akurat nie ma zaskoczenia. Podoba mi się zajadłość, z jaką wyrzuca z siebie kolejne słowa. Kolejny dowód na to, że tworzenie muzyki wciąż sprawia mu przyjemność. W środkowej części utworu następuje zwolnienie i dłuższy motyw instrumentalny. Jak dla mnie nieco zbyt przeciągnięty, rozumiem jednak, że zostało to spowodowane taką a nie inną wizją artystyczną. Oczywiście ostatnie wersy tego, trwającego ponad sześć minut utworu, musiały zostać wykrzyczane dla podniesienia dramaturgii.

Następny w kolejce Down on your Kenes jest połączeniem szybkiego thrashowego łojenia z powolnym, ciężkim doom metalem. Utwór obfituje w zmiany tempa, które niewątpliwie podnoszą jego atrakcyjność.

Rozpoczynający się dzikim wrzaskiem Toma numer tytułowy jest z kolei od początku do końca szybką jazdą bez trzymanki. Dość mocno kojarzy się z Motörhead, co oczywiście w przypadku Sodom nie powinno dziwić. Szczególnie pauza oddzielająca riffy po pierwszym refrenie bardzo przywodzi na myśl Born to Raise Hell. Podoba mi się takie puszczanie oka do fanów. Na uwagę zasługuje też efektowna, pełna szybkich przejść gra Husky’ego. Utwór kończący się nagle, jakby ucięty nożem i pozostawia pewien niedosyt.

Na deser mamy jeszcze odgrzewany kotlet, czyli ponownie nagrany Agent Orange.

Jak dla mnie taki zabieg ma sens jedynie wtedy, gdy zespół bierze się za stare utwory, które w pierwotnych wersjach wyraźnie kulały produkcyjnie bądź warsztatowo. Dlatego też Angelripper dobrze zrobił, nagrywając kilka lat temu The Final Sign Of Evil, tak samo jak w pełni zrozumiałe było Exhumation (The Early Years) Grave Digger.

Muzycznie nowe Agent Orange nie różni się zbytnio od poprzednika, bo po co zmieniać to co dobre? Jedynie brzmienie zostało wyraźnie uwspółcześnione. Której wersji słucha się lepiej? Ciężko odpowiedzieć.

Płytkę wieńczy koncertowe wykonanie Bombenhagel. Nie można odmówić mu żywiołowości, jednak ten podszyty punkiem utwór nigdy nie należał do moich ulubionych. Poza tym razi trochę bootlegowi brzmienie.

Nowe wydawnictwo oceniam pozytywnie, mimo że, niestety, solówkom na Out of the Frontline Trench sporo brakuje do perełek, które słyszeliśmy choćby we wspomnianym na początku Decision Day. Właściwie przelatują one prawie niezauważone. Muszę więc stwierdzić, że Bernemann to bardziej zdolny muzyk niż Blackfire.

Dlatego ciekawy jestem, jak wypadnie konfrontacja Genesis XIX z nadchodzącym albumem zespołu Bonded, w którym obecnie udziela się Bernd Kost.

(8/10)

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *