„Słyszysz? To dzieci nocy. Jakże piękna jest ich muzyka!”. Wielu z nas pamięta film „Dracula” z 1992 roku, scenę gdy Jonathan Harker wsłuchiwał się w nocne wycie wilków, odbijające się echem po murach zamku okrytego czarną legendą hospodara Vlada Tepesa. Każdy też pamięta szok i przerażenie, jakie wzbudziło ono w młodym prawniku. Gdy nastał XXI wiek, z krwią na rękach, oczyma w furii i cieniem chrześcijańskiego krzyża za plecami w świat ruszyła nowa wataha. Groźna. Nieustępliwa. Dla wielu plugawa. A przy tym powszechnie uwielbiana i szanowana –  Powerwolf. Krwawa krucjata, którą rozpoczęli w 2003 roku, sięgnęła szczytu w czasie kazania zatytułowanego „Blessed & Possessed”.

Prawdę mówiąc włączając tę płytę byłem do niej nastawiony bardzo negatywnie, mając nadal w pamięci niesmak jaki został we mnie po wyjątkowo słabym „Preachers of the Night” z 2013 roku. Bardzo szybko zostałem ustawiony do pionu. Powerwolf bowiem raczą nas płytą wybitną, kto wie czy nie jedną z najlepszych w 2015 roku. „Blessed & Possessed” stanowi kumulację wszystkiego co w tym zespole najlepsze. Mroczne teksty z pogranicza legend i groteski, chóralne refreny, szybkie tempa, szybsze niż wcześniej, melodyjne solówki, kościelne klawisze i uczucie wilczych szponów na plecach. A wszystko to wyniesione na najwyższy poziom. Początek płyty to nawiązanie do tradycji rozpoczętej na „Blood of Saints” z 2011 roku. Tytułowy utwór rozpoczyna potężny, chóralny wokal Attili Dorna, od samego początku zapraszając nas do wzięcia udziału w krwawej mszy, pełnej wilczego wycia, wampirzego uroku i majestatu właściwego świątyniom doby średniowiecza.

www.youtube.com/watch?v=1zN7J64IeBo

 

Płyta opływa w melodyjne riffy, pozbawione jednak tandety, i zmienne tempa. Taki też jest drugi na niej utwór zatytułowany „Dead Until Dark”. Nieprzewidywalny. Zmienny. Podniosły. Pędzący. Impet uderzenia jest tu ogromny. Idąc za własnym ciosem Powerwolf zapraszają nas do trzeciego dzieła na swojej płycie jakim jest krótki, acz treściwy „Army of the Night”. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak ten utwór musi brzmieć na żywo. Jest gwałtowny jak horda wilkołaków wynurzająca się z lasów, jak wampirze spojrzenie na płynącą z ofiary krew. To splunięcie w stronę naiwnych wiernych, którzy wierzą, że czcze słowa o przebaczenie i wybawienie uratują ich od gwałtownej śmierci. Nie tym razem. O nie.

 

www.youtube.com/watch?v=3zx1ZtxUbGE

Kolejne dwa utwory mają tak potężny potencjał i są takim ciosem w twarz, że będę pełen podziwu, jeśli jakiś dzieciak jeden z drugim będzie wieszał psy na nich. „Armata Strigoi” i „We are the Wild” to mroczne hymny, okraszone światłem księżyca i kościelnymi organami Falka, wbijające się w głowę jak mantra. Ale przy tym bardzo „hiciarskie”, melodyjne, pełne pozytywnego majestatu – tego przy którym gula staje w gardle i człowiek chce wszystko z siebie wykrzyczeć. Ale czy „hiciarskość” to powód do wieszania psów? Nie sądzę.

W utworze „Higher Than Heaven” Attila wziął sobie za cel wyeksponowanie wszystkich największych zalet swojego głosu. Od wysokich wokali, przez niskie, przez szybkie wyrażanie słów, po wolne majestatyczne zaśpiewy, przez krótkie frazy po długie przeciąganie. Tu jest wszystko. Skumulował ogół swoich zalet wokalnych w 3:31 minuty. Za to utwór siódmy noszący tytuł „Christ and Combat” jest bezsprzecznie mim ulubionym na płycie, zresztą uważam go także za najlepszy. Powerwolf przywołują czas krucjat, obnażając obłudne miłosierdzie jakim śmią szczycić się chrześcijanie. Utwór jest szybki jak rozpędzony koń. Matthew, Charles i Roel widać tęsknym okiem spojrzeli na czasy gdy szybkość i melodia szły w jednym, a diabeł krył się za swoim tronem by nie dostać po twarzy tak potężna dawką dźwięków. Utwór ma niesamowity refren. Tego nie da się opisać, to trzeba po prostu usłyszeć. Następujący z kolei po nim „Sanctus Dominus” powstał pewnie po to by panowie Matthew i Charles mogli się wyżyć na gitarach a Falk swobodnie wtrącić dużo kościelnych klawiszy. Utwór ma trochę ponad 3 minuty a już na dzień dobry dostajemy solówką w twarz, potem drugą solówką, potem kolejną na klawiszach. Ale czy nie o to chodzi w heavy metalu? Aby muzycy mogli w pełni pokazać swój warsztat? Poza tym, co to za wilk który nie może pokazać kłów.

Pewną perełkę na „Blessed & Possessed” stanowi kolejny utwór zatytułowany „Sacramental Sister”. Powerwolf przestał tu pędzić, utwór jest zdecydowanie wolniejszy, utrzymany w bardziej przygnębiającym klimacie, cięższy i mniej żywiołowy. I stanowi on bardzo mocny akcent na płycie. Jest jak wampir powoli wbijający kły w szyję swej ofiary. Jak wilkołak cierpiący męki przemiany. Jak wolno upadające kamienie zniszczonej kaplicy. Solo w nim zawarte jest też zdecydowanie smutniejsze. Chociaż samego utworu za dołujący w pełni uznać nie można, to stanowi on pewną ostoję mroku w ciągu trwania całej płyty. Nie każdemu może się spodobać. I zdecydowanie nie każdemu powinien.

Szokiem dla wielu może być, że do tego klimatu nawiązują dwa kolejne – „All You Can Bleed” oraz „Let There Be Night”. O ile ten pierwszy przemienia się w rezultacie w szybki, mocarny, heavy metalowy wałek, odsiewający marudnych i wiecznie nadąsanych, ten drugi jest nie tylko kontynuacją ale wręcz wydłużoną i jeszcze bardziej przygnębiającą wersją „Sacramental Sister”. Attila robi tu niesamowitą robotę. Długie przeciągane frazy, wokal któremu wtóruje dźwięk skrzypiec i kościelnych organów. Należy pochylić czoła do samej ziemi przed Falkiem za tę kompozycję. Moim skromnym zdaniem to najlepsze klawisze jakie Powerwolf dotąd nagrał, a przecież nigdy nie nagrali słabych. Utwór jest też najdłuższy na płycie, grubo ponad 7 minut. 7 minut przygnębiającego kazania. Czego chcieć więcej od Kaznodziejów Nocy? Od Wilczych Synów? Od Pragnących Twojej Krwi? Ta płyta to opus magnum dokonań Powerwolf.

Nie spodziewałem się tego. Mówię całkowicie poważne. Po „Preachers of the Night” miałem jak najgorsze myśli. A to? To co dostałem? Mistrzostwo. Było mi wstyd przed sobą samym, że śmiałem choć na chwilę zwątpić. Ta płyta stanowi jedno z największych dokonań w 12 letniej już karierze Powerwolf. Ale skłania do wyciągnięcia dwóch wniosków, a w zasadzie zadania dwóch pytań: czy Powerwolf pójdzie za ciosem i kolejna będzie na równie wysokim poziomie? Czy może właśnie to jest szczyt ich starań i lepszej już nie będzie? Z tych dwóch pytań moim zdaniem wieje pewna groza. Ale czy nie towarzyszy ona temu zespołowi od początku? 10/10. Ja „Nie znajduję w nich winy”.

 

http://www.powerwolf.net

 

Jeremi „Jerry” Kołecki

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *