Dzięki uprzejmości ze strony Mystic Production prezentujemy recenzję najnowszej płyty zespołu Virgin Snatch. Czy w thrash metalu znad Wisły drzemie odpowiednia siła i brutalność, jakiej tego typu muzyka wymaga?Recenzja płyty Virgin Snatch - "We Serve No One"

Kraków, choć jest to miejsce z którego pochodzę, w którym mieszkam i które kocham, nigdy nie kojarzył mi się specjalnie z mocniejszymi, rockowymi i metalowymi, uderzeniami. Z miastem królów Polski wiązałem raczej Grzegorza Turnaua, Gienka Loskę czy Zbigniewa Wodeckiego, będąc z powodu tej grupy lekko zażenowany. Czy mogę porzucić moje złe samopoczucie po odsłuchaniu ostatniego albumu thrashmetalowego zespołu Virgin Snatch, zatytułowanego „We Serve No One”?

Z zespołem Virgin Snatch zetknąłem się po raz pierwszy w 2010 roku, gdy intensywnie i chętnie przyswajałem sobie metal wszelkiego rodzaju. Szybko nadrobiłem całą, wtedy czteropłytową, dyskografię i zapamiętałem ich jak dobry zespół, z mocnymi gitarami, nawalającą perkusją i kilkoma przyjemnymi kawałkami. Czas jednak mijał, chłopaki z Virgin Snatch nic od 2008 roku nie nagrali, a w moim muzycznym życiu zabrakło, mówiąc wprost, dla nich miejsca. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi znaleźć dla nich czas i uwagę. Na dodatek rok temu zespołem wstrząsnęła jedna potężna zmiana – z grupą pożegnał się, z własnego wyboru, gitarzysta Jacek Hiro. Takie zmiany, choć zawsze trudne, mogą być czasami błogosławieństwem, lecz częściej zabijają lub przynajmniej mocno ranią zespół, co mogliśmy obserwować wiele razy, np. przy okazji Metalliki, która po pożegnaniu się z Newstedem nagrała albumy, których jakość jest mocno dyskusyjna. Porównania do Mety są zresztą w przypadku Virgin Snatch naturalne i jak najbardziej na miejscu – oba zespoły legitymują się przecież thrashowym rodowodem, a ich wcześniejsze dokonania mogą pochwalić się tą charakterystyczną brutalnością. Jak jednak jest z najnowszym krążkiem Virgin Snatch? Czy długa przerwa pozwoliła muzykom powoli napełnić się dobrymi pomysłami do wykorzystania w studiu, czy też rozleniwiła ich, a nagranie tej płyty wymuszone było czynnikami zewnętrznymi, takimi jak względy finansowe? I, to pytanie jest jeszcze ważniejsze, jak odejście Jacka Hiro podziałało na grupę?

www.youtube.com/watch?v=ocJAFDegEeM

Powiem szczerze, że do tego akapitu podchodziłem kilkanaście razy. Myślałem jak poprowadzić ten tekst, czy zwodzić Was długo, swój werdykt podając na końcu, jako nagrodę dla tych wytrwalszych czytelników. Nie będę się jednak w tym wypadku bawił w takie podchody, bo nie ma po co. „We Serve No One” to zdecydowanie najlepszy album z całego dorobku Virgin Snatch, a także jeden z najfajniejszych pośród wszystkich albumów metalowych powstałych nad Wisłą. Jest doskonale przemyślany, znakomicie broni się w warstwie tekstowej, instrumentalnej, realizatorskiej, wypakowany jest świetnymi melodiami i utworami zapadającymi w pamięć. Virgin Snatch piją na FB

„We Serve No One” zaczyna się od instrumentalnego intra zatytułowanego „Coup de Main”, któremu towarzyszą niepokojące dźwięki, z wyciem syren przeciwlotniczych (?) na czele. Ten ciekawy zabieg z intrem, zastosowany z powodzeniem m.in. na ostatniej płycie Dream Theater, powoduje, iż od razu robimy się bardziej zainteresowani tym krążkiem, a on sam zyskuje na artystycznej atrakcyjności. Po tym krótkim wstępie zostajemy zaproszeni na 10-utworową jazdę bez trzymanki, podczas której towarzyszy nam thrahsowa moc i brutalność, świetne gitarowe solówki i bardzo dobre wokale – szczególnie te wspierające, które zostały wykorzystane z głową i na naprawdę wysokim poziomie. Każdy utwór na tym krążku charakteryzuje się dobrym pomysłem, który jest konsekwentnie realizowany. Co więcej – choć wszystkie piosenki są, oczywiście, podobne stylistycznie, to przez całą długość trwania płyty ani na chwilę nie wieje nudą. Ostrzejsze utwory przeplatane są tymi, gdzie bardziej króluje melodia i odrobinę większy spokój. Pozwala to trzymać uwagę słuchacza przez cały czas trwania albumu. Po naprawdę mocnym wstępie, zapewnionym przez „Sister Revolution” i „Fingerprints”, otrzymujemy „Escape From Tomorrow” charakteryzujące się fenomenalnymi melodyjnymi gitarami, które rządzą tą piosenką, szczególnie na początku i w środku utworu, przejmując wtedy nad nim całkowitą kontrolę. Następie dostajemy kolejne, silniejsze uderzenia w postaci tytułowego „We Serve No One” czy znakomitego „Under Fire”, by następnie zatracić się w znakomitej i wypełnionej melodiami kompozycji zatytułowanej „Promised Land”, która moim zdaniem, stanowi najmocniejszy punkt całego albumu. Warto tutaj zaznaczyć, że nawet tym bardziej „kanciastym” kawałkom daleko jest od zwykłej sieczki, w której nie ma miejsca na muzykę, a jedynie na napieprzanie w instrumenty.

Virgin Snatch - trasa koncertowa

Jednokrotne odsłuchanie tego albumu zabiera nieco ponad 46 minut z życia – ale robi to w sposób przyjemny, niemęczący i zapewniający rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie. Każdy z utworów zaprezentowanych na płycie ma swój cel (chociaż, niestety, singlowe „Devil’s Ride” odrobinę zawodzi w kontekście całego krążka), który realizuje konsekwentnie i bardzo dobrze. Najlepszym tego przykładem jest chyba instrumentalny kawałek „Answers To Nothing”. Muszę szczerze powiedzieć, że z początku go nie doceniłem. Ot, miła, lecz nic niewnosząca melodia. Jednak szybko musiałem przedefiniować swoją opinię. Utwór ten został wtrącony pomiędzy naprawdę mocne „No Justice, No Peace”, a „Under Fire” i pozwala złapać jakże potrzebny oddech. Dzięki temu oba ostre kawałki nie męczą, a słuchacz może je w pełni docenić. Na sam koniec warto również pochwalić jakość nagrania, które jest zaskakująco jak na wydawnictwa metalowe dobre, i które pozwala obcować z mocną muzyką przez trzy kwadranse bez wyraźnego zmęczenia uszu.

W tym tygodniu świat obiegła wieść o tym, że Metallica jest znów w studiu, a na koncertach, które mają się odbyć na dniach w Ameryce Południowej, James i spółka mają zaprezentować zupełnie nowy, premierowy kawałek. Muszę szczerze przyznać, że choć jest to miła wiadomość, to nie bardzo mnie ona rusza. Powiem więcej – po zapoznaniu się z „We Serve No One” dużo bardziej czekam na jakiekolwiek wieści z obozu Virgin Snatch niż od chłopaków z Mety. Bo jeśli ci pierwsi utrzymają, a może nawet jeszcze poprawią, obecną formę, to następny album będzie dziełem naprawdę wysokiej próby.

Lista utworów:
Coup de Main (Intro)
Sister Revolution
Fingerprints
Escape From Tomorrow
We Serve No One
No Justice, No Peace
Answers to Nothing (Instrumental)
Under Fire
Promised Land
Vive la Hypocrisie!
Disintegration
Devil’s Ride
Ocena: 9/10
Autor: Bartosz Pacuła

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *